JANUSZ B. ROSZKOWSKI ZNAD BAJKAŁU DO SHARM EL-SHEIKH (odcinek II)

0
208
Maria Wollenberg-Kluza - "Tryptyk"

        21.11.2019

        Pojedyncze białe kwiaty o żółtym kielichu, cudnie pachnące sfruwają teraz na trawniki, które zasłane są tysiącami kwiatów, gdy nadchodzi pora prawdziwego kwitnienia palm czy wetkniętych w żywopłotowy szpaler drzewek o wierzchołkach usianych różnobarwnymi kwiatami.

        Irena Olbińska:

        Te białe kwiaty to plumerie, u nas hodowane tylko w doniczkach. Kwiaty zakochanych. Swoim cudnym zapachem wabią także ćmy, wystawiając je do wiatru, bo nie produkują nektaru, ale same są dzięki temu oszustwu zapylane. Plumerie kwitną na biało, kremowo, różowo, czerwono, niebiesko albo są wielobarwne. Rozejrzyj się wokół, może na takie natrafisz. Tam, gdzie jesteś, to Bliski Wschód. W krajach Dalekiego Wschodu mają złą sławę, tam ludzie wierzą, że są symbolem śmierci (znajdują się w cmentarnych wiązankach), a jej kwiaty przyciągają wampiry i nieczyste moce. 

        A jeśli chodzi o trawniki, nawet te przy głównej drodze, to pracownicy w zielonych mundurkach wydobywają z nich wszystkie chwasty przy pomocy takich samych narzędzi, jakich używano w Egipcie przed 4 tysiącami lat. Oprysków chwastobójczych się nie stosuje. Już w czasach faraonów wiedziano, że ludzie bezczynni wszczynają bunty. Ci współcześni fellachowie pracują w upalnym słońcu przez pół dnia. Kiedy byliśmy nad morzem, ryli przy pomocy szpadli i oskardów długi, głęboki wykop pod diabli wiedzą co, pracując zajadle, bo widocznie na akord. A mimo to uśmiechali się do mnie z twarzami okrytymi żółtawym pyłem.

        Kopareczka zrobiłaby to migiem, ale po jakimś czasie ci bezczynni pracownicy mogliby z frustracji i opłaceni przez fundamentalistów islamskich wysadzić w powietrze kilkanaście hoteli w Sharmie. Pan Ryszard mówi, że Arabowie nie pracowali tak pilnie za czasów poprzedniego prezydenta Egiptu, Muhammada Mursiego, wybranego w wolnych wyborach polityka wywodzącego się z Bractwa Muzułmańskiego, który miał chęć zakwefić na siłę muzułmanki mieszkające nawet na terenie Sharm el-Sheikh i pozwolić im wchodzić w czadorowych strojach do miejscowych basenów. Mogłoby to wypłoszyć stąd większość Europejczyków i tak spłoszonych po „wiośnie arabskiej” (w Egipcie nastąpiła ona w styczniu-lutym 2011), a przecież w swoim czasie 10% dochodu narodowego tego kraju pochodziło z turystyki (obecnie 4%). Dlatego po zaledwie 13 miesiącach sprawowania władzy został obalony w wyniku przewrotu wojskowego – i w Sharm el-Sheikh wróciły dawne porządki, a śmieci przestały się walać na ulicach: „Mursi był jedynym prezydentem kraju wybranym demokratycznie, a Egipcjanie zawsze mieli nad sobą faraona. Obecnym faraonem jest generał Sisi”… 

        Piękna dziewczyna z góry dopiero rano zdjęła z kaktusa swoją koszulkę. I od razu wywiesiła na balkonie kolejne pranie. My jesteśmy tutaj już od kilku dni, ale do uruchomienia pralki dopiero się zbieramy. Zapytałem pana Ryszarda: „Kim jest ta dziewczyna, że codzienne robi pranie? Na innych balkonach tego nie widać…”. Pan Ryszard odparł: „Jak to kto? Pizdka-higienistka! Nie zna pan tego wiersza Tuwima: ‘Dzisiaj wielki bal w Operze, wszelka kurwa majtki pierze’…?”.

        Pan Ryszard twierdzi, że prowadzę tu chichotliwy tryb życia, szczególnie gdy whatsappuję. No bo przy pisaniu często chichoczę po wysłuchaniu jego zabawnych opowiastek i pieprznych ko-mentarzy, jak choćby ten ostatni.

        Zdjęcia z dachu już oglądaliście, ale nie macie pojęcia, że 80-letnia generałowa rosyjska, madame Marina, była na wszystkich dachach tego osiedla wielokrotnie, a tych dachów jest do diabła i ciut ciut. Czasem wchodzi po kolei na 20 dachów…

        Każdy dach jest jakby 4 piętrem z posadzką terakotową, więc pani madame Marina musi się nieźle nabiegać po schodach w górę i w dół, żeby zaliczyć aż tyle dachów! Dzisiaj oderwaliśmy się z panem Ryszardem od pracy dość późno, bo o piętnastej, więc przy basenie dużym słońca było już niewiele. A kiedy przez pół godziny popływaliśmy, to słońce docierało tylko do jednego leżaka i to dość skąpo. Wziąłem prysznic, wytarłem się ręcznikiem i pobiegłem w kierunku dachu domu skrajnego, skąd najbliżej jest do morza i gór. Tam pławiłem się w słońcu i w pięknych widokach na morze i góry. Generałowa madame Marina (mieszka w naszym domu na trzecim piętrze) wie, co robi. Chciałbym ją poznać i pogaworit’ po russki!

        Do pani generałowej dzieci mają pretensję, że nie chciała zająć się wnukami, a ona mówi, że ma to gdzieś. Po zmarłym mężu odziedziczyła dużą emeryturę, a przy nim jeździła po świecie, bo on był dyplomatą, attaché wojskowym na różnych placówkach zagranicznych. Madame Marina mówi nie tylko po francusku. Potrafi być dystyngowaną damą, ale ubiera się zazwyczaj tak, że kiedyś nowy strażnik nie chciał jej wpuścić na osiedle, myśląc, że jest żebraczką…

        Książka, nad którą tu pracujemy, nosi tytuł W obcej skórze. W roku 1946 w Słupsku osiemnastoletni pan Ryszard otrzymał od członkini dowództwa oddziału partyzanckiego AK, w którym jako szesnastolatek walczył w r. 1944 z Niemcami i Ukraińcami z SS-Galizien na terenie Iwonicza-Zdroju i okolic, propozycję rozpracowania władz komunistycznych przez pięcie się w górę po tzw. linii partyjnej. Zgodził się na to, choć była to bardzo niebezpieczna gra, z której w pewnym momencie nie było już wyjścia. Mimo starannego kamuflażu mógł zostać w każdej chwili rozpracowany, aresztowany i skazany nawet na śmierć. Nie za samą przynależność do AK, choć jeden z jego najbliższych przyjaciół z partyzantki zesłany na katorgę do łagru za Uralem już stamtąd nie wrócił.

        Po powrocie do rodzinnej Warszawy 19-letni słuchacz Szkoły Partyjnej przy KC PZPR, Ryszard Sługocki, zataił również, że był współuczestnikiem wysadzenia Pomnika Wdzięczności Armii Czerwonej w Krośnie w dniu Święta Niepodległości 1945 r., o czym doniesiono samemu Stalinowi! W życiorysach, które kazano mu pisać po wielekroć, nie pochwalił się tym, że jego ojciec był nie tylko artystą rzeźbiarzem, ale i kawalerem Orderu Virtuti Militari, otrzymanego z rąk samego Piłsudskiego za udział w wojnie polsko-bolszewickiej! Ani tym, że młodszy brat zszedł niedawno w Bostonie ze statku s/s. „Pułaski” i uzyskał w Ameryce, jako nieprzejednany wróg komunizmu, azyl polityczny! „Rysio, bezpieka przyszła po ciebie!” zażartowali później koledzy-dziennikarze, a opasłe akta IPN pokazują, że nie była to czcza groźba.

        Są w tej znakomitej książce rozdziały budzące prawdziwą grozę (np. te, w którym chłopom w ramach „skupu zboża na duś” odbierano nawet ziarno siewne, a stawiających opór przewożono do obozów śmierci, jak ten w Mielęcinie), ale na szczęście zawiera ona również epizody zabawne i niekiedy zaskakujące, bo narzekając na degrengoladę moralną niektórych środowisk współczesnej młodzieży apologeci już na szczęście przebrzmiałych czasów przeciwstawiają jej młodzież z okresu powojennego, tę z czerwonego wprawdzie harcerstwa, ale przenikniętą szczytnymi ideałami. Pan Ryszard jako dziennikarz opisuje, jak się ta młodzież w wieku 14-16 lat z hufca, którego komendantem był Jacek Kuroń (ten od późniejszych zupek), w chwilach wolnych od bardzo ideowych zadań bawiła. W grę, kiedyś dobrze mu w dzieciństwie znaną Chodzi lisek koło drogi –z jednym z uczestników krążącym z chusteczką w ręku za plecami pozostałych, który musiał przed końcem tej piosenki rzucić komuś chusteczkę za plecy, a jeśli tej osobie nie udało się szybko wstać i złapać biegnącego, to sama przejmowała chusteczkę i krążyła na zewnątrz koła.

        Oglądana przez niego wersja harcerskiej zabawy była jednak nieco inna: „Grupa dziewcząt ustawiała się w krąg i po zdjęciu majtek wypinała pupy, a chłopcy wsuwali każdej kolejnej swój narząd. Która zgadła, czyj to narząd, mogła nadal kopulować z nim na osobności. Dla utrudnienia zgadywanka odbywała się w całkowicie zaciemnionym pokoju”. Uprawiano tam też jeszcze bardziej śmiałe odmiany „liska koło drogi” i gorąco zachęcano pana Ryszarda do udziału w tej zabawie, ale czując się za stary na młodzieńcze harce wolał się stamtąd po cichu wycofać. Gdyby jednak ci młodzi ludzie natrafili na surowego towarzysza partyjnego, to mogłoby im się odechcieć tej zabawy na długo.

         Mimo wszystko mniej wyuzdanej od tej, którą uprawiali surowi towarzysze partyjni z ekipy Hilarego Minca, tego od nieprzejednanej „bitwy o handel”, oczywiście zwycięskiej, bo spekulanci lądowali w obozach tego typu jak ten w Mielęcinie, a sklepy państwowe świeciły pustkami. Triumf trzeba było odpowiednio uczcić. W służbowej willi Komisji Planowania Gospodarczego na Żoliborzu zorganizowano elitarny klub towarzyski „Byki i Żaby” dla 11 pań i tyluż panów: „Członkinie musiały odznaczać się urodą i ochotą do figlów, a członkowie wydolnością i odpowiednią długością penisów. Strój klubowy dla panów składał się wyłącznie z krawata, a u pań jedynym elementem ubioru były pończochy i buciki na szpilkach. Lokal klubu wyłożony był materacami zarówno na podłodze, jak i na ścianach do wysokości półtora metra, a na sufitach zawieszone były lustra. Posiedzenia, czy raczej poleżenia klubowe odbywały się w dowolnych konfiguracjach, gdyż paragraf pierwszy statutu brzmiał: każda z każdym. Sprawa się rypła przez zazdrosnego męża, który podejrzewał żonę o posiadanie jednego kochanka, a to była cała klubowa jedenastka”.

        Irena Olbińska:

        Nie mieści mi się to wszystko w głowie! Może pan Ryszard zaczerpnął tę informację z niepewnego źródła? Sprawdziłam w Internecie. Klubu o nazwie „Byki i Żaby” nie ma!

        Moja odpowiedź:

        Czyżbyś chciała wykupić kartę uczestnictwa w tym klubie? Niestety, był to klub nie tylko elitarny, ale i nieformalny, więc jego nazwa była zastrzeżona do wyłącznej wiadomości członków tego klubu. Ponadto działo się to przed 70 laty, więc uczestnictwo w orgiach seksualnych obecnych 90-100-latków nie byłoby chyba nazbyt atrakcyjne…

        Irena Olbińska:

        Jasne jak ciemności egipskie! Może jestem naiwna, ale nie panimaju, dlaczego ściany były do wysokości półtora metra wyłożone materacami?

        Moja odpowiedź:

        Byki i Żaby nie kochały się po bożemu, czyli w pozycji na misjonarza! Szarżujące Byki i rozpłaszczone na ścianach Żaby, tak by to wyglądało, gdyby nie materace, panimajesz, Irenko?

        Pan Ryszard, podśpiewując: „Nie będziesz ty, to będzie inna, to będzie inna, więc nie bądź dziecinna – i daj!”, przygotował w muzułmański święty piątek jako gorliwy katolik-ateista potrawę rybną, mówiąc: „Nie wiadomo, co to za ryba, ale wiadomo, że więcej na niej lodu niż mięsa”…

        22.11.2019

        Jutro po południu mamy przejeżdżać w drodze do Old Market w Hadabie koło Zatoki Rekinów. Jeśli oczywiście dożyjemy jutra, bo pani Basia alarmuje, że właśnie zmarło w hotelu w Sharmie dwóch Białorusinów po zjedzeniu ryby. I tak mieli szczęście, że nie zostali zjedzeni przez rybę! Tak jak to się stało siedem lat temu z dwoma Rosjanami na pobliskiej plaży hotelu „Rixos”. Była to jednak wina tych Rosjan, bo chcąc sobie zrobić zdjęcia z rekinami podczas nurkowania z akwalungami (profesjonalny sprzęt do nurkowania) zwabiali je świeżym mięsem (pełnokrwistym). Rekiny oczywiście się pojawiły, mięso zjadły i tak im posmakowało, że dodatkowo pożarły dwóch rozbawionych Rosjan. Potem odgryzły jeszcze rękę jakiejś Niemce. A pan Ryszard nie mógł zrozumieć, dlaczego przez tydzień była zamknięta i ta plaża (do niej miał najbliżej), jak i inne plaże. W końcu, żeby nie odstraszyć turystów, władze rozpuściły pogłoskę, że Rosjan zaatakowały nie prawdziwe rekiny, lecz sztuczny rekin skonstruowany przez Izraelczyków po to, by zahamować boom turystyczny w Sharmie. A rekiny, które przez nieroztropnych akwalungowców stały się ludojadami, trzeba było zlokalizować i zastrzelić. 

        Rekiny nie zagrażają zwykłym turystom, bo tu trzeba iść daleko w głąb morza, żeby móc pływać, a rekin, chcąc chapnąć człowieka, musi najpierw się obrócić wokół swojej osi, do czego potrzebuje kilku metrów głębokości. Akwalungowcy idą jednak dłuuuuugim pomostem, co najmniej kilometrowym, żeby nagle znaleźć się w 30-metrowej głębi przed rafami koralowymi. Ich szkolenie trwa tutaj tylko trzy dni (zamiast kilku tygodni), nic więc dziwnego, że są niezbyt dobrze przeszkoleni (podobno polscy instruktorzy prowadzą większość tych szkoleń), o czym świadczy tragiczny wygłup nurkujących Rosjan…

        Jola K. z Olkusza:

        O ile pamiętam, te rekiny zwabili Żydzi, wyrzucając na morzu zdechłe owce…
        Moja odpowiedź:

        To była jedna z pogłosek specjalnie rozsiewanych przez władze Sharmu, żeby nie odstraszać turystów z trudem tu ponownie przyciąganych po „wiośnie arabskiej”!

        Grażyna D. z Kraśnika:

        Wy też pójdziecie nurkować?

        Moja odpowiedź:

        Oczywiście, w tym samym miejscu. Ale najpierw zwabimy rekiny stoma kilogramami krwistego befsztyku!

        Przez godzinę pan Ryszard pokazywał mi zdjęcia ze swojej wyprawy sentymentalnej do Wietnamu, odbytej na początku tego roku. Sześćdziesiąt lat temu przebywał tam przez prawie dwa lata jako tłumacz, bo większość przedstawicieli polskiej misji wojskowej nie znała żadnego języka obcego. Do każdego z tysiąca zdjęć teraz zrobionych dawał treściwy komentarz z pamięci. Zamierza napisać o tym książkę. Na jednym z tych zdjęć pan Ryszard spożywa w wietnamskiej restauracji potrawę z krokodyla: „Mówiono nam, że możemy się w tamtej rzece spokojnie kąpać, bo wszystkie krokodyle zostały wybite. Szef misji powiedział, że da nam, mnie, mojej wietnamskiej dziewczynie i jej koleżance, samochód, a nawet pojedzie z nami, jeśli ta koleżanka będzie mu powolna. Zgodziła się, więc szef zasiadł za kierownicą i pojechaliśmy. Zaledwie zanurzyliśmy się w wodzie, a moja dziewczyna narobiła krzyku  widząc, że rzekoma kłoda drzewna zaczyna szybko płynąć w naszym kierunku. Na szczęście udało nam się uciec przed wielkim krokodylem, który usiłował nas dopaść nawet na brzegu. Dlatego postanowiłem uczcić tamto dramatyczne wydarzenie przez skonsumowanie kawałka krokodyla”.

        Ach, dużo by opowiadać o tym, co mi pokazywał. Sporo się zmieniło od tamtego czasu, ale na polach ryżowych nadal hoduje się ryby. Po spuszczeniu wody najpierw się je wyławia, a następnie zbiera się ryż; ich mięso ma zapewne ryżowy posmak…

        Pan Ryszard napisał na razie siedemnaście stron przyszłej książki o Wietnamie po latach i zaprasza mnie do współpracy redakcyjnej przy niej. Tyle nowości z Sharm el-Sheikh…

        23.11.2019

        Kolejny poranek w Sharmie. Lekka bryza. Powietrze już nie cuchnie rozwodnionym gównem, którym zraszano trawniki o godzinie pierwszej w nocy, ani rozpylanym dwie godziny później dymem przeciwko meszkom i komarom. Much też nie widać.

        Pan Ryszard mówi: „Gdybym nie przyjeżdżał tu od dwunastu lat, chyba bym już nie żył. Jesienne i wczesnowiosenne depresje, tak dokuczliwe w kraju, kiedy człowiek czuje się ciągle zmęczony i nic mu się nie chce robić, tutaj nie występują. Nigdy tu na nic nie chorowałem, nie mam żadnych kłopotów gastrycznych ani chęci na obżeranie się, wprost przeciwnie – za każdym razem, gdy tu jestem, tracę kilka ładnych kilogramów na wadze. Uważam, że dzięki zakupowi mieszkania po tej stronie, żyję sobie w miłym chłodzie i w wyrównanej temperaturze, nie ma tu duchoty. A tam na górze po drugiej stronie Anglik kupił całe piętro, bo chciał nachapać się jak najwięcej słońca. Zapłacił dużo więcej za m kw. ode mnie. No i ma! Musiał zainstalować w oknach gumowe zasłony i parasol na tarasie, pod którym siedzi z umęczoną twarzą. W jego mieszkaniu klimatyzator pracuje non stop, a my wychodzimy sobie na słońce, kiedy chcemy, ale nie musimy się na nim prażyć wbrew swojej woli. Ponadto nie ma tu skoków ciśnień, serce się nie męczy…”.

        Dzisiaj wiało dość mocno, nie przeszkodziło nam to jednak popływać jak zwykle w wodzie dość chłodnej, ale orzeźwiającej cudownie ciało po kilkugodzinnej nasiadówce przed komputerem. Poza nami prawie nikt nie zanurza się w wodzie (161 cm głębokości). Do tej pory widziałem tylko jednego Araba, który dość często korzysta z basenu, ale krótko. Pływał też wczoraj pewien Anglik, ale w kombinezonie neoprenowym, chroniącym przed zimnem. Osobiście robię trzy nawroty (w sumie około 300 m) w szybkim tempie i biegnę pod prysznic, gdzie zimna woda wydaje się być bardzo ciepła.

        Kiedy słońce chowa się za dachami domów, wracamy do mieszkania. Pan Ryszard robi obiad, a ja siedzę sobie na tarasie i piszę. Od strony rzeki panuje zawsze cisza – można chodzić dookoła przez dwie godziny i najwyżej ktoś przemknie i zniknie. Tu było tak nawet wtedy, gdy po głównej ulicy przewalały się tłumy…

        Nie zdążyliśmy pojechać do Old Market. Poszliśmy pieszo kilometr po zakupy. Duże słoiki dżemu truskawkowego czy  renklodowego po 3 zł, kg mąki 1,20. Mleko i jajka niedrogie. Irenka zrobiłaby z tego pyszne naleśniki. Spore zakupy wraz z dwiema 20-litrowymi butlami wody mineralnej zaraz przywiozą i przyniosą pod drzwi – za 3 zł i prezent czekoladowy za 1,99 zł. My wróciliśmy pieszo. Po drodze przy hotelu „Rixos” dwóch Arabów na rozłożonym dywaniku odprawiało modły. Widziałem ogłoszenie biura sprzedaży mieszkań w Sharmie (na tym osiedlu też) od 75 tys. zł  wzwyż (w przeliczeniu z funtów brytyjskich)…

        W markecie pan Ryszard wskazał na półkę z kremami i olejkami wspomagającymi opalanie  albo powodującymi wybielanie skóry. To drugie z myślą o Arabkach. Pani Halina ze Zgierza, ta, którą o mało nie ukamienowali w Sharmie, gdy zaproponowała Arabowi kupno 3,5 litra koszernej wódki żydowskiej, zakupiła w tym markecie kilkadziesiąt specyfików na wybielanie skóry – z myślą o rozprowadzeniu ich w kraju wśród sąsiadek-bladaczek, które pragnęłyby posiąść ciemny kolor skóry. Wcześniej postanowiła wypróbować te specyfiki na sobie, bo sama jest bladaczką. Wcierała, wcierała i skóra jej bielała coraz bardziej. Ponieważ żadnego języka poza kulawym polskim nie zna, zwróciła się o pomoc do pana Ryszarda, mówiąc: „Spójrz pan, jak te arabskie skurwiele zrobiły mnie w konia!”. I podaje panu Ryszardowi pudełko, na którym nawet ślepiec zobaczyłby, że skóra ma jaśnieć po użyciu tego kremu, a nie ciemnieć!!!

        24.11.2019

        Pan Ryszard: „Cholera, robię jedzenie dla psa i widzę, że Roszkowski śpi, po sekundzie się odwracam – Roszkowski wyparował, ani w łazience, ani pod łóżkiem go nie ma, wyglądam przez okno: nie widać go nigdzie, porusza się bezszelestnie, znika i nagle znowu się pojawia jak duch…”. No cóż, tu wystarczy wstać, rozsunąć cicho siatkowaty element drzwi wyjściowych na taras i po chwili być nad dużym basenem, gdzie chłopak rozkłada materace i rozpoczyna czyszczenie basenu pięciometrową tyką z podłączonym do niej długim przewodem ssącym zakończonym odkurzaczem (przy kilku wlotach na linii wody znajdują się worki, do których wpadają śmieci, codziennie się je opróżnia). Pan Ryszard akurat robi skłony i wyciska cegły-hantelki, tylko  na jednym tarasie górnym widać oznaki niby życia. Na tym samym co zwykle, na trzecim piętrze naszego domu: sflaczała para chyba Anglików zagłębiona w fotelach prawie bez ruchu, z komórkami nieco odsuniętymi od oczu, bo cierpią na starczowzroczność. Rzucają na mnie wyblakłe spojrzenia i znów wpatrują się w komórki. Przez tydzień nigdy nie zauważyłem, żeby się do siebie uśmiechnęli, żeby ich twarze w ogóle rozjaśnił jakikolwiek uśmiech – galernicy przykuci dośmiertnie do swego związku…

        Pan Ryszard nudząc się śmiertelnie na wykładach w szkole partyjnej przy KC PZPR, będącej „kuźnią kadr”, robił w zeszycie różne rysunki. Kiedyś narysował małpę z opaską na ramieniu i napisem MO (Milicja Obywatelska). Oburzony kolega-słuchacz natychmiast ten zeszyt zaniósł do kierownictwa szkoły i pan Ryszard cudem nie został wyrzucony z uczelni. Musiał złożyć publiczną samokrytykę, przeprosić również towarzyszki kucharki za stwierdzenie, że takiego żarcia nawet pies nie chciałby zeżreć. Skończyło się na naganie z wpisaniem do akt. No i musiał w ramach zadośćuczynienia za swoje w najwyższym stopniu naganne postępowanie podciągnąć w nauce troje nieco zapóźnionych w przyswajaniu programu słuchaczy, pełniących wcześniej eksponowane stanowiska partyjne. Między innymi towarzysza P., pierwszego sekretarza komitetu dzielnicowego na Żoliborzu. Ten towarzysz oburzył się kiedyś na pana Ryszarda, kiedy śmiał zwrócić mu uwagę, że mówi się nie „rzadkiewka”, lecz „rzodkiewka”.

        – Pierdolicie głupstwa, kolego! Może i rzeczywiście pisze się nie „wielblond”, ale „wielbląd”, bom w Afryce nie był i nie wiem, czy to jest szatyn, czy blondyn, ale na pewno moja ulubiona jarzyna nazywa się ‘rzadkiewka’, bo występuje rzadko, tylko w lecie…

        Nie ma tu raczej Gruzinek, a w każdym razie gruzińskich prostytutek. Są rosyjskie, ukraińskie etc. A w Warszawie były po wojnie „gruzinki”, bo dawały dupy w gruzach, będących wtedy jedynymi dostępnymi miejscami schadzek. Ludzie mieszkali w zagęszczonych mieszkaniach, o „wolnej chacie” można było pomarzyć, ławki w parkach były obłożone. A w gruzach na kupie łachów można było uprawiać płatną miłość. Bezpłatną też, np. w ocalałym konfesjonale częściowo zburzonego kościoła. Jeśli zdarzyło się to katolikom, to po otrzeźwieniu bali się iść do księdza się wyspowiadać. No bo jak mu powiedzieć, że zrobiło się to w konfesjonale – w miejscu przeznaczonym dla spowiednika?

        25.11.2019

        Na mojej komórce 8:06. Nie widać nikogo poza pracownikami, którzy czyszczą baseny i rzeki, podlewają trawniki, krzewy i drzewa rozwodnionymi gównami mieszkańców (Arabowie poszczą tylko w Ramadanie, a w zwykłe dni lubią sobie pojeść, co widzieliśmy choćby u pana generała, więc srają obficie, dlatego pompy trzeba uruchamiać i w nocy, i o świcie. Gdyby mieli takich mieszkańców jak ja, to w ogóle nie byłoby co uruchamiać i ta piękna roślinność wokół zmarniałaby błyskawicznie)…

        Śpię po pięć godzin i żadnej senności w ciągu dnia aż do godz. 2 w nocy, kiedy wracam z przednocnego spaceru, nie odczuwam. Jestem rześki jak poranek w Sharm el-Sheikh…

        Kolejny dzień pracy za nami, czas na pływanie i opalanie się. Pan Ryszard po wyjściu z wody kładzie się na leżaku. Ja łażę wokół i packą zabijam muchy, który usiłują po mnie łazić. Pan Ryszard robi to samo. W pewnym momencie pyta, czemu się tak przypatruję? Mrówkom, takim maleńkim, które poruszają się błyskawicznie jak pchły. Krążą dookoła i poszukują pożywienia. Odkrywają natychmiast muchy, które spadają na beton po pacnięciu, a jeśli rozpłaszczają się na leżakach, podnoszę je i rzucam w kręgi robione przez te maleńkie mrówki, ale jakże dzielne. Nawet jedna jest w stanie ciągnąć mniejszą muchę po betonie, a jak się zmęczy, natychmiast wyręcza ją w tym mozole inna. Wydaje mi się, że słyszę hymn dziękczynny śpiewany przez nie na moją cześć, więc staram się jeszcze bardziej: pac, pac, pac! Najwięcej much siada na panu Ryszardzie, który jakby od niechcenia, ale dość skutecznie wysyła muchy na tamten świat. W pewnym momencie mówi: „Mój brat ma na Florydzie mały basenik, w którego czyszczenie wkłada kupę dolarów, a ja mam tutaj aż trzy duże baseny, idealnie czyste, praktycznie za darmo. Nie muszę strzyc trawników, przycinać krzewów, niczego podlewać. Mam te wszystkie luksusy wraz z mieszkaniem za około 1500 zł rocznie, czyli 120 zł miesięcznie. Proszę koniecznie zamieścić tę informację, jeśli zamierza pan opublikować swoje zapiski na portalu pisarze.pl, żeby nie myślano o mnie jako bogaczu! W Polsce wydaję znacznie więcej pieniędzy na swoje utrzymanie, nawet jeśli w porze zimowej trzy razy lecę samolotem do Sharm el-Sheikh i z powrotem do kraju”.

         „Imam zemdlał” (z rozkoszy). Pan Ryszard zaserwował dzisiaj tę potrawę według przepisu prof. Ananiasa Zajączkowskiego, orientalisty, turkologa, spotkanego w roku 1957 w Stambule podczas podróży samochodem marki Warszawa do Chin. Pan profesor zaprosił obu młodych podróżników do swojej ulubionej knajpy i zafundował im kilka specjałów tureckiej kuchni. Szczególnie przypadła im do smaku potrawa, która imama, muzułmańskiego duchownego, wprawiła w ekstazę. Profesor objaśnił im, jak się tę potrawę przyrządza. Tnie się bakłażan na plastry grubości 1 cm, soli i zostawia je na trzy godziny na blacie kuchennym, żeby obciekły z wody. Następnie obtacza się je rozbełtanym jajkiem
i z jednej strony, która najpierw będzie smażona, oprósza mąką. Drugą stronę plastra traktuje się podobnie i po obsmażeniu na oleju roślinnym podaje na stół. Pycha! W Turcji na deser młodzi podróżnicy zjedli miseczkę rachatłukum, my, jako podróżnicy nieco starsi, zadowalamy się kawałkami słodkiej czekolady…

        26.11.2019

        Przyglądam się porannemu czyszczeniu dna basenów, choć zanieczyszczeń jest tam niewiele. Gruba folia wyścielająca baseny jest zawsze idealnie czysta, choć nikt jej nie szoruje. Woda pachnie świeżością, a nie chlorem. I tak jest zawsze, nawet w lecie, gdy temperatura powietrza osiąga 40°C! Miałem kiedyś basen wyścielany taką samą folią i pamiętam mękę związaną z utrzymaniem go w czystości. Ale o takiej, jaka jest w tych basenach, mogłem tylko pomarzyć. Woda w trzech sztucznych rzekach na tym osiedlu jest też idealnie czysta. Pytam pana Ryszarda, który wynosi mięsko z odrobiną ryżu dla Alexis, czy nie wie, jaką metodą oczyszczana jest ta woda. „Panie Januszu, gdyby pan wierzył w Allacha, wszystko byłoby dla pana oczywiste: ALLACH!”. No to pokazuję mu dziewczynę, która od dziesięciu minut wykonuje na trawniku różne ćwiczenia gimnastyczne i przebieżki, po czym dodaję: „A pan mnie spędził z trawnika, mimo iż to, co nie jest oficjalnie zabronione, jest dozwolone. Zgodnie z wolą Allacha”…

        Pan Ryszard: „Proszę zrobić zdjęcie śniadaniowego stołu, bo wszyscy pomyślą, że Sługocki wywiózł Roszkowskiego na pustynię synajską i gdyby nie manna zrzucana z nieba, to by Roszkowski zdechł z głodu!”…

        Dzisiaj pracownicy ogrodowi w zielonych mundurkach oczyszczali palmy z nadmiaru zdrewniałych liści (pozostałości po zielonych kiedyś pióropuszach liściowych). Były tego całe góry. Palmy nie nadają się do żadnej obróbki, nie można z nich zrobić desek, kantówek, a tym bardziej mebli. Beduini używają ich w całości do więźby dachowej – wygląda to pokracznie. Na wysypiskach śmieci widać pnie uschniętych palm. Beduini dorzuciliby je do ogniska, bo nadają się do palenia…

        W trakcie długiej nasiadówki przed komputerem robimy sobie przechadzkę dla rozprostowania kości. Przy dużym basenie jest znacznie większa kaskada wodna nad sztuczną skałą, gdzie są toalety i prysznice, ale rzadko uruchamiana; podobno z okazji jakichś świąt państwowych…

        Pojechaliśmy po południu do Old Market – naprzeciw tego wielkiego centrum handlowego zbudowano imponujący meczet. Akurat gdy tam byliśmy, imam przez cały system megafonów nawoływał wiernych do modlitwy, natomiast handlarze nawoływali nielicznych turystów do wejścia do swych sklepów. Przed pokazaniem  paru migawek z Old Market, opiszę pokrótce naszą jazdę do Hadaby (ok. 40 km od Nabq). Zaskoczeniem dla mnie było to, że nie ma nigdzie żadnych przystanków ani dla wsiadających, ani wysiadających. Wystarczy stanąć w dowolnym miejscu, nawet w pobliżu posterunków policyjnych i machnąć ręką. Co kilka minut nadjeżdża bus i zabiera pasażerów. Biletów nie ma. Podaje się kierowcy pieniądze (7 funtów egipskich = 1,80 zł na osobę w jedną stronę; lepiej mieć przy sobie drobne) i wskazuje dowolne miejsce, gdzie chcemy wysiąść. 

        Drugie zaskoczenie. Młody Arab siedzący przed nami, słysząc, że rozmawiamy po polsku, odwrócił się i dość czystą polszczyzną zaczął z nami rozmawiać, przepraszając, że po czterech latach mówi nie tak dobrze jak kiedyś. Przez pięć lat Mohammed mieszkał w Zielonce niedaleko  Warszawy i pracował w tamtejszym hotelu jako kucharz…

        A jeśli chodzi o Old Market, to łaziliśmy, łaziliśmy, ale nic nie kupiliśmy. Najbardziej wściekał się Arab w sklepie z muszlami, koralowcami, gąbkami. Bo udało się mu wciągnąć nas w głąb swego sklepu, a my po zapytaniu o cenę dużej muszli (ok. 10 dolarów) zaczęliśmy stamtąd wychodzić, mimo iż obniżył jej cenę o połowę. No cóż, muszę najpierw wiedzieć, komu mam coś kupić i dopiero wtedy się targować. Korale z prawdziwych korali? Strój haremowy? Wielką muszlę? Nastawiam ucha! Sobie sprezentuję sandały, czapeczkę (fez) i może strój beduiński, abaję? W drodze powrotnej zapytałem pana Ryszarda, gdzie można kupić fez i ile kosztuje? Spojrzał na mnie dziwnie: „Chciałby pan tutaj nabyć nakrycie głowy, które jest znienawidzonym rekwizytem ponad stuletniego panowania Imperium Osmańskiego nad Egiptem, zakończonego dopiero po pierwszej wojnie światowej? Są tu takie kapelusiki, które pan lubi, produkowane dla turystów, ale na głowach Arabów zobaczy pan najwyżej bejsbolówki, no i od czasu do czasu kefije, u nas nazywane arafatkami”.

        Od hotelu „Rixos” jest ze sto metrów nieoświetlonej ścieżki między zwałami ubitego gruzu. Szła przed nami młoda kobieta. Pan Ryszard: „Prawie ucieka przed nami, choć my ją ochraniamy. Na tym odcinku jakiś Arab chciał zgwałcić generałową Marinę, ale zawzięcie broniła swojej cnoty, krzycząc po angielsku i rosyjsku: ‘Ja babuszka!’. Ale Arab nie zważał na jej wiek i po ściągnięciu z niej majtek do kolan, żeby nie mogła uciekać, zgwałciłby babuszkę Marinę niechybnie, gdyby strażnik nie wyszedł akurat z budki na papierosa i nie usłyszał jej krzyku. Jak pan zobaczy generałową na basenie, to przekona się pan, że jest babuszką tylko metrykalną, nadaje się w ogólnych zarysach absolutnie do przerżnięcia”…

        27.11.2019

        Obchód poranny. Korzystam z toalety i prysznica przy dużym basenie, więc pan Ryszard płaci tylko za zużywaną  przeze mnie wodę przy myciu zębów, no i do zaparzania herbaty. Na niebie pojawiło się trochę chmur pierzastych, ale dłuższe przebywanie na słońcu nawet o tej porze, o 8 rano, byłoby dla mnie nie do zniesienia (termometr na naszym tarasie pokazuje 23,5°C w cieniu). Pracownicy w swoich mundurkach pracują jak zwykle, dyskretnie nadzorowani przez swoich szefów w białych koszulach. Są skoszarowani przez pół roku w osobnym budynku, a jedynymi kobietami, które widzą, są te, które przemykają po osiedlowych ścieżkach, najczęściej z psami na smyczach. To są młodzi mężczyźni (nadzorcy mieszkają w Sharmie na stałe), marnie opłacani – nie stać ich na korzystanie z usług prostytutek. Cóż dziwnego, że jeden z nich połakomił się na babuszkę generałową. Być może ten, który wczoraj wieczorem rozkładał przed hotelem „Rixos” modlitewny dywanik, a w dzień przycinał czupryny młodym palmom rosnącym przy ulicy, żeby lepiej się zakorzeniły…

        Jola K. z Olkusza:

        A nie wspomniał pan Ryszard, że większość Arabów to geje? Nie zauważyliście, jak oni się do siebie kleją?

        Pan Ryszard:

        Kiedy przez dwa lata przebywałem w Damaszku, widziałem na ulicy wielu młodych i starszych mężczyzn trzymających się tkliwie za małe paluszki. Trudno się temu dziwić – nie każdego stać na jedną żonę, a co dopiero na cztery! Tutaj zwyczaju trzymania się za małe paluszki nie zauważyłem, no ale co kraj to obyczaj – może trzymają się za co innego, ale dyskretnie? W Sharmie pracownicy nie mają prawa manifestować swoich uczuć nawet religijnych, dlatego wychodzą ze swoimi dywanikami za ogrodzenie hotelu „Rixos”. Wystarczy pojechać do Kairu, żeby zobaczyć, w jakiej okropnej biedzie żyją tam ludzie – dzięki pracy w Sharmie mogą się z najgorszej biedy wydobyć. I bardzo to sobie cenią.

        Młode muzułmanki są bardzo ładne, te w nowoczesnym wydaniu. Pustynne gazele o migdałowych oczach. Ale już trzydziestolatki nie przypominają bohaterki biblijnej Pieśni nad pieśniami. A później jest coraz gorzej. Otłuszczone, brzydkie, ze zgaszonymi oczami. Przed godziną widziałem na balkonie jedną z nich zakutaną w chustę i grubo ubraną. Pan Ryszard mówi, że kiedy temperatura w Sharmie spada do 21°C, tubylcy wskakują w ciepłe kurtki – on chodzi jak zwykle w koszulce i krótkich spodenkach, a im jest zimno!

        Następnie dodał, że to, jak muzułmanki wyglądają, wynika z chowu haremowego. Jedynym ich zajęciem było przypodobanie się swemu władcy. Wtedy starały się być powabne, wypięknione. Jeśli były w niełasce, bo po pierwszym czy drugim razie nie chciał już korzystać z ich wdzięków, pozostawały im tylko rozkosze podniebienia – żarły na potęgę, bo nic innego nie miały do roboty. Tutaj haremów raczej nie ma. A baby mają wprawdzie trochę więcej pracy niż w haremach, szczególnie rano, gdy wywieszają na dwór czy na balkony pranie i odkurzone dywany, ale później siedzą i żrą. I stają się coraz bardziej paskudne. Trudno się dziwić, że ich mężowie wolą zapłacić za seks młodym prostytutkom rosyjskim czy ukraińskim. Niektóre z nich mają mężów Arabów i dzieci z nimi, ale nadal oddają się prostytucji pod patronatem swoich mężów-alfonsów…

        Podczas naszego pobytu na basenie akurat przeszedł obok nas Arab z dwiema żonami i ośmiorgiem przychówku. W pobliżu rozwalonych na leżakach kobiet i mężczyzn w skąpych strojach kąpielowych, tfu! On był w ubraniu normalnym, europejskim, a one okutane na czarno od stóp do głów, w czadory.  Gdyby nie to, że nie miał na sobie abaji, szaty do ziemi, wyglądałby na poganiacza wielbłądzic – cały czas  czujny wzrok skierowany na żony, które szły ze spuszczonymi oczami nie śmiejąc rozglądać się na boki. Skierowali się do Kids Area, strefy dla dzieci, niebędącej na szczęście miejscem basenowego nierządu!

        28.11.2019

        Osiedle The View Resort nie zostało ukończone, z przodu straszy hotel widmo częściowo wzniesiony, z tyłu są wykopy pod jeszcze jeden rząd domów. Pan Ryszard mówi, że miał duże szczęście, kupując mieszkanie w domu, którego jeszcze nie było. Baseny, rzeki i oazową zieleń podziwiał tylko na panoramicznym zdjęciu w biurze sprzedaży mieszkań znajdującym się w gmachu biurowym osiedla. Inni nie mieli tyle szczęścia – ich wymarzone mieszkania straszą pustką w dziesiątkach osiedli-widm znajdujących w całym ponad 40-kilometrowym pasie nadbrzeżnym Złotej Zatoki Riwiery Morza Czerwonego.

        OASIS VILLAS, oaza willowa to projekt związany z tym samym inwestorem. Dla ludzi zamożnych. Każda willa z małym basenem, który trzeba będzie samemu utrzymywać w czystości. Przy jednej z nich jest trochę zieleni, tak jakby ktoś w niej mieszkał. Na tarasie przed nim nagle pojawia się jakaś postać, może to być jednak dozorca, bo inne wille świecą pustką…

        Jola K. z Olkusza:

        I jeszcze bardzo długo będą świeciły pustką! Kiedy rano wyjrzałam przez okno i zobaczyłam, jak na dworze jest zimno, szaro i ponuro, miałam chęć zadzwonić do biura podróży i znaleźć się tam, gdzie wy. Ale nagle ogarnął mnie lęk. Nie wiecie, dlaczego się boję? Tyle się słyszy o ISIS. Nie ma dnia, żeby islamiści nie zaatakowali jakiegoś kościoła Koptów. W świątyni Hatszepsut zginęła masa ludzi. Rosyjski samolot zestrzelili przecież przed czterema laty, kiedy wystartował z lotniska w Sharm el-Sheikh! Nie zarzekam się, że nie pojadę już nigdy do Egiptu. Ale są bezpieczniejsze kraje.

         W Sharmie byłam przed laty dwa razy: w hotelu „Oriental Rivoli” i w jeszcze jednym, którego nazwy nie pamiętam, ale to było w Nama Bej, a nie w Nabq, w którym przebywacie. Miło wspominam te pobyty. Zaliczyliśmy wtedy wycieczkę do Izraela. Ściana Płaczu w Jerozolimie,  Betlejem, kąpiel w Morzu Martwym itd.

        W Hurghadzie, która znajduje się po innej stronie Morza Czerwonego, bywałam częściej. I dużo pięknych wspomnień stamtąd mam, szczególnie rejs po Nilu utkwił mi w pamięci, ale pan Ryszard na pewno i tam był – i jako pisarz stokroć lepiej opisze to niż ja…

        Moja odpowiedź:

        Pana Ryszarda bardzo dużo będzie w tej książce, ponadto rejsu po Nilu chyba nie odbywał, a nawet jeśli, to ciekawi mnie Twoja relacja… Rozumiesz: inne jest widzenie mężczyzny, a inne kobiety…

        Jola K. z Olkusza:

        Skoro tak, to streszczę z pamięci swoje wrażenia sprzed wielu lat.

        Podczas ferii zimowych pojechałam do Krakowa kupić córce obóz narciarski, ale że nie było śniegu, pani w biurze podróży Rainbow przekonała mnie do wyjazdu do Hurghady, gdzie po jednej nocy spędzonej w hotelu mieliśmy odbyć rejs po Nilu. 5 dni na Nilu, 2 dni w Kairze, 7 dni wypoczynku w hotelu w Hurghadzie… tak jakoś… I lot powrotny do Katowic. Kosztowało to 2200 zł od osoby, teraz trzeba wybulić dużo więcej.

        Z Hurghady wyruszyliśmy wczesnym rankiem autokarami – nie  pamiętam dokładnie, czy było ich 20, czy 40, ale dużo – wycieczka była konwojowana: z ochroną na początku, a na końcu uzbrojeni żołnierze jechali.

        W Luksorze zwiedziliśmy Dolinę Królów, potem zaokrętowaliśmy się na przecudnie wyposażonym 4-piętrowym statku. Wyobrażałam sobie kabinę na statku jako małą dziuplę, a pokój był duży, w łazience wanna, kryształowe żyrandole, basen na ostatnim górnym pokładzie, kawiarnia, restauracja, jedzenie dużo lepsze niż na lądzie, program rozrywkowy co wieczór… super.

        Nocą płynęliśmy, a w dzień zwiedzaliśmy. Świątynię Horusa w Edfu z monumentalnymi pylonami, świątynię w Kom Ombo, gdzie w jednej z kaplic przechowywane są mumie krokodyli, Tamę Asuańską zakończoną wieżą w kształcie kwiatu lotosu. Z Asuanu można było odbyć wycieczkę do Abu Simbel – dwóch wykutych w skale świątyń (faraon Ramzes II musiał darzyć swoją pierwszą, najwyższą żonę Nefertari nie tylko miłością, ale i szacunkiem, skoro i w Abu Simbel, i na malowidłach przedstawiana jest na równi z nim, a pozostałe jego trzy żony lokowane są na wysokości jego kolan, więc wiadomo, jak twierdzą złośliwcy, do czego służyły). Na ścianie jej komory grobowej w Dolinie Królów widnieją strofy, które jej poświęcił: „Moja miłość jest wyjątkowa, nikt nie może z nią rywalizować, bo jest najpiękniejsza spośród żyjących, wprost skradła moje serce”…

        Potem jechaliśmy pociągiem z Asuanu całą noc do Kairu. Na ulicy jadąc autokarem mijaliśmy pogrzeb… otwarta trumna… pod cmentarzem stado płaczek okutanych w czerń. Mijaliśmy też weselną kolumnę, gdzie na autach jechała wyprawa młodej, w tym piękne meble… W Kairze dwa dni zwiedzania… przeciekawe miasto kontrastów – bogactwa i niewyobrażalnej biedy, na powierzchni wielkości Warszawy gnieździ się oficjalnie 10 milionów, a nieoficjalnie 15 milionów mieszkańców: mnóstwo ludzi żyje w grobowcach obok przepięknej Cytadeli Kairskiej, a kilkaset tysięcy egipskich chrześcijan – w „Mieście Śmieciarzy”…

        Oczywiście byliśmy w Muzeum Egipskim, gdzie podziwialiśmy wyposażenie z grobowca faraona Tutanchamona, w tym jego złotą maskę; kolekcję nagrobnych portretów fajumskich, królewskie mumie, posągi faraonów, ich żon oraz bogów i bogiń egipskich. A przed budynkiem, wśród ustawionych tam popiersi najwybitniejszych archeologów i badaczy starożytnego Egiptu, przewodniczka wskazała nam popiersie prof. Kazimierza Michałowskiego, naszego rodaka. Byliśmy w Papyrus Institute, gdzie można się było zapoznać ze sposobem wytwarzania papirusu i zakupić arkusz z malowidłem. I w Perfume Factory, wytwórni perfum, których używała ponoć Kleopatra. I w kościele koptyjskim św. Sergiusza, gdzie ukrywała się Maryja z Jezusem podczas ucieczki do Egiptu. I oczywiście w Gizie, już w starożytności słynącej z piramid i Wielkiego Sfinksa.

        Potem były wycieczki fakultatywne, za które trzeba było zapłacić dodatkowo – ja pojechałam do Aleksandrii. Nowoczesna biblioteka aleksandryjska o zmierzchu jest pięknie rozświetlona, ale dawnego blasku już nigdy nie odzyska, gdyż powstała na miejscu największej kiedyś biblioteki starożytnego świata. Zdumienie budzi fakt, że najgorszymi jej niszczycielami byli nie Arabowie, lecz Rzymianie. Podczas podbojów arabskich w VII wieku miał zostać zniszczony jedynie księgozbiór pomocniczy, co też nie jest pewne. Główny księgozbiór uległ zagładzie dużo wcześniej – w czasie działań wojennych prowadzonych przez Juliusza Cezara, a następnie Aureliana. Szkoda, że podczas podpalania tamtej wspaniałej biblioteki niebo nie zesłało takiej nagłej ulewy, jaka spadła na nas podczas zwiedzania Aleksandrii…

        Później byłam jeszcze dwukrotnie w Hurghadzie. Raz się bardzo wystraszyłam, gdy idąc ulicą nagle zobaczyłam grupę ze 20 wysokich Egipcjan wymachujących rękami i głośno się zachowujących, a w niewielkiej odległości od nich ze 20 kobiet zawodzących. Później się dowiedziałam, że znajdowali się pod szpitalem i prawdopodobnie ktoś umarł, dlatego tak się zachowywali. Ale wystraszyłam się nie na żarty, sądząc, że za chwilę podejdą pod nasz hotel i zaczną nam podrzynać gardła…

        Jeszcze bardziej się wystraszyłam, gdy moją córkę, kiedy nurkowała w morzu, goniła dwumetrowa ryba. Biegiem wskoczyła na rower wodny. Przeżyła horror. Mam nagranie wideo. Nie wiem do końca, czy to był rekin. To wydarzyło się dokładnie wtedy, gdy rekiny pożerały w Sharmie turystów…

        Koleżanka jeździ co roku do Egiptu. Mnie ciekawią kraje, w których jeszcze nie byłam.

        Anna D. z Milanówka:

        Na przykład modny jest teraz kierunek nie afrykański, lecz azjatycki. Wietnam, Kambodża, Tajlandia. Polacy chętnie wypoczywają w Tajlandii, serdeczni ludzie, wspaniały klimat…

        Moja odpowiedź:

        Pan Ryszard się skrzywił: „Wolę stokroć suche gorąco, jak tutaj, z wyrównanym ciśnieniem, niż parne gorąco, jak tam, z dużymi skokami ciśnienia! Przebywałem w tamtych stronach długo, więc wiem, co mówię. Zawsze musiałem pamiętać, żeby po schodach schodzić bardzo wolno. Ale kiedyś śpieszyłem się na przyjęcie i zbiegłem szybko. Po czym jeszcze szybciej wbiegłem na górę, żeby się przebrać. Koszulę można było wyżymać z potu. Wtedy byłem młody i szczupły, teraz jest odwrotnie, a mimo to tutaj mogę wbiec na dach i z powrotem i tylko trochę oddech się przyśpiesza, pot ze mnie nie spływa”…

        Zapytałem pana Ryszarda, dlaczego na plaży, gdy zaśpiewałem Bradiagę przy dwóch młodych Rosjankach, nawet się do mnie nie uśmiechnęły ani nie próbowały skwitować mego występu choć jednym słowem? Tu jest podobnie: kiedy przy dużym basenie jedna z nich krzyczała do synka skaczącego do wody „maładiec!”, a ja, patrząc na nią z uśmiechem, dwukrotnie to powtórzyłem, nawet nie omiotła mnie spojrzeniem, od razu cofnęła się do trzech swoich koleżanek i coś tam po cichu poszeptywały. Objaśnił to tak: „Przyjechały tu na kilkuletnie występy gościnne i po utłuczeniu na kurestwie mnogo dienieg wracają do kraju jako zamożne panny na wydaniu. Oczywiście dziewice, bo tu w Arabii Szczęśliwej jest cały przemysł renowacji błon dziewiczych.  Żadna oblubienica arabska nie powie panu młodemu, że straciła cnotę w czasie skoku przez płotki, bo by jej natychmiast poderżnął gardło. Musi mieć całą, nienaruszoną, only dla swego oblubieńca Na szczęście za odpowiednią opłatą jest to możliwe do zdobycia, dla kurewek rosyjskich też”…

        Po czym dodał, że tutejsi taksówkarze mu kilka razy proponowali, że zawiozą go tam, gdzie będzie mógł sobie wybrać co chce: Murzynkę, Mulatkę, Chinkę, Japonkę, Rosjankę, Ukrainkę, Polkę, dziewczynkę nastoletnią, a może chłopca? W Hanoi taksówkarze mieli foldery zdjęciowe wraz z opisami: ta do seksu analnego, ta do oralnego, ta i do tego, i do tego (uniwersalna), ta do różnych zboczeń etc. wraz z cennikiem. Arabowie nie podają ceny – można się przecież potargować…

        29.11.2019

        Z porannego obchodu niewiele zdjęć przyniosłem, bo nie mogę fotografować w nieskończoność tego samego. Ot, utrwaliłem zawieszane na krzewach i drzewach pułapki na komary, meszki i muchy z napisem PARADISE!

        Owady włażą do środka znęcone zapachem i przenoszą się do Paradise, gdzie mogą siadać na powabnych hurysach, wiecznie młodych i pięknych dziewicach, które stanowią w raju jedną z nagród dla zbawionych wiernych, np. terrorystów wysadzającym się w powietrze wraz z niewiernymi. Mnie, nawet gdybym zdetonował bombę w izraelskim autobusie szkolnym, hurysy swoich wdzięków na pewno by poskąpiły jako człowiekowi, który wprawdzie od dwóch tygodni żyje w raju, ale niestety sztucznym.

        Nie będąc w raju prawdziwym nie wiem, jak wyglądają hurysy, ale nie muszę nawet popuszczać wodzy wyobraźni, bo od kilku dni, na obchodach porannych, widzę młodziuteńką dziewczynę, która idealnie pasuje do moich wyobrażeń. Może jest hurysą, która zstąpiła z raju, żeby mnie skusić do zrobienia wszystkiego, żeby się tam znaleźć? Przejście na islam nie jest trudne, wystarczy maksimum wiary i minimum wiedzy. To, że „islam jest religią, którą Bóg Wszechmogący zesłał dla swoich stworzeń i dzięki której człowiek może być szczęśliwy zarówno w tym, jak i w przyszłym życiu”, brzmi dziwnie znajomo w moich uszach. Jedyną trudność upatruję w obowiązkowym, dwukrotnym wypowiedzeniu słów szahady: „Aszhadu an la ilaha il’Allah. Aszhadu anna Muhammadan Rasul‘ullah” („Zaświadczam, że nic nie jest godne czci jak tylko Allach i świadczę, że Mahomet jest Wysłannikiem Boga”).

        Nie, ta dziewczyna nie może być hurysą, bo jest matką  dwojga Arabiątek o bajecznej urodzie, jak z obrazka w bajce z tysiąca i drugiej nocy. Dziewczynka i chłopiec w ubrankach współczesnych o ładnych kolorach biegają wokół matki siedzącej na kamiennej ścieżce w czarnym czadorze, w którym niezakryta jest tylko twarz. Dzieci bawią się w zabetonowanej przestrzeni w niewielkim kręgu wokół niej. Co chwilę podbiegają do niej, ona je tuli do siebie. Przy tych igraszkach zsuwa się z jej głowy tkanina i rozsypują się na ramiona piękne włosy o brązowawym odcieniu; natychmiast odsuwa od siebie dzieci i starannie nasuwa tkaninę na poprzednie miejsce.

        Nie widzieli mnie, może powinienem się cofnąć, ale przeważyła ciekawość. Gdy przeszedłem blisko nich w samych majtkach, natychmiast zebrała dzieci, które popatrywały na mnie z ciekawością, i zniknęła z nimi w mieszkaniu. Kiedy wracałem po pięciu minutach znad dużego basenu, zastałem tę samą scenkę: matkę siedzącą na kamiennej ścieżce i dzieci ją obiegające jak na małej karuzeli. Tym razem poszedłem po drugiej stronie rzeki. Fotografowałem niby fontannę, ale dziewczyna miała odwróconą głowę, więc skierowałem obiektyw i na nią.

        Podjąłem spore ryzyko – zza okiennych zasłon mogłem być obserwowany, a jej pan i władca, gdyby był w środku, porachowałby mi na pewno nożem żebra. Młodzi religijni Arabowie każą swoim kobietom zamotywać się w czadory, a sami dopiero w podeszłym wieku nakładają abaje, tradycyjny strój Beduinów. Taka młodziutka jest ta muzułmanka, a dzieci 3-4-letnie. No ale w tradycyjnych rodzinach wydaje się za mąż dwunastoletnie panny, które dojrzewają płciowo znacznie wcześniej niż polskie nastolatki, a przecież i u nas trzynastoletnie matki się zdarzają. Dlaczego natychmiast, gdy dzieci zdarły jej z głowy czador, bezzwłocznie go naciągnęła i wsunęła pod niego każdy włosek? Otóż włosy i uszy, a nie jak u nas oczy i usta, są szczególnie seksualne! Tak twierdzi pan Ryszard, który jest chodzącą encyklopedią wiedzy o krajach muzułmańskich…

        Przystawka na arabski piątek: khobez (podpłomyk), oliwki w specjalnej zalewie i piwo bezalkoholowe Birell…

        Te podpłomyki rozrywa się na pół. Tworzy się kieszonka, w którą można włożyć jarzyny z mięsem etc., etc. Dzisiaj jest skromniej: rwiemy placki na kawałki i zjadamy z kiszonymi oliwkami. Pan Ryszard jako biedny student przeżył na oliwkach, bagietkach i winie prawie pół roku w Paryżu…

        Aha, żeby nie zapomnieć. Założenia ogrodowe na tym osiedlu chyba zaprojektował Anglik, który mieszka w Sharmie na stałe. Pokazał mi go pan Ryszard, gdy szliśmy do biura. Przyszedł na inspekcję, żywo gestykulował, tłumacząc coś arabskiemu szefowi pracowników w zielonych mundurkach – od osiedlowej zieleni.

        No cóż, sztuczny, bo sztuczny, ale jednak raj na pustyni. Żeby się o tym przekonać, wystarczy wyjrzeć za ogrodzenie, zza którego widnieje niezbyt rajska, bo niezagospodarowana, OASIS VILLAS!

        [30.11.2019)

        Przy obchodzie porannym zrobiłem zdjęcie bananowca. Nie tylko owoców tu nie wyda, ale o tej porze marnieje. Za zimno! Napotkałem też palmę, która wyraźnie potrzebuje pielęgnacji osiedlowych ogrodników.  Palmy niezadbane wyglądałyby smętnie…

        W dzień samochodów na osiedlowych ulicach jest niewiele, a po 22 stoją jeden obok drugiego. Arabowie wrócili z pracy, a wczesnym rankiem stąd odjadą. 1/3 samochodów pochodzi z wypożyczalni. Około 800 zł miesięcznie, 2 zł za litr benzyny. Pan Ryszard mówi, że bardzo podrożała. Przed rokiem kosztowała złotówkę z groszami za litr! Dzisiejszy kurs 1 euro = 17, 75 funtów egipskich (w styczniu 2019 dostawało się ponad 20; funt egipski bardzo się umocnił).

        Drogi główne są dobre, ruch niewielki, tylko podróżować po Egipcie, bo obcokrajowcy też mogą wypożyczać samochody, ale na forum podróżniczym w roku 2012 pisano, że tylko straceniec wyruszy indywidualnie w taką podróż, a teraz też odradzają. Podróże po Egipcie, jeśli je wykupimy w biurze podróży, są znacznie bezpieczniejsze…

        Jola K. z Olkusza:

        Z Hurghady do Asuanu jechaliśmy w 40 autokarów. Z Sharmu do Izraela podobnie. Wszelkie wycieczki po Egipcie są konwojowanie przez uzbrojonych żołnierzy.

        Przed rokiem 1970 terroryzm w krajach arabskich nie istniał. Dlatego w 1962 roku pan Ryszard po zakupieniu w Algierze volkswagena garbusa mógł pojechać z żoną i małym synkiem do Damaszku, gdzie był szefem polskiej placówki dyplomatycznej[1]. Przez Algier, Tunezję, Libię, Egipt. Trasa liczyła ponad 6000 km, najczęściej po drogach strasznie marnych, jedynie w Egipcie było nieco lepiej, bo przed I wojną światową Anglicy dbali o drogi. Najgorzej było w Libii (2500 km przez pustynię Saharę), gdzie przed Kadafim dróg praktycznie w ogóle nie było, a jeśli – to o szerokości 2,5 m, akurat na jeden samochód. Zazwyczaj były one zasypane piachem i tylko kamienie przydrożne wskazywały ich przebieg. Co 300 km znajdowały się stacje benzynowe w postaci beczek z benzyną, ale czasami w beczce świeciło dno, więc trzeba było na dachu samochodu przewozić w palącym słońcu karnistry z benzyną i oczywiście z wodą. Panu Ryszardowi sprzyjało niewiarygodne szczęście, ale wielu kierowców znalazło tam wieczne schronienie. Wystarczyło w czasie nawet niewielkiej burzy piaskowej zjechać z trasy. W tamtym czasie pustynia pochłonęła całą niemiecką rodzinę, na szczęście nie na zawsze, bo ich zwłoki znaleziono…

        W sensie jednostkowym ta tragedia była straszna. Proszę sobie jednak wyobrazić, co się działo w Persji, gdy wysłana w 525 p.n.e. przez króla Kambyzesa II w celu zdobycia oazy Siwa na Pustyni Libijskiej 50-tysięczna armia zniknęła bez śladu! W książce Żelazna obroża pan Ryszard wspomina o podobnym losie legionu rzymskiego, który wysłany przez cesarza Oktawiana Augusta w celu wytyczenia szlaku przez pustynię (chodziło o dotarcie do wnętrza Afryki, „skąd dostarczano egzotyczne zwierzęta, kość słoniową, kamienie szlachetne, złoto, a przede wszystkim niewolników”), też zniknął bez śladu i nawet naczyń na wodę, tak jak to się działo w przypadku armii perskiej, pustynne piaski nigdy nie odsłoniły. Przypomnijmy: w skład legionu wchodziły centurie jazdy, oddziały lekkozbrojnych piechurów, oddziały zwiadowcze, inżynieryjne, aprowizacyjne. W sumie 6000 żołnierzy najskuteczniejszej armii świata starożytnego, którzy w czasie tej wyprawy mieli rozprawić się ze zbójeckimi plemionami beduińskimi. Allach jest wielki – Beduinom na pomoc przybyły pustynne dżiny, rozpętując potężną burzę piaskową, która pogrzebała stopniowo niewiernych pod zwałami piachu. Proszę sobie wyobrazić sceny, które tam się rozegrały!

        Kiedy wczoraj późnym wieczorem byliśmy na zakupach przy głównej ulicy, pan Ryszard pokazał mi sprzedawcę, który z przenikliwym dzwonieniem oznajmiał swoje przybycie i zachęcał do kupna popularnej potrawy zwanej ful – gotowanej odmiany egipskiego bobu, z oliwą, sokiem ze świeżych limonek, dużą ilością kuminu, liśćmi kolendry oraz wbitym na koniec jajkiem. Je się ją zawsze z gorącymi podpłomykami. Pan Ryszard stwierdził, że bałby się ją skonsumować z przenośnego wózka, żeby nie narazić się na „zemstę faraona”. Natomiast często jadał falafel – wskazał na bar uliczny, obok którego przechodziliśmy, i zapytał, czy nie chciałbym spróbować dania należącego ponoć do najstarszych dań świata. Są to smażone w głębokim tłuszczu kuleczki z soczewicy wymieszanej z przyprawami i świeżą kolendrą. Kucharz sprzedaje je bezpośrednio po usmażeniu za określoną sumę pieniędzy. Np. za trzy funty (niecała złotówka) dostałbym w papierowej tutce około 25 falafeli. Niestety, byliśmy świeżo po obiadokolacji, więc nie skorzystałem z tej dość kuszącej propozycji…

        Tutaj banany zrywa się rano i przewozi do sklepów jak najszybciej, z pomidorami jest tak samo. Nie są ładne, ale dojrzewają w sposób naturalny. Truskawek świeżych nie poleca się jeść, na szczęście nie dotyczy to dżemów z truskawek lub z takich owoców jak mango, guawa (ach, jakie pyszne soki się z nich robi!), czy figi. Ich wyborny smak wynika z tego, jak twierdzi pan Ryszard, że są wysoko słodzone, no i całkowicie naturalne – bez konserwantów, sztucznych barwników, utrwalaczy smaku itp.

        Z dzisiejszej pracy nad nową książką pana Ryszarda zapamiętałem, że dzięki wielkiemu uczonemu Miczurinowi palmy miały rosnąć na Syberii, a wszystkie wielkie wynalazki były dziełem Rosjan. W Warszawie dowcipkowano: „Promienie rentgena odkrył nie niemiecki lekarz Roentgen, lecz pewien rosyjski mużyk, który już w XVI wieku powiedział do swej żony: JA CIEBIE, KURWO, NA WYLOT PRZEJRZAŁEM!”.

        Jutro będę pływał w basenie już w grudniu! Dzisiaj Rosjanka z lekką nadwagą pławiła się w basenie dość długo, natomiast jej mąż Arab, zwaliste chłopisko z grubą warstwą sadła, krzywił się komicznie, gdy kazała mu wskoczyć do wody. W końcu się zanurzył, ale już po pięciu minutach wyskoczył z basenu dygocząc z zimna. A ja, szczuplak (nie szczupak!), robię codziennie trzy nawroty (w sumie trzysta metrów) i nawet nie dostaję gęsiej skórki. W styczniu i lutym pan Ryszard do basenu nie wchodzi, dlatego ma zamiar wyjechać stąd tydzień po mnie, tuż przed świętami, i wrócić przy końcu lutego z panią Basią…


[1] Jeszcze wtedy nie mógł wiedzieć, że zaraz po zakończeniu swojej syryjskiej misji zostanie w Warszawie aresztowany i przesłuchiwany w charakterze podejrzanego o szpiegostwo na rzecz USA! I że później przez wiele lat nie będzie mógł marzyć nawet o pobycie wakacyjnym w Bułgarii czy o żeglowaniu po Zatoce Gdańskiej!

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko