Krzysztof Kwasiżur – Socjologia miasta według Anny Marii Musz

0
147

Krzysztof Kwasiżur


Socjologia miasta według Anny Marii Musz

 

“Kto umie żyć w tym mieście niech pierwszy

weźmie kamień i zbuduje nowe…”[1]

 

lot-nad-miastemAureliusz Augustyn z Hippony (bardziej znany jako Św. Augustyn) stwierdził, że miasta nie są zbudowane z murów i kamieni, ale z pragnień, marzeń i miłości jego mieszkańców. Jesteśmy skłonni w to uwierzyć już po pobieżnym przejrzeniu zbioru wierszy “Lot nad miastem”  Anny Marii Musz, ba! Nawet obejrzenie samych, zawartych w tymże  tomie ilustracji A. Rusinek – tworzonych specjalnie do tej książki – wywołuje wrażenie, iż kreski jest tam najmniej; więcej emocji, ruchu (lub bezruchu – na poniektórych), symbolu, myśli. Zwłaszcza na tych, przedstawiających miasto kreska jest pośpieszna i zamaszysta, a kolor ledwie zasygnalizowany i zwykle – mówiąc kolokwialnie – “od czapy”.

To chyba nie przypadek, bo w tej książce miasto tak właśnie się nam jawi – jako dżungla namiętności, emocji, nie zawsze przyjaznych. Tak też miasto opisuje autorka, nawet gdy sięga do przeszłości, do spalonych Pompejów:

 

“nie wiem ile zdążę opisać i ukryć

zanim się dopalą okoliczne wzgórza:

już gorący oddech sięga do stóp miasta

drogi nam odcina.” [2]

 

Zatem historyczne, zniszczone miasto ani autorce, ani czytelnikowi jednego
z najbardziej symptomatycznych wierszy w zbiorze nie jawi się jako miasto starożytnych Greków i Rzymian – twórców demokracji i filozofii, ale aglomeracja jak każda inna z ludźmi, posiadającymi swoje grzeszki i zalety. Okazuje się, że niniejsze rozumienie mechaniki ludzkiej ma logikę głębszą; ociera się mocno o socjologię miasta. Dowód znajdziemy na przykład we “Wstępie do genetyki”; wierszu odnoszącym się wprost do ludzkich obyczajów i zwyczajów i ich powtarzalności pisany przy użyciu metajęzyka socjologów i antropologów. To utwór tak mocno zakotwiczony w socjologii, że wprost się tu mówi o “wstępowaniu w role”
i “zacieśnianiu kręgów” – definicjach prosto z “Socjologii” P. Sztompki, czy B. Szackiej. – podręczników dla studentów.

Nie sposób się oprzeć, że ilekroć w tej książce czytamy spostrzeżenia (błyskotliwe
i nowatorskie, jak tych kilka, powyższych fragmentów wskazuje) o zachowaniach ludzi w przeszłości odległej i nieodległej – tylekroć idzie o społeczeństwa współczesne. W jakie przecież byśmy czasy nie spojrzeli, to

“…z braku miejsca tworzymy nowe wynalazki

cmentarze kładziemy warstwowo

domy ciągniemy w górę

 

sprowadzeni bogowie urządzają się tutaj

czekając na świątynie…”[3]

 

zatem w tej części książki miasto, mury, cmentarze, czy związane z tymi miejscami mieszkanie, śmierć i życie Pani Musz widzi w kontekście bardziej powtarzalnych, mrówczych zachowań niż indywidualnych tragedii, czy sukcesów.  Bardzo ciekawi  niestrandardowe podejście u poety. “Lot nad miastem” jest  pełen takich świeżych, nieszablonowych myśli lub pretekstów do głębokich przemyśleń.

Autorka nawet nie ukrywa, że w tych wierszach szło jej o jak najszerszy margines interpretacji, jest daleka od “jedynego słusznego” rozumienia jej wierszy i ciekawa jest cudzego sposobu patrzenia na sprawy poruszane w swoich utworach.

Gdzie to widać? W niniejszym tytule nigdzie. Spytałem o to poetkę!

Widać natomiast ogromne nasycenie wierszy smutnym sarkazmem, nie takim, który każde zdanie jego autora naznacza złośliwością i niesmakiem, ale takim, który słuchacza, czytelnika zmusza do wysiłku intelektualnego dążącego do pojęcia całej błyskotliwości! I nie mam tu na myśli jedynie pojedynczych zwrotów jak “płytko poświęcona ziemia”, tu całe wiersze traktują o sprawach, od których wolelibyśmy odwrócić głowy, nie patrzeć, łudzić się, że “człowiek brzmi dumnie”. Niestety, strona po stronie Anna Maria Musz nasze nadzieje rozwiewa i udowadnia z logiką wręcz matematyczną, że ludzkości powtarzalnie i niezmiennie daleko do ideału. Choć zwykle miasto, przedstawiane przez poetkę jest siedliskiem zła, a człowiek, mieszkający w nim wydaje się zagubiony i przerażony, to autorka zauważa też miejsca inne i dobro jako alternatywę (właściwie jedyną).

 

“między złożonymi dłońmi po chwili

wytwarza się ciepło

bo też jakiś świateł o nieostrych brzegach

bliższy plamom światła i szmerom w sąsiednim mieszkaniu

 

za ścianą ostatnio mniej śpią i więcej rozmawiają

przyciszonym głosem tak że nie poznasz poszczególnych słów…”[4]

 

Poetka, im baczniej przygląda się i bardziej szczegółowy robi “zoom” na życie jednostki, tym więcej zauważa cennych wartości w – wydawało by się pospolitym życiu:

“może nie jestem sobą

może jestem lepsza niż będę w przyszłości

teraz gdy zamiast ogrodzeń widzę w kratach powietrze

 

ty przynosisz tu radość a ktoś inny  spokój

schodzą się przyjaciele u nas na oścież

wszystkie drzwi i okna firanki się rozwijają

jak żagle poza pokój i płyniemy przez ogród…”

 

Właściwie to Pani Anna twierdzi, że “Lot nad miastem”  jest podzielony na dwie części, które by można było podciągnąć pod dwie dziedziny nauk społecznych;
w pierwszej – Socjologia społeczna, socjologia miasta i antropologia, w drugiej – psychologia.

Ja natomiast uważam, że podział jest bardziej płynny i nieostry.

To “obniżenie lotu” (oczywiście nie dotyczy to poziomu artystycznego utworów) przez miasto, by przyjrzeć się dokładniej mieszkańcom odbywa się łagodnie, powoli i prawie niezauważalnie dla czytelnika. To jeszcze jedna cecha tej książki  (nie zgadnę, czy zamierzona), jeśli nawet nie zamierzona przez autorkę, to jest ona wartością dodaną, bo odbiorca dzięki temu zabiegowi powoli, prawie niezauważalnie przenika mało przyjazny beton, by przekonać się, iż w tych ścianach mieszka czasem krucha istota. To nawet obrazują ilustracje Anny Rusinek; coraz mniej ogólnikowe, coraz bardziej introwertyczne.

Wiersze stają się w pewnym momencie tak bardzo skoncentrowane na jednostce, że najpierw pojawiają się ledwie zarysy osób; muzyków, poetów, fragment wierszy, wspomniane w wierszu,  potem nazwiska artystów w dedykacji, w treści wiersza, ba! Nawet w pewnej chwili poetka wspomina dialog z osobą najbliższą – z matką;

 

“- odsuń firankę

– w tę stronę?

– w tę stronę. Żebym miała jaśniej

 

jak niewiele potrzeba malarzom

po całym dniu w pracowni

 

trochę więcej światła”

 

Miasto, odmalowane przez Annę Marię Musz nie jest zatem tak zimne i obce, jak mogło się wydać w pierwszych rozdziałach. Na obrazie, odmalowanym ręką Marca Chagalla (i inspirującym autorkę do tytułowego wiersza) nie widać już tylko miasta
i ulic, ale i parę na niebie.

Mam nawet wrażenie, że na etapie na którym czytelnik rozstaje się z książką jest on w stanie zobaczyć w oczach tejże pary uczucie.

I to chyba największa wartość opisywanej książki; sam proces konstytuowania się wniosków w umyśle czytelnika.

Jeszcze słowo o samej okładce; książka skrzy się, mieni i zachwyca rysunkiem, który widać jedynie pod światło (nie opiszę, co przedstawia – pozostawię odrobinę tajemnicy kupującym), a który doskonale wprowadza w nastrój panujący we wnętrzu. Tak dobrze przemyślany każdy element, że mogę napisać: ta książka nie mogła wyglądać inaczej.

 

 



[1] A. Musz, “Lot nad miastem”, 2016, Szczecin, Zaułek Wydawniczy Pomyłka, ISBN: 978-83-64346-19-4, str. 24

 

[2] A. Musz, “Lot nad…” dz. cyt., str. 13

 

[3] A. Musz, “Lot nad…” dz. cyt., str. 15

 

[4] A. Musz, “Lot nad…” dz. cyt., str. 28

 

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko