Krystyna Cel – LIRYCZNE KWINTESENCJE STANISŁAWA NYCZAJA

0
563

        Lektura najnowszego tomiku wierszy Stanisława Nyczaja dowodzi, że poeta nadal trzyma rękę na pulsie trudnych wydarzeń naszej współczesności i nadal próbuje „w tym zawikłanym krajobrazie świata” znaleźć godne humanisty miejsce. Ale czy głos wrażliwych twórców (poetów, artystów) nie okaże się tylko „wołaniem na puszczy” (czego lęka się gorzka obawa w liryku pod takim właśnie tytułem), gdy niepohamowany w swoich destrukcyjnych zapędach człowiek nie zna już umiaru?

        Stanisław Nyczaj, jakby na przekór temu czyhającemu zewsząd zagrożeniu, ciągle usiłuje podnieść upadłą gałązkę nadziei i podpowiada, by wierzyć, że chociaż w części można naprawić ten świat „tonący we łzach”, gdy w jednym z wierszy obwieszcza:

                Gdy brzask podchodzi pod dom
                i rozbudzona rześkim powiewem
                ośmiela się w sercu radość –

                otwieram szeroko okno na świat
                ufnie i zdobywczo.

                To jakbym świat jeszcze raz stwarzał
                z nieposkromionej niczym nadziei.
                Jakby na nowo pokochała nas młodość.

        Poezja, jak wiemy, ma to do siebie, że pierwsza reaguje na wszelkie „od świata ciosy”. I te dotyczące nas wszystkich, i te osobiste. Może dlatego że reaguje spontanicznie, na gorąco, że wiersz jest często niespodzianym wybuchem natchnienia jednej tylko chwili. Autor Czasochłonu nie jest jednak wolny od momentów zwątpienia, czuje się niekiedy „osaczony” niemożnością przeciwstawienia nie tylko napierającemu nań zewsząd światu, ale i losowi:

                A ja, zaszczuty
                z zewnątrz i od wewnątrz,
                nie nadążam niczemu zapobiec,
                choć ze wszystkich sił woli
                staram się przeciwstawić,
                karcąc jego niecne zakusy
                (tylko czemu zawsze nie w porę?),
                powstrzymując straceńcze skutki
                (dlaczego aż po tylu porażkach?).

        Budzi się więc pragnienie powrotu do niewyczerpalnego, tkwiącego w każdym z nas podświadomie rezerwuaru młodości (Werwa, Srogi rewanż, Ta ocalona w nas młodość) nie tylko własnej, ale i „młodości” świata, który też ją jakby mimowolnie utracił i źle się starzeje, gdy w niepamięć odeszły idealistyczne marzenia ulegając twardemu materializmowi, gdy „…pieniądze/ rozchodzą się szybciej od prędkości światła?!”, a ten, kto je posiada, wierzy, że „całym ziemskim globem kręci” (wiersz  Gmach Mamony). I zaraz nasuwa się inne jeszcze pytanie: po co aż tak pędzimy na złamanie karku, gdy „nasz wóz już cokolwiek rozklekotany,/ ale jeszcze trzyma się drogi”. Ten nasz niepohamowany pęd za nic ma refleksję, że z tego wozu (życia), kiedy „las przerzedza się/ jak moje włosy”, […] „niedługo trzeba będzie wysiadać”.

        I tu wkracza czytelnik w drugi temat pojawiający się nie tylko w Czasochłonie, bo i we wcześniejszych tomikach – tyczący znikomości naszej egzystencji naznaczonej bezwzględnym przemijaniem. Poruszający jest tu szczególnie wiersz Topór diagnozy, sądzę, iż osobisty, wynikający z trudnych przeżyć poety. Kto szczęśliwie wymknął się napastliwemu losowi, odczuje w pełni prześmiewczą ironię tych – naznaczonych piętnem przemijania – słów:

                Jednak
                tępy diagnozy topór
                nie zdołał odciąć głowy,
                tylko cokolwiek mnie ogłuszył.

                Na krzyk nekrologów
                jeszcze w porę się ocknę,
                wyskoczę chyłkiem przez okno kostnicy,
                wybiegnę z tym cholernym numerem na nodze,
                wżerającym się w ciało mocniej niż tatuaż.

                Nagi, z rozwianym włosem,
                ciarkami na plecach,
                pomknę ku temu miastu,
                co mnie tak od razu nie zdążyło zapomnieć.

        Ten dynamiczny wiersz zostanie przecież jednak poddany jakby ponadczasowej refleksji o nieuchronności wszelkiego przemijania w liryku-eseju Wobec historii:

                Śmierć starego i
                narodziny nowego,
                które starzeje się i umiera –
                oto odwieczne koło
                zamachowe dziejów.

        Absurdalnym byłoby dłużej wadzić się o to, co i tak nieuchronne, niepojęte, tak jak ogrom kosmosu – nieogarnione. Obdarowani przez samych siebie „szczyptą absurdu” może sprawimy, że:

                Spór o naszą piękną wszechkulę,
                nieznającą początku ni końca,
                nie przestanie być kulą u nogi
                w Mlecznej Drodze bezkresnego poznania.

        I może, jak w wierszu Wolne żarty,odwrócimy kolej rzeczy, biorąc na siebie „winę” za niedoskonałości tego świata:

                Zmęczony Pan Bóg, stworzony przeze mnie,
                żeby pilnował świata,
                na chwilę przymknął oko.
                I stało się w tej jednej chwili tyle złego,
                że opadły mi ręce.
                […]
                Tworząc na obraz i swe podobieństwo,
                wierzyłem w dufnym creatio ex nihilo,
                że Wszechmogący, ten z najlepszą wolą,
                musi mi się udać.

                A spotworzyłem go tylko na skaranie
                jak ten wszeteczny wniebowiersz.
                I świat ma prawo stracić do mnie zaufanie.

        Po tych trochę trudnych egzystencjalnych czy też eschatologicznych wierszach (dobrze, że rozładowanych humorem, ironią) inny nastrój i klimat przynoszą wiersze miłosne, których – dla czytelników pamiętających erotyki z wcześniejszych tomików – jest ciągle za mało. Subtelnym okaże się tu ledwie wyczuwalny, ale przecież dogłębnie przenikający erotyzm w wierszu Intymna podróż, albo też w innym zatytułowanym Uwolnionej, gdzie podmiot liryczny bierze „na swą dufną klatę” wszystkie troski ukochanej.

        Ale są jeszcze w tym tomie dwa utwory, zapadające mocno w pamięć. Pierwszy to Ufne światełko, w swym przesłaniu skierowany do Przyjaciół, „którzy wszak niezupełnie odeszli”, odnoszące się w końcowej strofie do bolesnej traumy ugodzonej w samo serce – ufnej na przekór agresywnemu złu – „dobroci” (w samonarzucającym się domyśle: Pawła Adamowicza).

                Światełko […],
                bijące w twarz nienawiści najszczerszą jasnością
                zaślepionym ku opamiętaniu.

        I drugi wiersz, Saksofon rozgrywanych dziejów, zadedykowany Wiesławowi Myśliwskiemu, autorowi Traktatu o łuskaniu fasoli. Nazwałabym ten wiersz liryczną kwintesencją tej właśnie powieści Myśliwskiego, bo przecież jej treściową esencję stanowi człowiek wplątany w tryby historii swego czasu. Zastanawiająca jest tu ciekawa (przewrotna?) puenta:

                Dlatego zasłuchana frasobliwie przyszłość,
                tamując ruch pośrodku skrzyżowania,
                nie wie, którędy najlepiej pobłądzić.

        Czy poeta chciał tu powiedzieć, że errare humanum est, ale wiedząc już o tym powinniśmy wcześniej zadbać o jak najmniejsze ryzyko owego, ludzkiego „z naturalnej przywary” błądzenia. Dodam tu, że zauważyłam w ostatnich wierszach S. Nyczaja troskę i o to, abyśmy jako ludzkość nie pobłądzili nazbyt ekologicznie, zachowując tę naszą jedyną „wszechkulę” dla przyszłych pokoleń.

__________
Stanisław Nyczaj, Czasochłon, kolaże Ireny Nyczaj, Kielce 2019, Oficyna Wydawnicza „STON 2”, s. 148.

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko