Mikołaj Juliusz Wachowicz – „Rękopis” i ja. W 200-tną rocznicę śmierci Jana Potockiego

0
107

Mikołaj Juliusz Wachowicz



„Rękopis” i ja. W 200-tną rocznicę śmierci Jana Potockiego



potocki janNie pamiętam, czy zaczęło się od książki, czy od filmu. Książka stała wysoko, zbyt wysoko, bym mógł sięgnąć – na ostatniej półce wąskiego, wnękowego regału. Widziałem tylko grzbiet, a na nim małe, tajemnicze postacie oddzielone poziomymi kreskami. Ojciec ostrzegał: są tam rzeczy straszne. Pomimo to pozwolił mi obejrzeć ekranizację, którą – wiem to na pewno, bo od zawsze przywiązywałem wagę do dat – emitowano na Boże Narodzenie 1977. Wytrzymałem może z pół godziny, zapamiętując początek podróży van Wordena przez Sierra Morenę, groteskowych wisielców, pustelnika i historię opętanego Paszeko, w którym rozpoznałem dobrze znanego mi aktora z „kultowego” serialu o czołgistach.

Jednak już wiosną 1981, chyba w maju, sięgnąłem po książkę, choć nie miałem jeszcze nawet pełnych 10 lat. Było to wydanie z 1965 r., zatem wydrukowane równo półtora wieku po śmierci twórcy i równoległe z ekranizacją Hasa; zbieżność zapewne nieprzypadkowa. Lektura trwała do września, ale z przerwą na dość długie wakacje, na które nie zabrałem ciężkiego tomu, liczącego wszak blisko 800 stron. Oczekiwałem – zgodnie ze słowami ojca – przede wszystkim powieści grozy i wartkiej fabuły. Znalazłem dużo więcej. Przede wszystkim nastrojową opowieść o Hiszpanii, jej polityce, społeczeństwie i obyczajach w XVII i XVIII wieku. Dotąd moja wiedza o tym kraju była raczej znikoma: wiedziałem, gdzie ów kraj dokładnie leży, że Madryt to stolica, że panuje tam król; oglądałem też kilka przygodowych filmów, jak choćby znakomity serial „Curro Jimenez”. Teraz poszerzałem horyzonty o burzliwe dzieje podboju i rekonkwisty, działania inkwizycji, panowanie Habsburgów. Z „Rękopisu” pierwszy raz dowiedziałem się o Żydzie Wiecznym Tułaczu, Apoloniuszu z Tyany, hrabim de Saint-Germain czy nieszczęsnym Karolu II, o kilku filozofach, o kabalistach, sunnitach, szyitach, Zakonie Kawalerów Maltańskich i o wielu innych niezwykłych sprawach, postaciach i wydarzeniach. Posłowie i świetne przypisy przedwcześnie zmarłego Leszka Kukulskiego (1930 – 1981) pozwalały – choć nie zawsze wyczerpująco – pogłębić kwestie nieraz li-tylko wzmiankowane, osadzić je w czasie, zanim sięgnąłem do stosownych kompendiów. Mniej oczywiście pociągały mnie filozoficzne wywody Velasqueza, lecz niektóre stwierdzenia – jak te o postrzeganiu rzeczywistości przez głuchoniemych i ociemniałych z Dnia Trzydziestego Dziewiątego – żywo wbiły mi się w pamięć.

„Rękopis” jest jedną z tych książek, które rozbudziły we mnie ciekawość świata, wzmogły wrodzony chyba nałóg podróżowania i podziałały zarówno na wyobraźnię, jak i nawet na styl pisarski. Do dziś bezproblemowo mogę streścić wszystkie zawarte tam niesamowite historie, które Potocki zaczerpnął przeważnie z autorów starożytnych (Pliniusz, Filostrat) bądź późniejszych, jak np. Happelius. Kiedy kilka tygodni temu przeczytałem żonie makabryczną historię Landolfa z Ferrary, przyznała, że dostrzega w tym nastrój i ducha moich utworów – tych już opublikowanych i tych, którymi ją raczę, nieraz co wieczór, podobnie jak Jan Potocki (według anegdoty Wiaziemskiego) swoją przewlekle chorą małżonkę. Podczas lektury przyswoiłem sobie szereg słów, teraz uznawanych za archaiczne (np. „atoli”, „bynajmniej”), a nawet dawne konstrukcje zdań, i wciąż ich używam w mowie i piśmie (swego czasu wypomniał mi to głośno pisarz i tłumacz Michał Studniarek). Lecz drobna uwaga: w latach 80-tych czytałem również inne przekłady prozy XIX-wiecznej, głównie Verne’a i Waltera Scotta, tudzież polską prozę z tego okresu, toteż wpływ Potockiego nie był wyłączny. Wreszcie, kiedy w 1987 roku zacząłem pisać dzienniki, poszczególne dni każdej podróży numerowałem, świadomie nawiązując do 66 dni z „Rękopisu”. I czynię tak do dzisiaj.

Tak wczesna lektura poważnego dzieła ma zalety: odbiór jest szczególnie wyrazisty, a przeżycie czytelnika emocjonalne; łatwiej zapamiętać nazwiska i czyny bohaterów oraz strukturę powieści, niż gdy się ma lat powiedzmy trzykroć albo czterykroć więcej. Łatwiej potem zgłębiać XIX-wieczne powieści historyczne, choćby wspomnianego Scotta. Łatwiej przyswoić nowe. Chłonny umysł dziesięciolatka nie gromadzi bowiem jeszcze nadmiaru informacji, z których większość okazuje się niestety śmieciami, a jego doświadczenie życiowe ogranicza się do kilkunastu, co najwyżej może kilkudziesięciu wydarzeń, związanych głównie ze szkołą, wakacjami czy ewentualnie zmianą miejsca zamieszkania bądź środowiska rówieśniczego. Trudno zatem w tym wieku patrzeć na taką lekturę przez pryzmat własnych losów. I dlatego też – tu przechodzę do wad – wielu spraw nie odczytałem właściwie. Nie pojąłem na przykład wówczas zupełnie, na czym polegał główny grzech Błażeja Hervasa, czyli Potępionego Pielgrzyma, gdyż jego stosunki z Inez Santarez tudzież jej córkami Potocki przedstawił w sposób nader eufemistyczny. Trudno mi było wyłuskać kryptopolemiki racjonalistów z chrześcijaństwem. Z całą pewnością dzisiaj wykryłbym niekonsekwencje w prowadzeniu akcji i błędy chronologiczne, na które wtedy nie zwracałem uwagi.

Potem przyszedł czas na świadomy odbiór filmu Hasa. Miałem już jakieś 15 lat i film bardzo mnie rozczarował, gdyż zabrakło ulubionych wątków grozy: historii Trivulcja z Rawenny, Landolfa z Ferrary czy komandora Toralvy. Wolałbym je obejrzeć zamiast dziejów Lopeza Suareza i kawalera don Toledo. Później dopiero – chyba gdzieś na studiach – doceniłem kunszt adaptacji, wybór tego, co istotne w książce, lekki dystans, a nawet autoironię aktorów odnośnie do granych postaci, zaś przede wszystkim – wyczarowanie mrocznej Sierra Moreny pośród Jury Krakowsko-Częstochowskiej. Wszak Trivulcjo, Landulf czy Toralva to przecież postacie zapożyczone z innych opowieści, zaś ich losy, niejako zacytowane, mają ubarwić narrację, udowodnić pewne twierdzenia bądź im zaprzeczyć; natomiast Suarez czy Toledo to już oryginalny wkład autora. Zresztą za te pominięte historie mógłby się wziąć teraz jakiś młody reżyser, któremu brakuje pomysłów na film grozy. Trochę je uwspółcześnić, przenieść w inne miejsce, zmienić nazwiska bohaterów – chętnie napiszę scenariusz, a nawet zagram jakąś rolę, gdyż wciąż pragnę choć raz w życiu znaleźć się wewnątrz świata moich lektur i wyobraźni (nie myślę tu o podróżach, które często stanowiły efekt zgłębiania różnorodnych książek, filmów, dzieł artystycznych i dokumentów). Obawiam się jednak, że niewielu współczesnych reżyserów czytało oryginał. W ogóle – wśród mojego i młodszego pokolenia spotkałem mało osób przyznających się do przebrnięcia przez – najwyraźniej trudny – tekst „Rękopisu”, może poza garstką specjalistów, zwłaszcza z Instytutu Badań Literackich PAN, gdzie ongiś pracowałem.

A szkoda, bo twórczość i osobę Potockiego możemy teraz poznać znacznie lepiej, niż 50 czy nawet 30 lat temu. Zawdzięczamy to przede wszystkim dwóm francuskim badaczom – o nazwiskach Francois Rosset i Dominique Triaire – którzy na początku XXI wieku podjęli nowe studia nad postacią i dziełem hrabiego. Plonem ich pracy jest książka „Z Warszawy do Saragossy” (2005), podzielona na 3 części, przybliżające biografię Potockiego, jego twórczość i sam „Rękopis”. Właśnie stamtąd dowiedziałem się o genezie powstania tekstu i jego dalszym burzliwym losie. Sprawa już w tej chwili jest dość dobrze znana, pozwolę więc sobie tylko zacytować najistotniejsze zdania z rozdziału „Nowa wiadomość o genezie i prawdziwym kształcie Rękopisu znalezionego w Saragossie“. Otóż po tragicznej śmierci pisarza w grudniu 1815 r. jego archiwa „na długi czas stały się niedostępne. Tyle że na skutek starań jednego z synów ukazał się w Lipsku w 1847 r. polski przekład pióra Edmunda Chojeckiego. Ta polska wersja utrwaliła na półtora stulecia idealny obraz Rękopisu znalezionego w Saragossie i sądzono, że jest to ostateczna wersja, jaką pozostawił Potocki, która miała zaginąć po ukazaniu się przekładu Chojeckiego. Niektórzy liczyli na to, że może jakiś szczęśliwy badacz odnajdzie te papiery, co pozwoli wreszcie na poznanie pełnego tekstu oryginalnego. Tymczasem badania przyniosły zupełnie inną wiedzę. Pokazują one w niezaprzeczalny sposób, że Chojecki, nie posiadając pełnego zestawu rękopisów, nie zrozumiał etapów powstawania dzieła albo jeśli je zrozumiał, to uchylił się przed wyborem między wersją z 1804 r. a wersją z 1810 r. W ten sposób odkrywamy, że jego tekst zawiera cztery pierwsze dekamerony z wersji 1804 r. i dwa ostatnie z wersji 1810 r., łącząc dwie koncepcje zupełnie różne pod względem zarówno estetycznym, jak i ideowym, co stało się jako tako możliwe na skutek poważnych manipulacji. Ostatecznie Chojecki wyprodukował więc powieść składającą się z sześćdziesięciu sześciu dni, a w rzeczywistości ostateczna wersja Potockiego liczy dni sześćdziesiąt jeden. Dość, by móc stwierdzić, żeRękopis znaleziony w Saragossie w formie do tej pory dostępnej nie jest tekstem napisanym przez Jana Potockiego, lecz jest wynikiem kombinacji jego tłumacza” (s. 163 – 164).

Rozdział ten – z pewnymi zmianami – posłużył jako wstęp do najnowszego wydania „Rękopisu” w przekładzie Anny Wasilewskiej, która poprzednio zresztą tłumaczyła wspomnianą pracę Rosseta i i Triaire’a, jak również biografię Potockiego ich autorstwa. Od listopada 2015 roku mamy już bowiem wersję znacznie bliższą ostatecznym zamysłom Potockiego. Ze Wstępu dowiadujemy się o odnalezieniu w 2002 r. w Archiwum Państwowym w Poznaniu sześciu nieznanych manuskryptów „Rękopisu” oraz o nowatorskiej metodzie badawczej: poddaniu wszystkich 22 dokumentów, stanowiących materialne źródło powieści, analizie pod kątem datacji wytworzenia papieru, użytego atramentu, pisowni. Posłużyły one przygotowaniu wydania z roku 2015.

Choć wiele bibliotek wciąż nie ma nowej edycji w swoich zbiorach, udało mi się ją w końcu wypożyczyć i przejrzeć obszerne fragmenty, przyglądając się głównie tym wątkom powieści, które zapamiętałem najlepiej. Zasiadłem do lektury świadom, że popsuję sobie wspomnienia pierwszego odbioru i odtąd moja recepcja „Rękopisu” będzie już zupełnie inna. Naprzód uderzył mnie brak rysunków, tak charakterystycznych dla wydania z r. 1965; znaczyły one przecież poszczególne „szkatułki”, a zarazem kolejnych bohaterów-narratorów, ułatwiając niewątpliwie rozeznanie w strukturze powieści. Co więcej, niektóre „szkatułki” straciły samodzielność – tak stało się np. z Historią Eminy i jej siostry Zibeldy, choć zawarta w tym wątku Historia zamku Kassar-Gomelez odrębność zachowała. Przemieszczeniu uległy historie z poszczególnych dni: na przykład w starszej wersji dzieje obydwu Hervasów zapełniły dni od 48 do 53, a teraz – od 32 do 37. Dawniej Velasquez opowiadał o sobie w dniu 19, a potem od 23 do 25; teraz zachowano ciągłość tej narracji w dniach 45 – 48. W nowym wydaniu skrócono tu i ówdzie opowieść ramową. Zniknęła dramatyczna scena, finalizująca Dzień Siódmy, w której Alfons van Worden zmuszony jest przejść na wiarę Proroka bądź wypić mniemaną truciznę. Zamiast niej Paszeko wyprowadza bohatera nocą Dnia Ósmego pod szubienicę Los Hermanos. Znika postać Żyda Wiecznego Tułacza wraz z całą jego ciekawą opowieścią, co skutkuje m.in. redukcją całości z dni 66 do 61, a tym samym ginie gdzieś symbolika tej pierwszej liczby. Natomiast inne postacie zmieniają nazwiska: Cornandez staje się Cabronezem (w wolnym tłumaczeniu: z „rogacza” – „kozłem”, co w kontekście jego historii pozostaje znaczące), zaś miano młodocianego wroga Zota – Principina – przeistacza się z imienia własnego w zdrobniałą formę tytułu arystokratycznego, pisaną małą literą, co by można oddać polskim słowem „książątko”. Nie wiem po co z demonicznej księżniczki de Monte-Salerno zrobiono francuską Mont-Salerne, skoro była Włoszką, a opowiadał o niej inny Włoch, Giulio Romati. Na szczęście przypomniano o tym w przypisie. Przypisy zresztą wyjaśniają daleko więcej niż w edycji z 1965 r. Częściowo wprawdzie powielają komentarze Kukulskiego tam, gdzie owe zachowały aktualność, lecz dotyczą nie tylko różnic w obydwu wersjach. Wskazują miejsca, które autor z pewnością odwiedził podczas licznych podróży, precyzują położenie geograficzne innych, i demaskują te, które są produktem wyobraźni Potockiego. Sugerują aluzje do poszczególnych utworów literackich. Objaśniają zawiłości chronologiczne powieści, uwypuklają anachronizmy (chociaż – moim zdaniem – nie zawsze trafnie), ujawniają gry słów tudzież ukryte znaczenia oraz powiązania nazwisk, w tym anagramy, jak ten: Avadoro-Pandesowna – Van Worden (samo nazwisko głównego bohatera Potocki urobił zapewne od niemieckiego „(ge)worden” – ten, który „stawał się”, co w kontekście nabywanych doświadczeń Alfonsa jest z pewnością celowe). Zdarzają się jednak zgrzyty. Ot, choćby przypis 1 na stronie 97, odnośnie do pochodzenia imienia Zota. Ten rozbójnik z Benewentu miał w VI wieku imiennika w postaci longobardzkiego księcia tego miasta. Autorzy edycji powołują się w przypisie – za Potockim – na Paula Diacre’a, autora „De Gestis Longobardorum”, jakby nie wiedzieli, że ów średniowieczny kronikarz znany jest u nas w spolszczonej wersji: Paweł Diakon, zaś jego „Historię Longobardów” przełożył już w 1995 r. Ignacy Lewandowski. Przypis ten jednak potwierdził moje domysły sprzed lat w kwestii związków „Historii” i „Rękopisu”. Obecnie łatwiej też uchwycić relacje genealogiczne. Wśród nich Historia rodu Uzedów jawi się wiarygodniej, bowiem dodano szóste pokolenie pomiędzy I wiekiem a V, i jedną generację pod sam koniec. Nadal jednak odnosimy wrażenie, że wszyscy Uzedowie rozmnażali się w latach nader podeszłych. Poniżej prezentuję krótkie opowiadanie, inspirowane dziejami Uzedów pod koniec Antyku; w środowisku twórców i odbiorców fantastyki taki gatunek nazywa się „fanfiction”. Dla odmiany – Carlos Velasquez nazywa kuzyna swojego ojca wujem (a nie – jak w poprzednim tłumaczeniu prawidłowo – stryjem), co dla mnie, jako zawodowego genealoga, a przy tym stryja trzech bratanic, stanowi błąd niewybaczalny.

Nie będę teraz zgłębiał zagadnienia, czy rzeczywiście późniejszą wersję „Rękopisu” nakreślił Potocki w duchu mniej materialistycznym, a bardziej kartezjańskim, jak chcą nasi badacze. Wymagałoby to dokładnej analizy porównawczej obydwu edycji. Jeśli istotnie autor pod koniec życia zwątpił w materialistyczne pojmowanie dziejów i stał się mniej zdystansowany wobec religii, to tylko świadczy na jego korzyść, gdyż nie zamknął się w horyzontach przemijającej właśnie epoki Oświecenia. Sama tłumaczka, Anna Wasilewska, odkrywa jeszcze inne tajemnice tekstu: wysuwa ona hipotezę, że Chojecki, zapracowany młody (ur. 1822) człowiek nie miałby czasu dokonać przekładu i kompilacji tak obszernego dzieła, zatem prawdopodobnie użyczył on tylko swego nazwiska „mężowi uczonemu”, o którym niejasno wspomina Michał Baliński, pierwszy biograf hrabiego Jana. Jednak i Wasilewska przytacza tę historię za wspomnianym wyżej Kukulskim. Sam Kukulski zresztą dokonał wielu ingerencji w tekście, m.in. usuwając „nieuprawnione” poprawki Lorentowicza z 1917 r., który z kolei ingerował w tekst Chojeckiego, ten ostatni zaś (jak zaświadcza translatorka) dopisywał i rozbudował polski przekład względem oryginału francuskiego. Spotkałem się nawet ze stwierdzeniem Barbary Otwinowskiej odnośnie do Kukulskiego, że „Dzięki odkrytym w Archiwum Wojewódzkim na Wawelu manuskryptom udało mu się poszerzyć dwukrotnie rozmiar Rękopisu“. Wypada więc zgodzić się ze zdaniem Wasilewskiej, iż “łatwiej i korzystniej jest tłumaczyć od początku całą powieść, niż poprawiać przekład istniejący” (s. 773). Więcej możemy znaleźć w „Słowie od tłumaczki”.

Powoli przyzwyczajam się do nowej wersji „Rękopisu”, choć wciąż nie wydaje mi się jeszcze tak atrakcyjna, jak poprzednia. Lecz być może po uważniejszej lekturze zdanie zmienię. Zresztą autorzy Wstępu doskonale zdają sobie sprawę, że przekład Chojeckiego na trwale zakorzenił się już w kulturze polskiej. Nie negują jego wartości, ani nie przekreślają „dorobku krytyków i artystów, którzy tak hojnie odpłacili Potockiemu za inspirację, jakiej im dostarczył” (s. 17). Zalecają, aby obie wersje traktować na równi. „Rękopis nie uległ radykalnej zmianie. Stał się tylko pełniejszy, jeszcze bardziej zagadkowy i problematyczny w odbiorze; nie ulega wątpliwości, że przestrzeń i potencjał jego oddziaływania znacznie się poszerzyły. Wezwany do spełnienia swej twórczej funkcji (…) czytelnik może rozważać liczne, niespójne, niekiedy sprzeczne tropy interpretacyjne, rezygnując z iluzorycznego zamiaru odnalezienia jednego wszechogarniającego sensu” (tamże).

W takim razie ja też zalecałbym czytelnikom, którzy jeszcze nie sięgnęli po lekturę dzieła Potockiego, przeczytanie obydwu wersji. Książka jest wciąż aktualna, nie tylko jako atrakcyjna lektura, łącząca różne gatunki literackie: powieść przygodową, gotycką, fantastyczną, powiastkę filozoficzną i dydaktyczną, romans miłosny, satyrę, pastisz, komedię etc. Dzięki swej polifonii i intertekstualności wciąż budzi nowe skojarzenia i zmusza do wynajdywania kolejnych odniesień literackich, także tych, które dotąd umknęły badaczom i krytykom. Uczy życia i przedstawia galerię postaci, które łatwo możemy rozpoznać wokół nas: bezczelnych natrętów typu Busqueros, demoniczne kobiety w rodzaju księżniczki Monte-Salerno, urwisów podobnych młodemu Avadoro czy Zotowi, szyderców-osiłków jak Sparadoz, zdradzonych mężów, roztargnionych naukowców. Inaczej spojrzymy na tajne stowarzyszenie Gomelezów w obliczu zagrożenia Europy islamizacją, choć trzeba przypomnieć, że Gomelezowie to jednak szyici.

Po lekturze byłby czas na uważne obejrzenie adaptacji filmowej. Następnie należałoby sięgnąć po biografię, a wreszcie – po inne teksty Potockiego, niestety wciąż rozproszone i częściowo dostępne wyłącznie w języku francuskim: listy, opowiadania, pisma archeologiczne i historyczne, chronologiczne zestawienia, dzienniki podróży. Jest tych dzieł około czterdziestu. W przeliczeniu na tomy prawdopodobnie wyszłoby na pewno więcej niż sześć. W każdym razie sześć (w tym jeden podwójny) liczy francuskie, krytyczne wydanie zbiorowe z lat 2004 – 2005 pod redakcją wspomnianej spółki uczonych; nie zawiera ono jednak – sądząc z tytułów poszczególnych tomów – obszernych „Materiałów historycznych i geograficznych do dziejów Scytii, Sarmacji i Słowian”. W 1959 r. Leszek Kukulski wydał w tomie pt. „Podróże” zbiór relacji z wojaży Potockiego do Maroka, Turcji, Egiptu, stepów Astrachania i na Kaukaz, Chin, Mongolii i Dolnej Saksonii. Przekłady innych prac zamieszczono w specjalistycznych periodykach. Tłumaczenia listów Jana Potockiego do brata Seweryna i do siostrzenicy Marii z Rzewuskich zajmują w książce „Z Warszawy do Saragossy” ponad 40 stron.

Okazuje się, że „Rękopis” nie jest jedynym zekranizowanym w Polsce dziełem Potockiego. Już w 1967 powstał spektakl Bogdana Hussakowskiego „Podróż” na podstawie opowiadania pod tym samym tytułem, w przekładzie Juliana Ursyna Niemcewicza z poprawkami Kukulskiego. W 1978 Krzysztof Zaleski (1948 – 2008) wyreżyserował „Parady” – sześć miniatur scenicznych z gatunku commedii dell’arte, 20 lat wcześniej przełożonych i opublikowanych w czasopiśmie „Dialog”. Nadal można je oglądać na serwisie You Tube.

Sam życiorys Potockiego może zadziwiać nie mniej niż jego dzieła. Zaskakuje, ile pasji i zdolności łączył w sobie ten wykształcony i niepospolity magnat. Był nie tylko pisarzem, publicystą, dramaturgiem, historykiem i archeologiem, ale także wojskowym, inżynierem, politykiem (posłem na Sejm Czteroletni z województwa poznańskiego). Władał biegle ośmioma językami, najgorzej niestety ojczystym. Z niespełna 55 lat swego życia około 20 spędził w zagranicznych podróżach, wliczając pobyt w Szwajcarii w latach 1774 – 78 i pracę na petersburskim dworze w charakterze tajnego radcy pod koniec życia. Sporo też podróżował po Polsce. Musiał być człowiekiem bardzo odważnym, skoro jako 17-letni młodzieniec czynnie walczył (w armii austriackiej) w wojnie o sukcesję bawarską, zaraz potem (jako kawaler maltański) z piratami berberyjskimi na Morzu Śródziemnym, a później zbrojnie przeciwstawiał się II rozbiorowi Polski. W maju 1790 odbył jako pierwszy Polak lot balonem nad Warszawą, towarzysząc Jeanowi Blanchardowi. Z drugiej strony zabrakło go w kraju w sytuacjach ważnych: jego posłowanie trwało tylko 2 lata (1788 – 90) – w czasie redagowania i uchwalania Konstytucji 3 Maja przebywał już we Francji; podróży po krajach niemieckich nie przerwał ani podczas Insurekcji Kościuszkowskiej, ani nawet na wieść o śmierci żony w sierpniu 1794. To demonstracyjne wycofanie się z polityki zaowocowało ukazem carycy Katarzyny o nienaruszalności dóbr Potockiego i względami okazywanymi przez jej następców. Podróż stanowiła dla Potockiego przyjemność, przygodę, misję dyplomatyczną, wyprawę naukową, jak i realizację nieskrępowanej niczym wolności. Wiele pełnych relacji z tych wojaży zdołał opublikować za życia. Hrabia uważał się za poważnego badacza, jednak jego metody i odkrycia nie zjednały mu uznania w świecie nauki, choć przyjęto go zarówno do Warszawskiego Towarzystwa Przyjaciół Nauk, jak i do Cesarskiej Akademii Nauk (członkostwo honorowe). Nie zdobył przecież formalnego wykształcenia uniwersyteckiego. Mimo ogromnej erudycji, cechowała go chaotyczność. „Opis jego badań mógł budzić zdziwienie. Gwarancje wiarygodności, jakie stwarzała niezawodność erudyty i skromność kompilatora, skrupulatność miernicza i powściągliwość pisarza, niszczyła rozstrojona optyka tego człowieka, w którym każdy przedmiot, nawet najskromniejszy, budził pokusę zdobycia uniwersalnej wiedzy. To prowadziło na bezdroża” („Z Warszawy do Saragossy”, s. 14). W późniejszych latach życia hrabia przeżył szereg niepowodzeń: pogorszenie sytuacji finansowej, zdrada drugiej żony i rozwód, nieudana wyprawa do Chin. Wydaje mi się jednak, że nie tylko one pchnęły go do desperackiego kroku 23 grudnia 1815. Zaryzykuję tezę, że Jan Potocki odczuł przesyt i nie chciał już gromadzić nowych doświadczeń. Wszak jego perypetie mogłyby zapełnić kilka życiorysów. Przypuszczalnie odnosił wrażenie, iż ma lat znacznie więcej niż w rzeczywistości – zdarza się tak ludziom niespokojnego ducha, którzy nie siedzą w jednym miejscu, ludziom uwikłanym w niezliczone interakcje personalne, imającym się wielu przedsięwzięć i zawodów, w których jednakże nie zawsze odnoszą sukcesy. Życie Potockiego stało się tak samo nieuporządkowane, jak jego powieść, w której przestał panować nad wątkami i dlatego nigdy nie opublikował jej w całości. Kto wie, czy hrabia nie utożsamił się w końcu z Żydem Wiecznym Tułaczem i – najwyraźniej mając już dość tej postaci (a pośrednio i siebie samego) – usunął go w końcu z ostatecznej redakcji „Rękopisu”?

13 – 23 grudnia 2015 r.

Wybrana bibliografia:

1. B. Otwinowska, Leszek Kukulski (27 czerwca 1930 – 2 lutego 1981): wspomnienie [w:] Pamiętnik Literacki, nr LXXIV, 1983, z.3, s. 437 – 444

2. J. Potocki, Rękopis znaleziony w Saragossie, Tekst oparty na przekładzie Edmunda Chojeckiego z r. 1847, Czytelnik 1965

3. J. Potocki, Rękopis znaleziony w Saragossie, Nowe tłumaczenie ostatniej wersji autorskiej z roku 1810, przeł. A. Wasilewska, Wydawnictwo Literackie 2015

4. F. Rosset, D. Triaire, Jan Potocki. Biografia, przeł. A. Wasilewska, Wydawnictwo W.A.B 2007

5. F. Rosset, D. Triaire, Z Warszawy do Saragossy. Jan Potocki i jego dzieło, przeł. A. Wasilewska, IBL PAN 2005

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko