Wacław Holewiński – Mebluję głowę książkami

0
56

Wacław Holewiński




Mebluję głowę książkami

mebluje-glowe


Nie powinienem lubić Mentzela

 

spadajacy-nozNie powinienem lubić Mentzela. Nie i już!

Było tak – przed paroma laty mówię Dorocie: poproś męża, niech da mi jakiś kawałek prozy do „Wyspy”. Kierowałem wówczas działem prozy w tym kwartalniku. Dorota mówi: a sam do niego napisz i dała mi maila. Napisałem. Potraktował mnie, mówiąc młodzieżowym slangiem, z buta. Gorzej, odpowiedziała mi jego sekretarka. Nie, nie – sekretarz.

 – Pan Zbigniew nie pisze „kawałków” – oznajmiła.

Poczułem się strasznie malutki. Spojrzał na mnie z wysokości pisarz.

No dobra. Nie powinienem, ale lubię pisanie Mentzela. Lubię i już. Lubię „Wszystkie języki świata” i polubiłem niemal od pierwszej strony wydany właśnie „Spadający nóż”.

Lubię? Lubię, OK. „Proza odważna, heretycka i ostra jak brzytwa” – zaiste, trzeba mieć sporo odwagi aby taki tekst „walnąć” na okładkę. Natychmiast przypomniały mi się opowieści Janka Gondowicza. Kiedyś zaproponowano mu pisanie tekstów na okładki. Napisał. Pani w wydawnictwie popatrzyła na jego tekst i powiedziała: za mądrze, za inteligentnie…

Do rzeczy: ani odważna, ani heretycka, ani ostra jak brzytwa. Jakie to zresztą kryteria?

Czym jest „Spadający nóż”? Opowieścią o Mentzelu, jego otoczeniu, sposobie bycia, spotkanych ludziach, ryzyku, przyjaźniach. Cofa się o lata i zaraz wraca. Tak, jeszcze o domniemanej chorobie – cyklofrenii. I wolności. Tej, którą mamy pracując na własny rachunek. Sam tak mam i nie zamieniłbym na żaden etat.

Podoba mi się. Znam nie tylko Dorotę, także Dankę, jej matkę. Dorota, kiedy mnie przyjmowano do Stowarzyszenia Pisarzy Polskich, stuknęła mnie w bok i oznajmiła: chodziłam z Twoją siostrą do klasy w liceum. Zakolegowaliśmy się niemal natychmiast.

Więc tak: zazdroszczę Mentzelowi, że zakochał się w dziewczynie pędzącej na koniu Wałem Miedzeszyńskim. Nie wiem czy porwałaby mnie, zauroczyła kobieta na koniu. Ale to piękne, tak czy siak.

I jeszcze, że dał jej w prezencie rodzinny zegarek (a ona mu oprawiony grosz). I że pojechali do Krakowa do Wita Stwosza.

Wróć. Przecież to żadna recenzja książki, która przecież ci się podoba.

W podtytule: Wariacja literacka.

Bez uwag. Jak mawiają: w punkt.

Wariacja literacka. Możesz w niej pomieścić wszystko.

Na przykład co? Spekulację. W PRL-u, tak, tak, ten przykład sam pamiętam (w końcu dzieli nas z Mentzelem ledwie kilka lat) spekulant kupował „Żur Kujawski” za 80 groszy, wylewał zawartość do zlewu, a butelki sprzedawał w skupie za złotówkę. Spekulant dziś? Gracz giełdowy. Sprzedaje i kupuje. Lampka w głowie: ile można stracić, do jakiego dojść pułapu? Monitor. Spadki, wzrosty. Dyspozycje. Nie znam się na tym. Spróbowałem. Straciłem, już nie chcę.

Dorota też nie. Boi się. – Z czego będziemy żyli – pyta. – Ale przecież zarabiam – odpowiada.

To podnieta, emocje, adrenalina, styl życia, wolność wreszcie?

Nauczyłem się żyć bez etatu, podobnie jak Mentzel, rozumiem go. Jest dysponentem swego życia, nikt i nic nie może mu narzucić jego odrębnego rytmu.

Poranny spacer. Traf, przypadek. Kościół, rezurekcja. Ktoś prosi: niech pan poniesie baldachim.

Widzę ten obraz, mam go przed oczyma. Idą w kierunku placu Inwalidów. Nierówni wzrostem. Cierpnie ręka. I ta kobieta, która mówi: okropnie niesiecie. Patrzeć na to nie można. Trochę to jak z Hrabala.

Ale często przecież nie ma w tym przypadku. Jest sąsiad. Najpierw z oddali, dzień dobry, potem jakieś pogawędki. I nagle zderzenie z czyjąś wiedzą, która poraża. Ukradli fontannę? To przecież nie takie rzadkie. A tu przecież była rzeka. Tak, dokładnie tu, gdzie stoimy. W Warszawie? Na Żoliborzu? Albo:

„– Naturalnym ojcem Ludwika Metzlla był generał artylerii koronnej, starosta warszawski hrabia Alojzy Fryderyk Brühl.

– Ciekawe – wyrwało mi się. – Bardzo ciekawe!

– To jeszcze nic. – Pan Kroczek pochylił się nade mną, jakby chciał powierzyć mi głęboko ukrywany sekret. – Najciekawsze, proszę szanownego pana, jest to, że w naszej kamienicy, tu, przy placu Inwalidów, i także na parterze, tylko w piątej klatce, mieszkał do końca lat sześćdziesiątych ubiegłego stulecia potomek Ludwika Metzlla Konrad Metzell.”

Krąży gdzieś po tym Żoliborzu autor. Czasami podpatrzy w parku starsza panią, czasem wstąpi do antykwariatu, gdzie – co oczywiste – zaprzyjaźniony antykwariusz zrobi mu wyciąg z jakichś dokumentów. A czasami opowie o Kołakowskim, profesorze, z którym, jak mawiają Rosjanie „paznakomiłsia” i chciał napisać u niego doktorat („Wiek siedemnasty jako laboratorium dwudziestego pierwszego stulecia”). Gonitwa myśli – Dorota położyła przed autorem kserokopię z podręcznika psychiatrii – Zaburzenia afektywne dwubiegunowe, ChAD, cyklofrenia. „O czym konkretnie chciałem pisać? […] O gorączce tulipanowej w Holandii siedemnastowiecznej. O pęknięciu internetowej bańki spekulacyjnej u progu dwudziestego pierwszego stulecia. O stałej presji postępu naukowego na myślenie, wtedy i obecnie. O Kościele i jego dwóch obliczach: światłym i fanatycznym. O malarstwie, kolekcjonerach, kupcach, spekulantach. I Bóg wie o czym jeszcze.”

Zmniejszenie krytycyzmu. Podejmowanie lekkomyślnych działań (zdanie dwukrotnie podkreślone)…

Nie powinienem lubić Mentzela. Całe szczęście, że nie muszę go już prosić o „kawałek” jego prozy. Swoja drogą, czytając „Spadający nóż” doszedłem do wniosku, że on po prostu wyręczył się tą swoją panią sekretarz. Zbył mnie. Dorota zadawała pytanie o książkę. Pisał. Na pewno? Nie, zapewne myślał o pisaniu. Ale napisał. Świetnie. Trochę ironicznie, trochę jakby z boku siebie. Zabawnie. O sobie. Przenikliwie. Trochę zazdroszczę. Może kiedyś zaproszę go do audycji o książkach. Bez przymusu…

 

Zbigniew Mentzel – Spadający nóż, Znak, Kraków 2016, str. 190.


Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko