Wacław Holewiński – Mebluję głowę książkami

0
164

Wacław Holewiński

 

Mebluję głowę książkami

 

mebluje-glowe

 

 

Bycia szczęśliwym też trzeba się nauczyć

cien jabloniOd lat mam wrażenie, że prozaicy zamiast prosto opowiadać dobre historie, próbują zaimponować czytelnikowi eksperymentem, formą, udziwnieniem. A przecież to właśnie cudzy los (albo jakiś szczegół czyjegoś życia), wciągająca narracja, język są tym, co w literaturze najważniejsze.

Jest też druga prawda, która – szczęśliwie – nie zawsze się broni. Otóż powiada się, że dobry prozaik to ten, który ma za sobą już pewną sumę doświadczeń. Sprowadza się to głównie do wieku autora. A Wojciech Szlęzak to pisarz młody, rocznik 1990, wciąż na początku swej literackiej przygody.

 

Zaimponował mi „Cieniem jabłoni” – nie ma co ukrywać (a po pierwszym rozdziale byłem gotów rzucić tę książkę w diabły). Bo opowiedział historię piękną, w sposób niebanalny, uczciwy, prostymi środkami.

O czym jest powieść Szlęzaka? Chciałoby się powiedzieć: o rozczarowaniu. I pewnie będzie to odpowiedź słuszna. Ale też powierzchowna. O budowaniu siebie, o nadziei, o potrzebie kontaktu z innymi.

Młody chłopak, dwadzieścia parę lat, wykształcony, jakoś już życiowo ustawiony – rzuca pracę w korporacji i wraca do swojej rodzinnej wsi. Nie, nie dlatego, że wybiera naturę, że chce tam spędzić resztę życia. Nie bardzo wie co zrobić ze sobą, z czasem, którego nagle mu przybyło. Trochę pomaga ojcu przy pszczołach, włóczy się po okolicy. Przypadkowo staje przed domem na podwórku którego wiele lat temu wraz z innymi uczniami zostawiał rower.

Zaczyna rozmawiać z nowym właścicielem tego domu, Grzegorzem Adamczykiem. Nic o nim nie wie, ale zgadza się– odpłatnie – mu pomóc zrzucać węgiel do piwnicy.

I tu zaczyna się właściwa historia. Bo tą historia jest życie Adamczyka. Starszy mężczyzna opowiada młodemu, wciąga go, uzupełnia, wstawia w swoje buty.

Luksusowy samochód alfa romeo, pieniądze – nie mają dla niego znaczenia. Zarobił ich dosyć. Trochę jakby wbrew sobie. Polonista, poeta, robotnik, „rekin” biznesu, piłkarski fanatyk, trochę filantrop, trochę nieudacznik (w każdym razie uczuciowo). Z jednym marzeniem, którego przez lata nie potrafił zrealizować – podróży po Stanach Zjednoczonych. Nie dlatego, że nie mógł, miał przecież wykupiony już bilet, ale zdarzył się pogrzeb przyjaciela niewidzianego od lat. Kaleki, alkoholika, któremu próbował pomóc.

Adamczyk szukał swego miejsca w życiu? No właśnie, szukał? W tej opowieści, w cyklu opowieści, zwierzeń starego przed młodym, wykluwa się obraz pełen wątpliwości, niedopowiedzeń, zagubionej pamięci, determinacji, intuicyjnych reakcji.

Uciekł w przeszłość, musiał, tak sądził, opowiedzieć swoje życie komuś, kto ma je przed sobą. Bo przecież nie ma przypadku w tym, że opowiada je mężczyźnie młodszemu o kilkadziesiąt lat. A potem, przez chwilę, chce tego samego. Chce znać przyczynę jego ucieczki. Odsuwają się i zbliżają – tak być musi, są sobie obcy, to żadna przyjaźń. Zbliżył ich czas, ciekawość, pewien rys wspólny.

Starszy mężczyzna opowiada o zmarnowanej miłości. Zmarnowanej? Na pewno? „Mało kto ma takie szczęście, by spotkać kobietę swego życia w tak młodym wieku jak ja. Nie potrafiłem tego docenić i spieprzyłem, nawet nie wiem w imię czego. Próżności chyba. A kiedy los dał drugą szansę, zrobiłem to samo.” Jeszcze raz zapytam: na pewno? Przecież to on trzymał za rękę Basię w jej ostatnich dniach, mył ją, karmił, niósł na rękach z piwnicy, gdy upadła i wycieńczona chorobą nie była w stanie się podnieść. Ale potem była pustka. Nic. Chciałoby się powiedzieć tytułem Rylskiego: „tylko chłód”.

A strzelanie? Dlaczego władował cały magazynek w psa? Bo był własnością studentów, z którymi on i przyjaciele mieli zwadę?

A to, jak zdążył pobiec ze swego bloku do sąsiedniego i odciąć sąsiada ze sznura. Było warto? A może nie, może to, co stało się z tym człowiekiem później, szpital psychiatryczny, atak na innego pacjenta… Położyć to na szalach, zmierzyć, dać świadectwo…

A ta przygoda z dostawcą? Solidnym ponad miarę. Pomylił się, sam dostarczył towar, przeprosił. Tak, mógł, taka była umowa, nie zapłacić mu całej sumy. Nie zapłacił. Dlaczego? Zawsze lubił – tak się tłumaczył – solidność. Ale przecież nie zarobił na tym, przekazał te pieniądze na jakiś dom dziecka. Skrzywdził człowieka, pomógł innym.

Dobrze się czyta tę książkę. Bo, mam wrażenie, że to trochę lustro dla młodego, trochę przestroga i kierunkowskaz. Jak w życiu, jest jakaś suma dobra i zła, wspólna dla wszystkich, wypełniająca każdy ludzki los. Cierpienia i szczęścia. „Bycia szczęśliwym też trzeba się nauczyć, tak jak wszystkiego w życiu. Nie chodzi przecież tylko o to, co nas spotyka, ale może przede wszystkim o to, jak na to reagujemy. A wierzę, że akurat to da się wyćwiczyć. Ale nie tylko do wielkiego szczęścia nie byłem zdolny. Do wielkiego cierpienia również.” – powiada Adamczyk i – jak się zdaje – nie jest to specjalnie odosobniony przypadek

Pewnie, żadna rozmowa nas nie rozgrzesza, nie daje nowej nadziei, perspektywy, uzupełnienia tego, co za nami. Nie nagradza za dobre uczynki, nie podnosi z porażek. Nikt nie wejdzie w cudze buty, ale…

Adamczyk znika, (zostawia list, leci do Stanów), młody pakuje manatki, wraca do miasta. Tak się ta historia musiała skończyć. Gdzieś ci mężczyźni zahaczyli o siebie, coś sobie dali, w przelocie wypełnili swój czas…

Pięknie napisana powieść. Naprawdę będę czekał na kolejną

 

Wojciech Szlęzak – Cień jabłoni, Wydawnictwo JanKa, Pruszków 2016, str. 240.

 

 

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko