Rekomendacje książkowe Krzysztofa Lubczyńskiego

0
79

Na 450-lecie Unii Lubelskiej

450 rocznica Unii Lubelskiej to dobra okazja do zarekomendowania pracy poświęconej okolicznościom zawarcia tejże. Przyznam, że choć znam generalnie temat, jako że w Lublinie się urodziłem (w tutejszym muzeum znajduje się słynne malowidło Jana Matejko, a na pomnik poświęcony Unii, stojący w centrum miasta, przy placu Litewskim, spoglądałem co najmniej kilka razy w tygodniu przez kilkadziesiąt lat) i spędziłem kawał życia w tym mieście. Nadto w każdym podręczniku czy innej syntezie historii dawnej łatwo można znaleźć rozdział czy rozdzialik, a co najmniej akapit poświęcony Unii Lubelskiej, to nigdy do tej pory nie natrafiłem na tekst, który by o niej opowiadał inaczej niż okrągłymi uogólnieniami. Józef Zięba ukazał realistycznie tło tego zdarzenia, bieg wypadków, które do niego doprowadziły, konkretne okoliczności, w tym miejsca w których się one dokonywały. Nawiasem mówiąc do tej pory nie znalazłem bezspornego potwierdzenia, w którym miejscu Lublina Unię zaprzysiężono. Kiedyś natknąłem się na informację, że stało się to w kościele dominikanów na Starym Mieście, ale Józef Zięba w swojej pracy wymienia kaplicę na wzgórzu zamkowym, tę bezcenną, z freskami bizantyjsko-ruskimi z czasów Władysława Jagiełło, ale też wzmiankuje „kościół franciszkanów”. Jeśli ten drugi, to powstaje pytanie, czy chodzi o kościół kapucynów przy Krakowskim Przedmieściu, jako że kapucyni są zakonem reguły św. Franciszka? A może chodzi o jakiś inny kościół lubelski, który był kiedyś świątynią franciszkańską? Autor tego niestety nie precyzuje i to jest mankamentem pracy. W każdym razie na żadnym lubelskim obiekcie nie było i nie ma tablicy wskazującej, że w „tym” konkretnym obiekcie Unię zaprzysiężono. W powieści dla młodzieży autorstwa Zuzanny Morawskiej, „Przygody imć pana Mikołaja Reja”, autorka wskazuje na nieistniejący już dziś kościół św. Michała przy ulicy Grodzkiej jako na miejsce podpisania aktu Unii, ale nie jest to źródło miarodajne. Co do samych negocjacji, to nie odbyły się one bezkolizyjnie i akt rodził się w bólach. Po stronie litewskiej zwłaszcza, był silny opór przed połączeniem z Koroną Polską, jako że niektórzy ważni politycy litewscy uważali, że Polska  nie tyle się z Litwą połączy na partnerskich zasadach, ile ją wcieli, pożre, a co najmniej zdominuje, zmajoryzuje. Zdarzyła się więc nawet ucieczka delegacji litewskiej z Lublina, w zimową noc, w mróz i zadymkę śnieżną, zatem niewiele brakowało, by do zawarcia Unii nie doszło. W każdym razie warto na okoliczność 450 rocznicy Unii Lubelskiej zapoznać się z tą niewielką a treściwą, bardzo interesującą książeczką.

Józef Zięba – „Opowieść o Unii Lubelskiej i Hołdzie Pruskim”, wyd. Polihymnia, Lublin 2019, str. 36, ISBN 978-83-7847-597-2


Żywot pełen pasji

Taka praca monograficzna jak ta, autorstwa profesora Romana Tokarczyka, poświęcona profesorowi Grzegorzowi Leopoldowi Seidlerowi (1913-2004) nie mogła nie być owocem szczególnej fascynacji. I trudno się tej fascynacji dziwić. Nigdy nie miałem zaszczytu zetknąć się osobiście z profesorem Seidlerem, ale pamiętam jego charakterystyczną, niewysoką postać z elegancką laską, kołyszącym krokiem przemierzającą centrum Lublina, gdy albo zmierzał albo opuszczał gmach Wydziału Prawa i Administracji przy Placu Litewskim, czyli dawny pałac Radziwiłłów. W jego sylwetce, wyrazie twarzy,  budowie łysej, jakby sokratejskiej czaszki, w pory chłodne nakrytej eleganckim kapeluszem typu „eden”, zawierał się cały katalog niepospolitości. Tworzył wizerunek przedwojennego inteligenta, profesora, akademika, intelektualisty, człowieka światowego. Niektórzy nazywali go „anglofilem” nie tylko z uwagi na jego szczególne zainteresowanie anglosaską myślą polityczną i prawną, ale także z uwagi na „angielski” styl ubierania się. Dla kontrastu, jego partnera naukowego ale i rywala, profesora Henryka Groszyka nazywano „frankofilem”, bo preferował myśl francuską i nosił melonik oraz parasol. Postać profesora Seidlera jest tak barwna, że „spod pióra” Romana Tokarczyka nie wyszła bynajmniej nudna monografia postaci „mola naukowego”, lecz barwna opowieść o fascynującej, prawdziwie renesansowej osobowości (tak wyobrażałem sobie profesorów XVI-wiecznej Padwy, Bolonii czy Ferrary), nie pozbawionej także konotacji anegdotycznych, jako że Seidler był człowiekiem pełnym temperamentu retorycznego i finezyjnie dowcipnym. O tym jak barwna i zajmująca jest opowieść monograficzna prof. Tokarczyka zaświadczają tytuły „dużych” rozdziałów: „Powaga i humor” (które to pozornie sprzeczne cechy łączył Seidler w harmonijną jednię), „Nazwisko i imiona” ( z ich etymologii wywiódł autor bardzo ciekawe uwagi o Profesorze), „W kręgu rodziny”, „Wspomnienia z młodości”, „Uznany za Żyda” (czyli odwieczny problem związany z polskim antysemityzmem, który dotknął także jego, Ormianina z pochodzenia), rozdziały o naukowych i administracyjnych funkcjach bohatera monografii z rektorowaniem UMCS w Lublinie, mojej Alma Mater, na czele, „Ramię generała” (o jego szacunku dla munduru wojskowego), „Rozwodnik” i mąż” (czyli o osobistym wymiarze życia wybitnego uczonego), „Rozmówca w kawiarni” (o talentach dyskusyjnych Profesora), o jego świadomej i konsekwentnej identyfikacji jako marksisty i o jego poglądach politycznych, o aktywności rotariańskiej, „Mędrzec z potknięciami” ( o charakterze, fascynacjach, słabościach i fascynacjach Seidlera) i o wielu, wielu innych wątkach. Bogate kontakty naukowe i prywatne Seidlera sprawiały, że jego monografia jest też okazją do przypomnienia niezliczonych postaci, z którymi na dłużej czy krócej zetknął go los. Jest też oczywiście „wątek IPN-owski”, jest wywód komparatystyczny (porównawczy) zestawiający postać Seidlera z rektorem KUL Albertem Krąpcem. Niejako przy okazji zawiera też monografia R. Tokarczyka fragment historii lubelskiego Wydziału Prawa UMCS, który zapisał się licznymi wybitnymi i barwnymi postaciami. Wzbogacona o obfitą ikonografię jest praca Tokarczyka lekturą bardzo zajmującą, dla lublinianina czy ex-lublinianina w szczególności. Wśród licznych fotografii jest i ta, z 1938 roku, na której widać młodego, 25-letniego Grzegorza Leopolda Seidlera siedzącego w ławie sprawozdawców w ławach Senatu. Obradom przewodniczy marszałek Senatu Bogusław Miedziński, a z trybuny przemawia… No właśnie, kto? Otóż nie jest to, jak miałoby wynikać z podpisu, premier Kazimierz Bartel, lecz Kazimierz Świtalski. I fakt, że w czasie lektury monografii wychwyciłem tę, w końcu drobną, pomyłkę, świadczy o uwadze jaką poświęciłem tej fascynującej lekturze. 

Roman Andrzej Tokarczyk – „Oblicza Grzegorza Leopolda Seidlera w powadze i anegdocie”, wprowadzenie Andrzej Zdunek, wyd. Polihymnia, Lublin 2015, str. 438, ISBN 978-83-7847-197-4


Raport z frontu porodowego

Pierwsze dwa zdania „raportu” Leah Hazard brzmią: „Kolejna noc, kolejna pochwa. Dla mnie to żadna nowość: spędzić noc między udami nieznajomej kobiety”. Tematyka położnicza, „porodowa”, robi od lat wielką karierę w mediach, filmie fabularnym i dokumentalnym oraz w literaturze. Być może należy to przypisać zerwaniu z niej pieczęci tabu, po tym jak przez wieki skrywana była w dyskrecjonalnej sferze podręczników medycznych do ginekologii i położnictwa, w czasach, gdy nawet słowo „poród” uchodziło za nieprzyzwoite. Amerykanka Hazard uległa tak silnej fascynacji zawodem położnej, że porzuciła dla niej profesję reżyserki telewizyjnej, a nawet ojczyznę i pomaga dziś rodzić kobietom w Szkocji. Zapiski z położniczych dyżurów są w gruncie rzeczy jednym wielkim reportażem z „frontu rodzenia”. A tylko szczególni ignoranci nie wiedzą jak dynamiczną, dramatyczną, a bywa że tragikomiczną i obsceniczną przestrzenią jest szpital położniczy, sala porodowa. „Kolejna noc, kolejna pochwa” – powtórzę pierwsze zdanie otwierające zapiski szkockiej położnej. Jest w nim dosłowność, dosadność, jest odrobina melancholii, jest szczypta czarnego humoru, ale i odrobina znużenia. Czyta się te zapiski z ekscytacją, bo dotykają sfery bardzo intymnej i bardzo fizjologicznej. Czyta się jako położniczą odyseję, kronikę zdarzeń zachodzących na wehikule płynącym ku życiu.

Leah Hazard – „Zawód położna. Zapiski z dyżurów”, przekł. Dorota Konowrocka-Sawa, Grupa Wydawnicza Foksal („WAB”), Warszawa 2019, str. 318, ISBN 978-83-280-6712-7


 Krudy Gyula odkrywany

Jak na prawdziwego „stachanowca” literatury węgierskiej (ponad siedemdziesiąt powieści!) Guyla Krudy (1878-1933) właściwie nie ma w Polsce „nazwiska”, a już w porównaniu z recepcją prozy takiego Sandora Marai jest niemal anonimowy. I choć przecież to jeden z najwybitniejszych pisarzy kraju Madziarów, to poza powieścią „Sindbad wraca do domu” bardzo niewiele z Krudy’ego polszczyźnie przyswojono. „Miasto uśpionych kobiet” jest zbiorem jego opowiadań głównie z lat dwudziestych XX wieku, zbiorem dającym bardzo dobre wyobrażenie o zróżnicowanych cechach stylistycznych jego prozy. W nocie odredakcyjnej porównany został do Prousta, Kafki, do naszego Bruno Schulza i nie są to skojarzenia nietrafne, choć ja bym dodał do tego także Josepha Rotha, Marcela Schwoba, a co do współczesnych prozaików, nie sposób uniknąć skojarzeń choćby  z Bohumilem Hrabalem czy Alejo Carpentierem. Przymiotnik „gęsta” w stosunku do prozy jest określeniem  od dawna już zbanalizowanym, ale trudno go uniknąć. Podobnych paranteli można by wskazać więcej. Uderza proza Krudy’ego swoją mięsistością, zmysłowością, obrazowością,  szczodrością obrazu świata przedstawionego, naocznością niemal teatralną, pełna jest zachwytu nad fenomenem życia, nasycona też nieco perwersyjnym erotyzmem, połączonym z fascynacją śmiercią. W opowiadaniu „Ostatnie cygaro w gospodzie pod Karym Arabem” oczekujący na pojedynek (a jak się okaże w puencie, także na śmierć) oficer oddaje się rozkoszom użycia, głównie kulinarnego. Motywów kulinarnych jest zresztą w opowiadaniach Krudy’ego – nomen omen – obfitość. Można by powiedzieć, że je przepełniają, a drobiazgowe, miłosne niemal wyliczenia potraw przywołują ślinkę na język czytającego, „kulinarium” pojawia się nawet w tytule jednego z opowiadań („Prolog do porcyjki gulaszu”). Nieprzypadkowo Krudy był bon vivantem, królem życia, konsumentem potraw i trunków, kobieciarzem, notorycznym bywalcem kawiarni, restauracji i kabaretów. W jego prozie zmysłowy realizm miesza się z liryzmem i oniryzmem, z elementami poetyki absurdu i surrealizmu, a to wszystko w sumie tworzy niezwykle barwny obraz Budapesztu początku wieku XX i jego lat dwudziestych. Proza Krudy’ego ma w sobie to, co jest znakiem firmowym prozy literackiej w tej części Europy, prozy węgierskiej i czeskiej, a co w prozie polskiej, tak często oddanej „imponderabiliom” i „wartościom”, skłonnej do „abstrakcyj”, występuje bardzo rzadko – miłość do zmysłowego świata, przywiązanie do jego piękna, pławienie się w nim, uleganie czerpanym z życia przyjemnościom, instynktowny hedonizm, biologizm akcentami naturalizmu. To wszystko jest podawane przez pisarza hojnie, obficie, bez ascezy. Każde z opowiadań zbioru „Miasto uśpionych kobiet” zawiera jakąś „fabułę” lub jakiś koncept, ale nie one stanowią o jej wartości, lecz ta szczodra, wybujała, zmysłowa, „barokowa” gęstość świata przedstawionego i to ona decyduje o przyjemności – zmysłowej – tej lektury.

Gyula Krudy – „Miasto uśpionych kobiet”, przekł. Elżbieta Cygielska i Teresa Worowska, posłowie Elżbieta Cygielska, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2019, str. 341, ISBN 978-83-06-03569-8


Ogórek nie będzie bananem czyli Tomczyk wymiata

Podstawowy i niezbywalny warunek jakim musi odznaczać się felietonista, to poczucie humoru, zmysł dowcipu. Spełnienie tego warunku nie jest wystarczające, ale bez niego w ogóle nie ma co mówić o felietonie. Czy „Felietony” Wojciecha Tomczyka spełniają to kryterium? Mam taki wewnętrzny, subiektywny test oceny felietonu: jeśli ulegam wewnętrznemu rozbawieniu (rechot zewnętrzny nie jest tu konieczny), to felieton zyskuje u mnie pierwsze punkty, jak taksówkarz tą wyjściową część taryfy składającą się na opłatę za kurs taksówką. Słowo felieton pochodzi od francuskiego słowa „feuille” (liść), co było nawiązaniem do jednej z cech spodziewanych po tej formie, a mianowicie stylistycznej „lekkości liścia”. Otóż choć sam autor od lekkości cielesnej jest bardzo, ale to bardzo daleki, to jego felietony lekkością się odznaczają. I ten test felietony Tomczyka przeszły u mnie na piątkę co najmniej, jeśli nie na szóstkę. Zresztą o poczuciu humoru Tomczyka świadczy tytuł tekstu poprzedzającego felietony, a brzmiący: „Wstęp do wydania zagranicznego”. Nie bym uważał, że felietony Tomczyka nie zasługują na edycję zagraniczną, n.p. po angielsku, francusku czy niemiecku, ale ich problematyka jest tak hermetycznie polska jak problematyka „Wesela” Wyspiańskiego, że żaden Angol, Szwab czy Francuzik nic by z tego nie zrozumiał. Drugie kryterium oceny formy felietonowej, to jej niewielka objętość oraz zwartość i zwięzłość w ujęciu problemu, kwestii czy zjawiska. Tu zazwyczaj felietony Tomczyka przekraczają normę przestrzeganą przez felietonistów starej gildii typu „ostatnia strona tygodnika „Polityka” i są na ogół znacznie dłuższe. Taki n.p. tekst „Za co kochamy Janka” liczy sobie  kilkanaście stron i jest raczej dowcipną, prześmiewczą analizą niektórych wątków serialu „Czterej pancerni i pies” niż klasycznym felietonem.  Także inne, choć nie tak długie, felietony Tomczyka przekraczają zwyczajowe normy, co powoduje, że nie są klasycznymi felietonami, ale to nie odbiera im czytelniczej wartości. Trzecie kryterium typowe dla dawnej regularnej (n.p. cotygodniowej) felietonistyki, to swoisty monotematyzm i aktualizm. Polegał on na tym, że felieton był ściśle skoncentrowany wokół jakiegoś jednego wątku, od niego się zaczynał, rozwijał i na dotyczącej go puencie kończył. Felietony Tomczyka są raczej co najmniej kilkuwątkowe, jego dowcip wędruje w różne strony, co ujmuje zwartości formie, acz nie odbiera smaku treści i stylowi. A poza tym Tomczyk nie pisywał regularnego felietonu przez lata, co tydzień, w tym samym tytule. Teksty tworzące omawiany zbiór powstały na przestrzeni 29 lat i opublikowane zostały w tytułach od „Sasa do Lasa”. Nie odnosiły się też do tzw. „bieżączki” społeczno-politycznej, lecz koncentrowały wokół tematyki bliskiej Tomczykowi jako dramaturgowi (szereg jego sztuk, m.in. „Wampir”, „Norymberga” czy „Marszałek”, miało premiery w Teatrze Telewizji), scenarzyście i producentowi filmowemu. Z tego powodu znaczna część jego felietonów poświęconych jest filmom i serialom, ale także literaturze, teatrowi, mediom czy kulturze masowej. Nie wyczerpałem rzecz jasna wszystkich wątków związanych ze sztuką felietonu, ale muszę wspomnieć o jeszcze jednym atrybucie tej formy – tytule. Felieton powinien mieć tytuł stosowny do formy czyli dowcipny i pomysłowy. Tu akurat Tomczyk nie stawał jakoś specjalnie na głowie, ale tak czy inaczej liczy się przede wszystkim treść i styl całości. Najlepszy tytuł zbioru to „Dla kogo pracujesz Hans?” poświęcony oczywiście wiadomemu serialowi. Aliści (słowa „aliści” używał jeden z klasyków felietonu Jerzy Waldorff) i ja także, jako autor niniejszego tekstu o felietonie w ogóle i o felietonach Tomczyka w szczególe, czuję się zobowiązany by nadać mu możliwie dowcipny tytuł, jako że pisać o felietonie bez przynajmniej szczypty dowcipu niepodobna (chyba że w dysertacji naukowej). Poszukując takiego tytułu dla niniejszych moich uwag odniosłem się do otwierającego zbiór felietonu „Banan”. Chodzi w nim o to, że gdy w 1983 w PRL wystawiono w teatrze „Ostatnią taśmę Krappa” Samuela Becketta, to powstał problem z rekwizytem, jakim były, a raczej jakim miały być, banany, w tamtych czasach nieosiągalne. W tej sytuacji zdecydowano się na użycie ogórków, które pomalowano na żółto. „Ogórek mimo wszystko nie stał się bananem” – melancholijnie, ale i dowcipnie skonstatował Tomczyk. I tę właśnie dowcipną konstatację wykorzystałem jako tytuł mojego tekstu. Na ostatniej stronie okładki edytorzy pomieścili dwie pochwalne opinie, autorstwa dziennikarza Roberta Mazurka i aktora Jacka Braciaka.  Mazurek, sam dziennikarz dowcipny, napisał, że „to niestety fenomenalne”. „Jakże dowcipnie” – ogłosił Braciak, najmniejszy (wzrostem) amant polskiego kina. Gdyby mnie poproszono o opinię o felietonach Tomczyka, napisałbym: „Tomczyk mega wymiata”, co w narzeczu młodzieżowym oznacza najwyższy komplement. I tylko śledziennik Krzysztof Masłoń, który wygłosił mówkę na promocji felietonów Tomczyka, nie zdobył się na komplement, tylko meandrował, kręcił, obchodził temat dookoła, aby autora nie pochwalić. Ale to z zawiści, bo on by takich felietonów napisać nie potrafił, jako że Masłoń poczucia humoru, przynajmniej w tym co pisze, jest totalnie (modne słowo) pozbawiony. Ale to już temat na inne opowiadanie. Tymczasem gorąco polecam felietony Wojciecha Tomczyka, bo ich lektura to mega zabawa, jako że Tomczyk wymiata.

Wojciech Tomczyk – „Felietony”, Teologia Polityczna, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2019, str. 243, ISBN 978-83-62884-10-0

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko