Rekomendacje książkowe Krzysztofa Lubczyńskiego

0
639

Piknik na skraju Apokalipsy

Profesor Zbigniew Mikołejko (rocznik 1951), to uczony, który z nieczęstym nawet w świecie filozofii upodobaniem wędruje po najmroczniejszych strefach egzystencji. By się o tym przekonać, wystarczy sięgnąć choćby tylko po jego książki „W świecie wszechmogącym. O przemocy, śmierci i Bogu”, czy po potężne, dwutomowe studium „We władzy wisielca”. Wielu ludzi, także uczonych filozofów, unika stref mroku, woli pławić się w kandydowskim optymizmie, bo w końcu – „za jakie grzechy…”? „A żyje się tylko raz”. Zbigniew Mikołejko wędruje więc w mroczne strefy niejako za nas, ale nie wynajętym jest kondotierem, on się do tej ciężkiej roboty najął bezinteresownie, dla samej satysfakcji intelektualnej. I ja osobiście wcale mu się nie dziwię, bo mrok i zło są nie tylko fascynujące jako obiekty obserwacji i namysłu, ale trafniej definiują naszą naturę niż sztuczna wesołość, która jest wokół serwowana. Dlatego lubię, jako czytelnik, wędrować z Mikołejką „ciemną doliną”, poprzez „egipskie ciemności”, idąc z tyłu za jego ascetyczną sylwetką, godną sylwetek świętych z pierwszych wieków chrześcijaństwa, trzymając się go za połę marynarki. Zbiór „esejów przygodnych”, „Prowincje ciemności”, jest okazją do kolejnej takiej mrożącej krew w żyłach i stawiającej włosy na głowie wyprawy. Autor rozpoczyna z „grubej rury”, od razu „obuchem w łeb”, pozbawiając złudzeń tych, którzy mają złudzenia co do czasu i fenomenu jakim jest dzieciństwo. Ten okres życia, nawykowo traktowany w obyczajowości, kulturze i przede wszystkim – popkulturze, choćby w reklamach, jako czas arkadyjski, szczęśliwy i niewinny demaskuje Mikołejko jako „wynalazek” naznaczony „dramatem”, przy czym czyni to w sposób wyjątkowo perfidny, używając jako punktu wyjścia opowieści o tym, że dzieciństwo to mrok i dramat, opowieści uważanej powszechnie (i opacznie) za pogodną i ujutną, czyli dziecięcej zabawy z „królem Lulem” w zawołaniu. Po tej lodowatej kąpieli czytelnik jest już cokolwiek zahartowany by przyjąć na klatę filozoficzne opowieści Mikołejki o innych mrokach. W „Pieskie, arcypieskie” mówi o dramacie naszej ludzkiej bo pieskiej, albo pieskiej, bo ludzkiej natury (figura „psiogłowca”), nie traktując tej „pieskości” bynajmniej tylko metaforycznie, lecz odwołując się do figury psa w literaturze i kulturze, od psów ze średniowiecznych legend po poczciwą Lessie z arcypopularnej szkolnej lektury powieści Erica Knighta. Esej „Chrzest i śmierć” samym tytułem sygnalizuje zagadnienie, którego dotyczy – jest podważeniem chrześcijańskiej nauki o życiodajnym jedynie sensie „chrztu świętego”. W kapitalnym eseju „Wstyd, grzech i gniew” Mikołejko zajął się historycznymi (a tym samym także kulturowymi) fluktuacjami miar i kryteriów wstydu, bezwstydu, obsceniczności, stosunku do ciała na przestrzeni wieków oraz ich obrazu w literaturze i sztuce. O splocie „Śmierci, zmysłów i szaleństwa” traktuje inny esej, w którym punktem osiowym rozważań uczonego jest Szekspir, jego „Hamlet, a jeszcze ściślej dialog cmentarny dwóch grabarzy z aktu V. Szekspir, ten wielki artysta i filozof, a konkretnie jego „Romeo i Julia” służy Mikołejce za asumpt także do tematyki kolejnego eseju, „Zabić kochanków z Werony. Prawda i kłamstwo obrzędu”…. Opowiadając o figurze wampira („Wampir to ja. A ja to ktoś inny…”) opowiada Mikołejko właściwie o całościowo ujętej naturze ludzkiej. W „Martwej naturze ze ściętą głową” pochyla się nad prozą historyczną Jarosława Marka Rymkiewicza, by w rymkiewiczowskiej krwawej historiozofii znaleźć tworzywo i lustro dla swoich przemyśleń. Malarstwo Fuselego (1724-1825), bohatera „małego fragmentarium onirycznego”, malarza tak dalekiego od rankingów wyznaczanych przez przewodniki po wielkich galeriach, że niemal niszowego, to udana próba znalezienia w sztuce ekwiwalencji dla swych intuicji i myśli. W eseju „W „brzuchu wielkiego miasta” odnosi się do swojej nielubianej szkolnej lektury, „Lalki” Prusa i po latach waloryzuje ją, opisując jako – jak mówi podtytuł eseju – „widowisko pasyjne”. Esej „Zatańczyć śmierć” odebrałem, jako kiepski tancerz, bardzo osobiście. I niby „od zawsze” znam oczywisty motyw „tańca śmierci” („danse macabre”, „Totntanz”), ale dopiero po lekturze eseju Mikołejki uświadomiłem sobie do końca sens tańca jako rytualnego wyrazu lęku i ucieczki przed śmiercią i nicością, rytualnego wyrazu próby ich „zatańczenia”, „zatupania”. „W najciemniejszej dolinie”, „Pieśń mityczna naszego czasu” , „Mesjasz w piekle Luizjany”, „Pustka w kulturze Zachodu”, „Zimne ślepia biowładzy”, „Melancholia, apokalipsa i „nagie życie”, „Piknik na skraju Apokalipsy” – te eseje są kolejnymi egzemplifikacjami widzenia egzystencji przez Mikołejkę. Przewędrowawszy przez historię ludzkiej egzystencji od czasów wczesnych, w ostatnim eseju sięga on po kulturę współczesną, w tym po film Larsa von Triera „Melancholia” i powiada w konkluzji, że nasza egzystencja jest tytułowym „Piknikiem na skraju Apokalipsy”. O „rzeczach ostatecznych, najbardziej mrocznych i do głębi drapieżnych” opowiada Mikołejko językiem pięknym, bliskim pewnej hieratyczności, cokolwiek „biblijnym”. Jego eseje nie są więc łatwe w lekturze, bo to w pewnym sensie eseistyczne poematy czy poetyckie eseje. Dla mnie ta fascynująca lektura jest niełatwa także dlatego, że czytam ją jako palimpsest, którego nie wszystkie kolejne warstwy są łatwe i oczywiste w odczytaniu. Jednak wysiłek myślowy przy lekturze „Esejów przygodnych”, choć niebagatelny i wymagający cierpliwości, opłaca się sowicie. Każda deszyfracja, odkodowanie kolejnego motywu zawartego w tych esejach jest jakby momentem rozbłysku światła pośród gęstego mroku. Ta moja pierwsza lektura „Esejów przygodnych” Zbigniewa  Mikołejko, była tylko pierwszą ich odsłoną. Będą następne.

Zbigniew Mikołejko – „Prowincje ciemności. Eseje przygodne”, wyd. Sic!, Warszawa 2018, str. 278, ISBN 978-83-65459-20-6

Fermentacje i pochód emancypacji

„Cały urok opowieści polega na przedstawieniu równoległego świata, w którym nic nie jest prawdziwe od naszych prawdziwych wyobrażeń” – napisał Henry James i pod piórem pisarza tak – wydawało by się – naocznie realistycznego słowa te mogą wydać się cokolwiek dziwne. W innym miejscu pisał James o „rzeczy tak subtelnej, jeśli nie potwornej, jak spisanie historii rozwoju własnej wyobraźni”. A przecież słów tych nie napisał autor powieści fantastycznych, wizyjnych, lecz autor posługujący się fakturą realistyczną, mimetyczną, robiącą nawet wrażenie fotograficznej. Na czym więc polega sens owych deklaracji Jamesa w konfrontacji  z jego prozą? Bożena Kopeć-Umiastowska, autorka przekładu, wyboru i posłowia do tomu pięciu opowiadań Jamesa („Historie drobnoziarniste”) określa go jako „prekursora modernizmu, obiektu fascynacji T.S. Eliota i Virginii Woolf,, który „w ciągu niespełna jednego pokolenia stał się komentatorem tak różnych problemów społecznych jak prawa kobiet, wieloetniczność, kwestia żydowska czy kapitalizm i władza pieniądza”. Te problemy podejmował jednak nie pisarz-publicysta, lecz  subtelny, wirtuozerski stylista, dysponujący językiem o gęstej, kunsztownej fakturze. Teksty tworzące „Historie drobnoziarniste”, to dzieła „późnego Jamesa”. Kopeć-Umiastowska definiuje ich fakturę tak: „Okrążenia, obroty, nawroty, powroty – późne teksty Jamesa są pełne zastygnięć i znieruchomień, ale także raptownych gestów, które krążą wokół nieuchwytnej przeszkody, przyciągającej je z magnetyczną siłą; pisarskich natręctw, sugerujących niemal kompulsywną skłonność, by zawrócić i jeszcze raz przyjrzeć czemuś, co stawia opór i nie daje się ostatecznie rozstrzygnąć”. I tu właśnie jest część odpowiedzi na pytanie postawione wyżej. Bo właśnie pod tą na pozór niemal mimetyczną, tradycyjną, jeszcze niemal dziewiętnastowieczną fakturą konstrukcyjną kryje się kreatywna proza subtelnych wieloznaczności, hipnotyzmów, „pozwalająca nieśpiesznie wędrować po ogrodach ostrych skojarzeń i krętych aluzji” (B. Kopeć-Umiastowska). Te pięć utworów składających się na tom, od mających rozmiary niewielkich  powieści „Obrotu śruby” i „W klatce” do krótkiej „Jakiejś historii”,  poświęconych jest kobietom, ich emancypacji indywidualnej i społecznej. James śledzi swoje bohaterki w ich zmaganiu z regułami świat skonstruowanego przez mężczyzn i dla mężczyzn. Każdy z kobiecych portretów jest inny, jak inne są kobiece bohaterki i ich życiowe położenie. James pokazuje je w walce o emancypację, o wyzwolenie się nie w spektakularnych czynach i aktach, lecz w sytuacjach właściwie banalnych, nieefektownych, na pewno kameralnych, poprzez pokazanie pracy ich umysłów, woli, serc, emocji, poprzez psychologiczne gry jakie toczą z innymi powieściowymi protagonistami, mężczyznami, ale i kobietami. Każda z tych bohaterek prowadzi tę grę w inny sposób, bo przed każdą staje inne wyzwanie, każda jest konfrontowana z innymi charakterami i innymi uwarunkowaniami, społecznymi, psychologicznymi, sytuacyjnymi, uczuciowymi. Na przykład w jednym z przypadków pojawia się, jak napisała autorka posłowia, „emancypacyjna moc furii” bohaterki. Bo emancypacja kobiet odbywała się nie tylko, a może i nie przede wszystkim przez działania ruchów kobiecych, lecz przez ich indywidualną, osobistą walkę w ich życiu prywatnym. W innym przypadku narzędziem emancypacji bohaterki jest sieć jej myśli, ocen, analiz, przewidywań, operacji inteligencji. Inna jeszcze bohaterka emancypuje się poprzez świadome manipulowanie otoczeniem, wprowadzanie go w błąd, bawienie się z nim w kotka i myszkę, w niepochwytność, tak, że raz odbiera ją ono raz jako „potwora”, „demona zepsucia” i „bezczelności”, a innym razem jako „najmądrzejszą, najcudowniejszą”. Także portrety bohaterek pisane są z różnych perspektyw, czasem bardziej „wewnętrznie”, jak reportaże ze środka ich jaźni, czasem jako portrety zewnętrzne, pokazywane poprzez pryzmat percepcji innych bohaterów. Za najwybitniejszy z utworów tego tomu uchodzi niewielka powieść „Obrót śruby”. Jest to proza do dziś tajemnicza, jako że znawcy tematu do dziś nie uzgodnili, czy przeżycia głównej bohaterki przynależą do gatunku gotyckiego horroru, czy też są studium obłędu, choroby psychicznej. Jednak proza Jamesa, właśnie szczególnie ta późna, nie jest bynajmniej oschła, rezonerska. To nie zimne studia psychologiczne, suche monologi wewnętrzne. Tytułowa „drobnoziarnistość” tej prozy polega nie tylko na finezji i precyzji opisu, ale także na jej sensualności, zmysłowości, obecności, dźwięków, impresji wzrokowych, zapachów, na subtelnej ironii i autoironii autora. Świat prozy Jamesa jest bardzo naoczny. James jest też mistrzem w budowaniu atmosfery psychologicznej klaustrofobii i ucisku, a nie stroni też, choć oszczędnie, od intertekstualności, gdy w „Obrocie śruby”  sugeruje gatunkowe tropy prowadzące do klasycznej powieści gotyckiej lub czyni aluzje do popularnej, „półpensowej” literatury romansowej. Wszystkie te atrybuty i walory prozy Henry Jamesa, wyrastającej przecież z fermentacji zachodzących w wiktoriańskiej epoce u jej schyłku sprawiają, że jest ona czymś znacznie przekraczającym jej przydatność jako tworzywa do kostiumowych filmów z epoki uważanej dziś za malowniczą, lecz że jest to proza, mimo starej już metryki, bardzo współcześnie brzmiąca.

Henry James – „Historie drobnoziarniste”, wybór, przekład i posłowie Barbara Kopeć-Umiastowska, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2019, str. 487, ISBN 978-83-66272-05-7

Wszech-świat Umberto Eco

Tom tekstów eseistycznych „Na ramionach olbrzymów” obejmuje krąg zagadnień, które interesowały Umberto Eco przede wszystkim w płaszczyźnie indywidualnej, prywatnej. Eco, autor m.in. sławnych bestsellerów „Imię róży” czy „Wahadło Foucault”, był czasem podszczypywany, moim zdaniem niesprawiedliwie, o skłonności do intelektualnego celebrytyzmu, o gwiazdorstwo, efekciarstwo, aczkolwiek było w nim jako intelektualiście coś z człowieka spektaklu, tak jak spektakl definiował Guy Debord w swoim dziś już klasycznym dziele „Społeczeństwo spektaklu”. Jednak w tomie „Na ramionach olbrzymów”  znalazły się teksty, które Eco pisał w zaciszy swojego pokoju, nie na potrzeby występów i wykładów publicznych, w odpowiedzi na zainteresowania  publiczności. Skoncentrował się w nich na jego samego najbardziej interesujących zagadnieniach, takich jak kwestie piękna i brzydoty, absolutu i względności, prawdy i fałszu, ale także na szczegółowych tematach jak sens zjawiska płomienia i jego roli w kulturze i egzystencji ludzkiej, rolą paradoksów i aforyzmów, o znaczeniu niedoskonałości w sztuce, o kanonicznych bohaterów wielkiej klasyki literackiej, ale także na zawsze fascynujących Eco tematach związanych ze spiskami, tajemnicami, ezoteryzmem. Omawia je Eco z właściwą sobie przenikliwością i oryginalnością spojrzenia, umiejętnością spojrzenia na nawet dobrze znane zagadnienia, ale pod innym kątem patrzenia i w innym naświetleniu. Te pięknym, klarownym, ale też finezyjnym, oryginalnym, momentami ironicznym stylem napisane eseje aż ociekają erudycją, która pozostaje najbardziej charakterystycznym emblematem Eco. Łączą one w jedną tkankę tematy, zagadnienia, nurty z różnych dziedzin naukowych i artystycznych, z kręgu filozofii, antropologii, historii sztuki i literatury, estetyki, socjologii, psychologii, teorii i praktyki współczesnych mediów. Wzbogacone o pięknie zaprezentowaną ikonografię dostarczają przy lekturze naprawdę wspaniałych impulsów intelektualnych i wrażeń estetycznych. Gorąco rekomenduję kolejne spotkanie z twórczością Umberto Eco.

Umberto Eco – „Na ramionach olbrzymów”, przekł. Krzysztof Żaboklicki, wyd. Noir sur Blanc, str.443, ISBN 978-83-7392-652-3

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko