Krystyna Habrat – Poprawność

0
210

Krystyna Habrat


POPRAWNOŚĆ

 

boznanska3  Po raz któryś oglądam ze wzruszeniem  filmik z prezydentem Andrzejem Dudą w Rabce gdzie podczas zawodów narciarskich w ramach Memoriału Marii Kaczyńskiej,  mała dziewczynka łapie go za rękaw i połę kurtki, by zrobić sobie z nim zdjęcie.

   Czemu to mnie tak wzrusza? Z dwóch powodów.  

  Po pierwsze, bardzo przeżywam, gdy mała blondyneczka w czerwonej kurtce z białą opaską we włosach  długo patrzy wielkimi oczami w prezydenta i wyciąga w jego stronę komórkę do wspólnego zdjęcia, a się nie naprzykrza. Tymczasem wciąż dwa razy większe dziewczyny podsuwają mu do podpisania swe dyplomy za wyniki  w memoriale. Mała czeka cierpliwie, patrzy w prezydenta i tylko wyciąga rękę z komórką. Boję się, że się jej nie uda zrobić upragnionego zdjęcia. Tym bardziej, że grzecznie czeka i czeka.

  Wreszcie prezydent odwraca się i chce odejść, a wtedy mała łapie go z determinacją za rękaw i połę kurtki i prezydent pochyla się, przygarnia ją i ona robi wreszcie wspólne zdjęcie.

  Co za ulga!

 Cieszę się, że sobie tak poradziła. Poradzi sobie w życiu!

 Cieszę się, bo to moja wnuczka. Wiedziałam, że ma to zdjęcie, bo już je wcześniej dostałam, a potem dostałam na Facebooku filmik z pobytu pana prezydenta  Dudy  na Memoriale i tam niespodzianie zobaczyłam moją wnuczkę, jak, taka malutka pośród starszych, zabiega o zdjęcie z prezydentem.

  Ta impreza w Rabce to był Memoriał Marii Kaczyńskiej – zawody narciarskie.  Maria Kaczyńska jakiś czas mieszkała w Rabce, chodziła tam do liceum i uczyła się muzyki.  Dlatego na tych zawodach 19  lutego był pan prezydent Duda oraz córka państwa Kaczyńskich i minister kultury. Moja wnuczka wcześniej startowała w tych zawodach i zajmowała nagradzane miejsca na podium,  lecz w tym roku nie wzięła udziału, bo śnieg był słaby.

   Drugim powodem mojego przejęcia się tym  filmem  było  wspomnienie, gdy mając 4 lata, poszłam pierwszy raz do przedszkola w Stalowej Woli. Bardzo mi się to nie podobało. Takie ograniczenie wolności, konieczność dostosowywania się do poleceń obcych pań, ustawianie się parami. Przecież najlepsze koleżanki miałam w naszym bloku.

   Najgorsze wydarzyło się zaraz pierwszego dnia podczas spaceru  z zakonnicą do  lasu na skraju Stalowej Woli. Rosły tam młode sosenki, a pośród piachu (resztki puszczy sandomierskiej)  puszyste miotełki kwitnącej trawy (teraz wiem, że to wiechlina) oraz niepozorne kwiatki, typowe dla lasu sosnowego, pewnie macierzanka. Dziewczynki zbierały  te roślinki,  potem prosiły zakonnicę, żeby plotła każdej wianek. Najpierw plotła tym, które bezczelnie wieszały się jej na szyi, ciągnęły za welon, rękawy,  habit i taką niegrzecznością to wymuszały. Byłam tym strasznie zgorszona. Jak tak można?! Tylko one były większe ode mnie i chodziły do przedszkola dłużej. Ale były niegrzeczne! Do tego wrzeszczały i skakały. Tylko mnie grzecznej, pomimo, że wyciągałam rękę z moimi roślinkami, wianka siostra zakonna nie uplotła. Niegrzecznym – tak, a mnie grzecznej – nie!? Ta przykrość tkwi we mnie aż dotąd.  

 

  Po tygodniu uciekłam z przedszkola i więcej nie dałam się tam zaprowadzić. Głównie dlatego, że było tam nudno, mało zabawek, a panie, nawet nie zakonnice,  zostawiały nas samym sobie. Dziewczynki siedziały na podłodze w jednym pokoju, chłopcy – w drugim. Tylko u chłopców były samochodziki. Wiem, bo gdy tego ostatniego dnia chciałam iść za mamą, pani mnie tam zaprowadziła, bym się pobawiła, a chłopców  jeszcze nie było. Zostawiła mnie samą, a ja zaraz czmychnęłam za mamą. Przez cała Stalową Wolę. Dogoniłam ją dopiero w domu. Mama długo wymyślała różne argumenty, bym zechciała chodzić do przedszkola. Na próżno, bo dzieci miałam fajniejsze pod blokiem. I więcej swobody. Bez nakazów i zakazów. I zabawki. Wreszcie mama powiedziała, że pani wychowawczyni jest taka ładna. Zdziwiłam się  – pamiętam – jak może być ładna,  przecież mama jest najładniejsza ze wszystkich.

 

    Z tego tygodnia w przedszkolu   nauczyłam się, że grzeczni zawsze tracą. To była pierwsza prawda o życiu, jaką wydedukowałam jako czteroletnia dziewczynka.

  Niestety świat grzeczność wymuszał. Dorośli mogli postawić do kąta, skrzyczeć, dać dwóję. Wolałam dostawać nagrody jako dobra uczennica. I to była druga prawda życiowa. O pierwszej  – zapomniałam.

  W dorosłym życiu te dwie sprzeczne ze sobą prawdy jakoś się przeplatały i miarą dojrzałości była umiejętność takiego dostosowania się do warunków, żeby zachowując wyniesione z domu wartości, jakoś sobie w życiu radzić. Wiedziałam już, że kiedy wejdę do dziekanatu przed godzinami przyjęć i  spokojnie poproszę o załatwienie mojej sprawy, bo idę prosto z pociągu po całonocnej podróży, panie mnie posłuchają. Ale grzeczność do załatwienia sobie miejsca w domu studenckim już nie wystarczała. Potrzebna była większa buzia mojej koleżanki, która wykrzyczała, jaka się dzieje niesprawiedliwość, że na II roku nie mamy gdzie mieszkać. Ja tylko potakiwałam, kiwając głową. I miejsca się znalazły.

 

  Choć już z przedszkola wyniosłam przeświadczenie, że nie warto być zbyt grzeczną, że trzeba walczyć o swoje i jakoś potem sobie lepiej radziłam,  mimo wszystko pozostałam raczej grzeczną dziewczynką. Nieraz ubolewam, że mam za mało tupetu i asertywności, ale zbytnia bezczelność w zachowaniu nie  jest w moim stylu. Wolę kierować się tym, co wypada i baczę zawsze, co ludzie powiedzą. Moją nadmierną odwagę hamują  też powiedzonka z dzieciństwa, że jeśli nie potrafisz, nie pchaj się na afisz.  Że osła imię wszędzie słynie.

 

  Czemu o tym wszystkim dziś piszę? Nie tylko, żeby pochwalić się wnuczką. I żeby poświęcić kilka wdzięcznych słów mamie, bo kilka dni temu minęło 7 lat od jej śmierci.  

 

  Piszę więc to wszystko, by zdopingować naszych, na których głosowaliśmy w zeszłym roku i wygrali, żeby nie byli tak poprawni i nie pozwalali przeciwnikom na zbytnią niepoprawność.

   Jeśli chcą przedstawicieli z każdej partii, to niech liczą ilość przedstawicieli do dyskusji  według ilości mandatów, jakie zdobyli w wyborach.  

  Niebezpieczna taka poprawność!!  Niepotrzebna! Już mama Jeba Busha kilka tygodni temu  podpowiedziała mu, że jest nazbyt grzeczny, by wygrać w prawyborach na prezydenta, bo powinien też podnosić głos, przerywać przeciwnikowi w pół słowa, krzyczeć byle co. Posłuchał matki i zaraz jego notowania skoczyły w górę. Ale na dłuższą metę nie wytrzymał. Wycofał się. Nazbyt poprawni, szlachetni, wrażliwi zwykle przegrywają.

 

  Póki co nie włączam telewizora i czytam grube książki, od których wprawdzie bolą ręce, bo takie grube i ciężkie (o wadze  1-2 kg), ale warto się w nie zagłębić bez reszty. Teraz czytam “Szczygła” Donny Tartt, a wcześniej: Lidii Motrenko-Makuch – “Espresso dla duszy” (o Afryce) i przewodnik Wiedzy i Życia: “Francja”. W kolejce czeka: “1001 książek, które   musisz przeczytać”.

 

Krystyna Habrat

Katowice 26.2.2016r.


Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko