Jerzy Stasiewicz – Do pieśni nie potrzeba wzroku

0
147

Nie ma Andrzeja Bartyńskiego, a jego głos dzwoni mi w uszach jakby tuż obok mnie śpiewał pieśń. Tym swoim aksamitnym, tubalnym, miękkim tonem. Takich głosów się nie zapomina. Wchodzą w człowieka i stają się jego częścią. Choć Kazimierz Kowalski, długoletni opolski radiowiec mówił: głos niknie pierwszy, najszybciej ulatuje z pamięci. Rysy twarzy, sylwetka na długo pozostają w naszej świadomości, odtwarzamy ją w ciemności. A głosu nie potrafimy utrwalić. Może to prawda? Mało czasu upłynęło od śmierci pana Andrzeja i on cały jest jeszcze we mnie. Spacerujący pod pachę z żoną Krzysią. Jego miłością, przewodnikiem życiowym. Nierozłączną częścią jego dorosłej egzystencji.

Los doświadczył go srodze w czasie II wojny światowej. Jako łącznik AK aresztowany przez gestapo. W wieku dziewięciu lat, w czasie przesłuchania, utracił wzrok całkowicie.

Urodzony we Lwowie w 1934r., od 1946r. we Wrocławiu. Ukończył filologię polską na Uniwersytecie Wrocławskim. Literacko debiutował w 1956r. jeden z głównych założycieli Wrocławskiej Grupy Artystycznej „Dlaczego nie”, skupiającej młodych poetów, prozaików, plastyków, aktorów. Autor czternastu książek poetyckich. Przez ćwierć wieku prezes Dolnośląskiego Oddziału Związku Literatów Polskich.    

W 2011r. uczestniczyłem pierwszy raz w Festiwalu „Poeci bez granic” w Polanicy Zdroju. Wtedy jeszcze w schronisku młodzieżowym „Leśny Skrzat”. Mimo listopada zaatakowała region sroga zima. Samochód jak czołg wdrapywał się pod stromą górę Mąkolna. Drogę co rusz przebiegały jelenie, świecąc białymi tyłkami. Dotarłem szczęśliwie. Przed wejściem do budynku strach drapał plecy. Tam pisarze z ogromnym dorobkiem. Była akurat prezentacja poetów zagranicznych. Rozbrzmiewał ukraiński twardy język, a postawny mężczyzna to Oleś Gordon ze Lwowa, jak wyczytałem z biogramu „Ósmej strony świata” – antologii festiwalowej, w wyborze Kazia Burnata, który widząc mnie w drzwiach, zerwał się do powitania i uścisnął serdecznie.

Usiadłem cichutko w kąciku, przyglądając się nieznanym mi twarzom. Z tyłu dostrzegłem skulonego w fotelu z laską pod brodą Jacka Kajtocha. Staruszka jakich się już nie spotyka w dzisiejszych czasach. Staruszków pamiętałem z dzieciństwa. Siwych, pomarszczonych, zgiętych w pół. Ale oni dawno pomarli. Dzisiaj spotyka się tylko starszych panów, sprężyście kroczących przed siebie. Z paniami pod ramię, gromadką wnuków.

Kolejnego poetę zapowiedział łysy pan w ciemnych okularach o twarzy delikatnej jak niemowlę, z której promieniowała radość i ciepło. Mówił płynnie jakby śpiewał, a głos szedł po sali jak wiosenna mgła. Bard – pomyślałem, prawdziwy trubadur jaki kiedyś wędrował po zamkach, dworach, zajazdach. Niosąc kulturę i wieści z dalekich stron.

– Kto to? – zapytałem Kazia.

– Andrzej Bartyński szef oddziału.

Przestudiowałem szybko biogram w książce.

Potem była kolacja. Miałem zaszczyt siedzieć przy jednym stole z Igorem Wieczorkiem i Grażyną Drabek-Bukowską redaktorką „Horyzontów”. Niedawno wydrukowała fragment „Własnego kąta”, serdecznie pogratulowała mi tekstu i zaprosiła do stołu.

Bliżej poznałem się z panem Andrzejem w Broumovie na Dniach Poezji u Vĕry Kopeckiej. Słuchałem jego znakomitej prezentacji wiersza w kreślarni klasztoru. Mówionego z pamięci bez pomocy kartki pokrytej punkcikami Braille’a. Była w nim werwa i nieprzemijająca młodość. I straszliwa chęć życia, jaka cechuje ludzi działania. Wieczorem większą grupą siedzieliśmy w pokoju z kieliszeczkiem przedniego trunku, rozmawiając o poezji, planach wydawniczych, spotkaniach autorskich, życiu rodzinnymi, sprawach codziennych. Pan Andrzej przysłuchiwał się z ciekawością, czasem coś puentował z humorem. Cytował fragmenty swoich wierszy, nie mogłem się nadziwić. Miał je chyba wszystkie w głowie zakodowane. Wspominał poetów, którzy dawno zmarli, przytaczał twórczość, ale i anegdoty budujące legendę ludzi pióra.  

Moje kontakty z Andrzejem Bartyńskim to przede wszystkim Polanica, festiwal, którego był pomysłodawcą i niezmordowanym organizatorem w niełatwych czasach dla kultury. Nie byłem przecież uczestnikiem przez wszystkie dni. Wpadałem jak wiatr na noc poetów, biesiadę poetycką. Uczestniczyłem w rozmowach do białego rana. A kiedy wstawał świt, ruszałem do Nysy. Bo przecież oprócz świata metafizycznego jest życie pełne bólu i codziennych trosk, z którymi niewidomy poeta borykał się na okrągło. Nie okazując choroby po sobie. Nie użalając się otoczeniu.

Cały czas pisał znakomite felietony śpiewnym językiem do „Gazety Kulturalnej”. Byłem ich zagorzałym czytelnikiem. Często powracam do jego tekstów w starych numerach. I z nich wiem, że Pan Andrzej żyje w słowie, choć go już nie ma.

Styczeń/luty 2019

Jerzy Stasiewicz

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko