Zofia Korzeńska – „Ostatni chłop” Anny Błachuckiej, czyli jak się widzi naszą wieś?

0
293

Zofia Korzeńska


 

„Ostatni chłop” Anny Błachuckiej,

czyli jak się widzi naszą wieś?

 

 

Eugeniusz Eibisch„Ostatni chłop” Anny Błachuckiej to jej powieść. Do tej pory tę Autorkę znamy z poezji i z opowiadań, które u niej są jakby preludium do prozy o szerszym zakresie strukturalnym i tematycznym. Mam szczęście pisać o tej książce już po paru rozmowach z jej czytelnikami. Spróbuję się tym wypowiedziom przyjrzeć trochę bliżej, bo one są istotne i mają wymowę znacznie szerszą niż tylko indywidualną. 

Odbiór powieści jest niejednakowy. Jednym zdecydowanie się podoba, inni mimo iż twierdzą, że przeczytali ją z dużym zainteresowaniem, bo fabuła i problemy ich wciągnęły, to jednak jej nie akceptują, gdyż oni się nie godzą choćby z wizją bohaterów lub w ogóle nie lubią tematu wsi w literaturze. Okazuje się także, że nie wszyscy zrozumieli jej sens i wymowę. Niektórzy jej zarzucają, że skoro to jest powieść o sanatorium, to za mało zawiera realiów o nim. Otóż nie jest to powieść o sanatorium. Tytuł i główny bohater wyraźnie mówią, że jest to utwór o wsi, a konkretniej o bohaterach, którzy już odchodzą do przeszłości. „Ostatni chłop” to jak „Ostatni Mohikanin” J. F. Coopera, który stał się niemal przysłowiem, podobnie jak „Pan Tadeusz czyli ostatni zajazd na Litwie”, nasza narodowa epopeja. A epopeja to zawsze dzieło o przełomie dwu epok, a zwłaszcza o epoce odchodzącej, ale także o zmianach, które po niej następują, o ludziach, którzy też odchodzą jak „ostatni klucznik Horeszkowa” albo „ostatni, co tak poloneza wodzi”, również z Pana Tadeusza.

A zatem Błachucka w tytule nam wyraźnie zasygnalizowała, że będzie to książka o jakimś okresie historycznym, który się kończy i zaczyna się nowa epoka, oraz utwór o chłopie i jego wiejskim otoczeniu. A sanatorium posłużyło jej tylko za miejsce zetknięcia się dwóch całkowicie różniących się środowisk: chłopskiego i inteligenckiego czy ściślej – naukowego. Miejsce jest więc doskonale dobrane do pokazania styku tych środowisk. Raczej rzadko się spotyka w literaturze tak ostre zetknięcie się tych dwóch światów. Jest to pomysłowe i efektywne miejsce akcji, bo wszystkie różnice obyczajowe i intelektualne bohaterów natychmiast się ujawniły. Autorka podkreśla tylko te cechy, te detale sanatorium, które były jej potrzebne do ukazania różnic. I trzeba zaznaczyć, że pokazuje je bardzo realistycznie, prawdziwie, np. różnice żywieniowe dla kuracjuszy prywatnych i kuracjuszy z funduszu społecznego. Podobnie jest też z wyposażeniem pokoi – lepsze lub gorsze zasłony, kołdry itp. Są też „lepsi” i „gorsi” kuracjusze. Ale to nie jest główny temat powieści.

Osią całej epickiej wizji Autorki, wykładnią jej przesłania, jest bohater powieści, chłop Franciszek Bąk. Główny zarzut niektórych czytelników, a moich rozmówców, odnosi się właśnie do niego. Od paru osób usłyszałam, że nie ma na wsi takich bohaterów. Jest wyidealizowany, nieprawdziwy, bo się wszystkim interesuje, nawet filozofią, docieka, pyta, no i przede wszystkim myśli i czuje. Podobny zarzut musiałam odpierać wobec aż kilku rozmówców. Zareagowałam na te sprawy dość żywo, bo sama pochodzę ze wsi i znam to środowisko, gdyż do dziś utrzymuję z nim kontakt. Pisałam o tym także w posłowiu do powieści Błachuckiej.

Już przy „Kaprysie i innych opowiadaniach” Błachuckiej (2010) były podobne zarzuty, że postacie ze wsi są nierealne. Ktoś się wyraził o bohaterce jednego z opowiadań: „Prostaczka ze wsi, a zachciewa się jej mieć jakieś zamiłowania i marzenia! Albo: „Ci bohaterzy są nierealni: prostak od krów i ma problemy uczuciowe? Wynurza je i wypłakuje się przed krową? Bzdura!” To są autentyczne wypowiedzi. Ze smutkiem stwierdziłam, że w dużej mierze wieś się nadal traktuje schematycznie, stereotypowo. Ludzi ze wsi wciąż ocenia się płytko i niesprawiedliwie. Uważa się, że wszyscy ze wsi to ciemniacy, prostacy („ciemna masa”), niezdolni do głębszych przeżyć, że nie mają zainteresowań, nie potrafią samodzielnie oceniać różnych sytuacji, nie potrafią rozumować. Wrzuca się wszystkich do „jednego worka”. Nie dostrzega się między nimi różnic. Błachucka zadaje kłam takim sądom. Pokazuje chłopskich bohaterów jako osoby myślące i czujące, a przede wszystkim – zindywidualizowane. Ale nie tylko ona pokazuje chłopa w takim świetle. W 2010 r. Stanisław Fornal wydał wybór zebranych przez siebie gawęd czy gadek chłopskich o wymownym tytule: „Roztropność wieśniacza”. Sednem, kodem mentalno-moralnym tej książki jest pokazanie siły chłopskiego ducha i poczucia godności oraz swoiste podtrzymywanie wiary chłopów we własną wartość, świadomość swojej roztropności. Fornal tą roztropnością chłopską był zafascynowany. Zresztą wszyscy znamy przysłowiowe określenie: „na chłopski rozum” – to znaczy logicznie, prosto i klarownie – a jednak nietypowy, bo wrażliwy i myślący chłopski bohater w powieści w pojęciu niektórych czytelników określany jest jako wyidealizowany i nieprawdziwy. 

Błachucka pokazuje, że tak jak w każdym środowisku, tak i na wsi bywają ludzie o bogatym wnętrzu. Wiadomo, że to są jednostki tak jak wszędzie. Bo czy w innych środowiskach wszyscy są mądrzy, wrażliwi, aktywni i szlachetni? Filozofowie i historycy kultury dowodzą, że ludzi ponadprzeciętnych, aktywniejszych umysłowo i duchowo, jest tylko 5% w każdej populacji. Jaki jest procent ludzi w mieście czy ściślej w środowisku inteligenckim o szerokich horyzontach intelektualnych, a zwłaszcza duchowych? Mniej jest wybitnych, a więcej miernych. Większość w każdym środowisku to ludzie pasywni, przeciętni intelektualnie, obojętni społecznie, a często wśród nich są jednostki jałowe duchowo, nieczułe na sprawy tzw. wyższego rzędu, albo chytre, sprytne, lecz mało inteligentne. Dlaczego zatem tylko o mieszkańcach wsi mówi się: ciemniak, prostak – po prostu wsiok? A czy nie ma takich ciemniaków i prostaków w mieście? Moi rozmówcy przyznawali mi rację, że są, a mimo to niektórym trudno było uznać, że bohater ze wsi może być myślący, dociekliwy i wrażliwy, dążący do rozwoju osobowego, po swojemu szlachetny, uczciwy wobec siebie także. Bohater Błachuckiej właśnie taki jest. I według mnie jest prawdziwy. Ja takich znam z mojej rodzinnej wsi.

Franciszek to człowiek chłonny intelektualnie, stale chce się douczać w konkretnych sprawach. Czy to jest cecha każdego chłopa? Pewnie nie. A jednak samouctwo to cecha typowa dla chłopów. Tacy samoucy na wsi od dawna żyli i żyją. Świadczy o tym chłopskie pamiętnikarstwo. Pamiętam też mojego wujka, chłopa, który stale coś czytał, miał w domu sporą biblioteczkę. Także mój ojciec, prosty chłop, całe życie zachłannie czytał i z paroma swoimi kolegami wymieniał sobie prasę i książki. Ten głód wiedzy na wsi, ten pęd do wiedzy, był szczególnie znamienny w okresie międzywojennym. Chłopi pragnęli się dokształcać, kształcić swoje dzieci. Wtedy jednak kryzys gospodarczy przeszkadzał im masowo posyłać swoje potomstwo do szkół. Pozostawało samouctwo. Zjawisko wtedy powszechne. Pomagała im w tym bardzo wydatnie „Akcja Katolicka”. Po wojnie zniechęcała ich do samokształcenia ideologiczna propaganda komunistyczna. Obecnie takim przykładem samouka – może już reliktem, dlatego „Ostatni chłop” – jest pan Franciszek. Kiedy przeczytałam powieść Błachuckiej, to miałam wrażenie, że sportretowała mojego kuzyna Władka, który był wypisz, wymaluj jak pan Franciszek: i co do umiłowania ziemi, i przywiązania do tradycji chłopskiej, i co do respektu dla wyższych wartości – zasad moralnych i wiary. Na starość też jeździł do sanatoriów. Ale Autorka nie mogła znać Władka, bo on mieszkał w innym regionie niż ona, nie zetknęli się. Nawet nie wiedziała o jego istnieniu, bo ja jej przed przeczytaniem tej powieści o nim nie opowiadałam. Znała jednak podobnych ludzi w swoim regionie. A więc tacy chłopi jeszcze rzeczywiście bywają. Trawi ich głód wiedzy, ale także troska o przyszłość wsi. Kiedy przez wszystkie lata przyjeżdżałam do rodzinnej mojej miejscowości na Podkarpaciu, to o różnych sprawach społecznych, politycznych i w ogóle cywilizacyjnych w świecie zawzięcie dyskutowałam nie tylko z ojcem czy kuzynami, ale też z sąsiadem rodziców o nazwisku właśnie Bąk, powszechnym na wsi niemal jak w mieście Kowalski. Sąsiad rodziców doskonale się orientował w sytuacji bieżącej, miał o wszystkim własne zdanie. Oficjalnego wykształcenia też nie posiadał, oprócz szkoły zawodowej tak jak Franciszek.

Pan Franciszek zatem nie jest wydumanym bohaterem, choć jednak wyróżniającym się na tle wiejskiej społeczności. Wyróżnia się całą osobowością. Równocześnie jednak ten rozgarnięty, myślący człowiek zdaje sobie sprawę ze swoich braków w zakresie wiedzy, ma na tym tle kompleksy. Stara się te braki usilnie nadrabiać. Czepia się wszelkich możliwości. Nie wstydzi się pytać o sprawy, których nie zna czy nie rozumie. Franciszek to postać sympatyczna. Należy do tych, co pragną zmieniać świat. Są jeszcze tacy. Franciszkowi jego adwersarz Koryciński (drugi ważny bohater powieści) niby czyni z tego zarzut, ale w gruncie rzeczy za to go ceni, a nawet polubił.

I nam, czytelnikom, tacy bohaterowie, tacy idealiści – gorliwcy, pasjonaci, którym się marzy samo dobro, są potrzebni, wbrew tendencjom w literaturze, które raczej nam świat obrzydzają przez ukazywanie jego najgorszej strony. Jorge Luis Borges, wybitny pisarz argentyński, był propagatorem idei, że literatura ma szerzyć dobro i piękno, pokazywać człowieka od strony jego najlepszych możliwości, ma tak, jak czyniła to literatura klasyczna (od „Iliady” i „Odysei”), odkrywać prawdę o człowieku. Pokazywanie zła w literaturze, według Borgesa, tak jak i według Jana Pawła II, ma służyć dążeniu do dobra. Borges uważał, że „Ulisses” Joyce’a nie oddaje prawdy o człowieku (por. „Rzemiosło poezji”, Warszawa 2006, s. 59), ale czynią to znakomicie dzieła Dantego czy Szekspira. 

Błachucka, choć nie jest nowoczesna w swoim warsztacie pisarskim, pokazuje prawdziwą wieś, którą czuje na wskroś i rozumie. Jest to inny typ prozy niż np. Myśliwskiego. Nie próbuje unowocześniać swoich utworów stylistycznie czy strukturalnie, zresztą adresuje je do „wszystkich” odbiorców, także takich, którzy nie mają teoretycznego przygotowania do odbioru trudniejszej literatury; także do ludzi starszego pokolenia, i takich jak jej bohater Franciszek, który mimo dość szerokich zainteresowań i dociekliwości, miał trudności z czytaniem trudnych tekstów. I chyba nie możemy oczekiwać, żeby wszyscy piszący, zwłaszcza o wsi, byli równocześnie twórcami nowatorskiego stylu czy ukazywali własną filozoficzną wizję człowieka i świata, jak to czynił np. Tadeusz Nowak czy obecnie Wiesław Myśliwski. Zasługi pisarzy tworzących w tradycyjnym modelu prozy, tak jak Anna Błachucka, też są duże i nie do przecenienia, a broń Boże nie do odrzucenia. Ich założeniem i celem jest rzetelne ukazywanie wybranego skrawka rzeczywistości, która się gwałtownie zmienia i może zostać całkiem zapomniana, jeśli się jej nie utrwali. Taka tradycyjna twórczość jest niebagatelna, wręcz bezcenna, skoro jest niezastąpiona. Błachucka pisze stylem tradycyjnym, jednak z osobistym – można powiedzieć – nerwem pisarskim, pisze własnym pulsem, wynikającym z osobistych przeżyć związanych z wsią. Poza tym ma zdolność kreowania postaci czy odtwarzania literacko poznanych ludzi. Oczywiście, jak to najczęściej bywa u pisarzy, z wielu realnych postaci tworzy jedną, typową dla danego środowiska. Jej bohaterowie to postacie bardzo żywe, psychologicznie prawdopodobne, z życia wzięte. Ona zna ich psychikę, zna niemal ich dusze, ich światopogląd, obyczaje, wady, zalety, ich etos. Potrafiła stworzyć postać bardzo prawdziwego filozofa-pedagoga i „nowoczesną” jego sekretarkę, dziewczynę ze wsi, która się brzydzi wsią. Ale i z takimi eks-wieśniaczkami spotykamy się na co dzień. Ta bohaterka jest również postacią literacko żywą, barwną, choć marginalnie występującą w powieści. Ja poznaję „prawdziwość” postaci w prozie, czy są dobrze wykreowane, po tym, jak one się w mojej świadomości uplasowują, podobnie jak cała powieściowa sytuacja. Jeśli one przez dłuższy czas tkwią w mojej pamięci i zadomowiły się w mojej świadomości, jak znajomi z życia, nie wyparowały z niej zaraz po skończonej lekturze, to najlepszy sprawdzian, że postacie są dobrze przez autora zarysowane. A postacie Błachuckiej się doskonale pamięta, one w nas żyją. Mają osobne charaktery, bardzo zresztą wyraziste, mają własny język, czasem stylizowany na chropowaty, jak u pana Franciszka. Na tę cechę zwrócił uwagę prof. Stanisław Cygan, dialektolog z kieleckiego Uniwersytetu Jana Kochanowskiego. Podkreślił podczas promocji powieści Błachuckiej jej bogactwo językowe, różne odmiany i stylizacje oraz trafność ich doboru do poszczególnych postaci, a nawet sytuacji.

Błachucka nie tylko troskliwie ukazuje starą, odchodzącą wieś, ale pokazuje, na czym polegają obecne zmiany na niej, i to gwałtowne. Pokazuje bowiem nową sytuację wsi, na której żyją jeszcze ludzie starszego pokolenia, nie mogący się tak szybko przystosować do tych zmian. I pokazuje, jakie wartości giną na wsi.

Pokazuje również, jak współczesna inteligencja nie rozumie mentalności chłopa, nie widzi jego prawdziwego oblicza, nawet nie próbuje go ujrzeć ani rozróżnić wśród wiejskiej społeczności poszczególnych jednostek i typów, a takie są. Tak jak wspomniani wyżej moi rozmówcy, chłopa traktuje w sposób stereotypowy – z góry lub lekceważąco. Filozof z „Ostatniego chłopa” jest na tyle kulturalny, że nie okazuje swojemu współlokatorowi pogardy wprost, ale jego nieco obcesowe zachowanie jednak pana Franciszka, człowieka wrażliwego, uraziło i z godnością zaprotestował przeciw takim nierównym relacjom. Filozof się w lot zorientował, że to nie ten typ chłopa i że go trzeba traktować jak równego sobie. 

Błachucka choć wyszła już dawno ze wsi, żyje nadal jej problemami, boleje nad jej sytuacją. No właśnie! Najwyraźniej boleje. Ale dlaczego? Przecież chłopom w zasadzie nie jest obecnie gorzej niż dawniej było, a pod wieloma względami lepiej. Lepiej bytowo. Mają łatwiejszą pracę. Wygodniejsze życie. Jednakże chyba ucierpiało chłopskie morale. A starzy chłopi, a i Autorka, żałują tych wartości, które zanikają. Tej odrębnej kultury wsi, zanikającej gwary, dawnego barwnego stroju, obyczajów, ludowej twórczości, całego lokalnego folkloru, tej specyfiki chłopskiego stylu życia, rozumowania, swoiście przeżywanej wiary. Żałują też, że specyficzna praca rolnika straciła swój dawny charakter, swój urok, kiedy szerokim frontem do rolnictwa weszła technika. Rolnik nowoczesny pozbył się nie tylko konia i jego z nim więzi, bo go zastąpiły traktory i inne maszyny, ale w większości przypadków pozbył się krów, bo zastąpiły je sklepy z mlekiem – o paradoksie! – przywożonym z miasta, gdyż tam przeważnie je najpierw dostarczają hodowcy wielkich stad. Pojedynczych krów lub niewielkiej ich liczby na wsi obecnie się nie opłaca hodować. Są więc często rzadkością. 

Kiedy w 2013 r. zbierałam materiały do swojej książki na temat zanikającej gwary w mojej rodzinnej wsi, to inteligentna, starsza już osoba, moja rozmówczyni, informatorka gwarowa, z ogromnym żalem mi opisywała, co się zmieniło na naszej wsi, czego już tam nie ma. Bolała nad tym, że wymiera grupa chłopów prawdziwie oddanych wsi, że pola leżą odłogiem lub się zalesiają przez samosiejki, że ziemia jest uprawiana bez serca, i nade wszystko bolała nad tym, że młodzi ludzie powyjeżdżali za granicę, bo we wsi nie są w stanie na małohektarowych gospodarstwach utrzymać się z rodzinami na odpowiednim współczesnym poziomie, według obecnych standardów, i godnie żyć. 

Anna Błachucka też wyraźnie widzi, że taka wieś, jaką znała, na jakiej się wychowała, definitywnie odchodzi. Pragnie ją więc utrwalić. Czuje taki obowiązek. Wie, że ta dawna wieś już nie wróci. Rozumie, że trzeba zatem jak najwięcej o niej napisać. I czyni to. W roku 2011 wydała „Widok z kalenicy: Pogwarki z Jarkowy Góry”, napisane gwarą. Pragnie tam utrwalić chłopską mowę swojego regionu świętokrzyskiego, która też jest dokumentem dawnej chłopskiej kultury, i to dokumentem bardzo istotnym. Błachucka nie posługuje się stereotypami. Pokazuje wieś autentycznie dzisiejszą. Inną niż była przed pięćdziesięcioma laty. To jest wieś nowa – rozwarstwiona inaczej niż dawniej. Chłopi-rolnicy to są już resztki jej mieszkańców. Główny trzon to już nie chłopi, to są tylko mieszkańcy wsi, ale nie rolnicy. Oni albo dojeżdżają do pracy do miasta, albo żyją z emerytury – nędznie, jeśli dzieci z zagranicy im nie pomogą materialnie. Ale na wsi mieszkają ludzie, którym się nieźle powodzi, a nawet bardzo dobrze. Niektórzy prowadzą specjalistyczne gospodarstwa albo dojeżdżają gdzieś do pracy. Na wsi jest też dużo ludzi bezrobotnych, którzy ze swoich małych gospodarstw nie mogą się utrzymać, nie mogą dzieci kształcić, a utracili pracę w zakładach, które upadły. To jednak jest już inna sprawa. Autorka mówi o tym w opowiadaniach, a w powieści koncentruje się na jednostce w świecie zachodzących zmian i w świetle problemów, wynikających z tych przemian. Ukazuje zewnętrzne i wewnętrzne problemy, które gnębią jej bohaterów: głównie Franciszka, ale też pana Gienia, człowieka mieszkającego od urodzenia na wsi, lecz nie będącego prawdziwym chłopem. 

Podsumowując, możemy stwierdzić, że założeniem Autorki „Ostatniego chłopa” jest ukazanie nie tyle samych zmian gospodarczych, technicznych i społecznych wsi, ile pokazanie ludzkich przeżyć w tym okresie przemian. Pragnie też ukazać takie wartości tej zanikającej kultury, jak: mentalność chłopska, obyczajowość, styl życia, a nade wszystko miłość chłopa do ziemi, jego przywiązanie do swojego stanu-zawodu, do swojej rodzimej społeczności, do moralności, do wiary. I pokazuje, jak te wartości wyglądają w zetknięciu ze światem współczesnej cywilizacji, np. z filozofem i równocześnie malarzem.

Jak wiemy, w literaturze polskiej nurt tzw. wiejski zaznacza się nie tylko najwyraźniej, ale jako nurt zasadniczy, uznawany i podziwiany w świecie. Pisarze polscy potrafili dorobić się niezwykłych osiągnięć. Mają się czym poszczycić. O świętokrzyskiej wsi XX i XXI wieku pisali tacy pisarze, jak Myśliwski, Kawalec, Jachimowski, Morton, Miernik, Krzysztofczyk, Antolski, Rogala, a teraz dołączyła Anna Błachucka. Każdy z nich wniósł do literatury niezastąpione wartości: jedni bardziej utalentowani, a nawet wybitni, nowatorscy, z własną wizją nie tylko wsi, ale świata, z własną filozofią i oryginalnym modelem literackim, inni może bardziej tradycyjni, mniej nowatorscy, ale wszyscy wnoszą do polskiej literatury, do polskiej kultury coś niezastąpionego. Wieś można i trzeba pokazywać z różnych stron. Jej tradycję, jej tożsamość, jej ludzi, którzy przecież przemieszali się dokładnie z mieszkańcami z miasta. Zawsze ona była ciekawa i piękna, a teraz jest jeszcze inna, bo się umiastowiła pod względem stylu życia, a nawet sposobu myślenia ludzi. Przyjęło się powiedzenie, chyba po raz pierwszy użyte w 2009 r. przez filozofa i publicystę Adama Leszczyńskiego: „Wszyscy jesteśmy ze wsi”. W dużej mierze to prawda. I dobrze, że o tym piszą współcześni literaci: prozaicy, poeci, reporterzy. Dzięki nim zachowa się obraz dawnej wsi, bogatej w tradycję i kulturę.

 

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko