Zdzisław Antolski – Moje Kielce literackie (20)

0
155

Zdzisław Antolski



MOJE KIELCE LITERACKIE (20)

ŁZY MARUSI Z SOLIDARNOŚCI

 

sienkiewicz-kielceO Marusi wiedzieliśmy tyle, że była znaną działaczką kieleckiej Solidarności. W stanie wojennym mimo zakazów władz redagowała gazetkę podziemną, za co, aresztowana i osądzona, siedziała w więzieniu. Jej proces był sztucznie nagłaśniany przez władze, za pomocą regionalnej prasy i telewizji. Marusię pokazywano w nich z jak najgorszej strony, jako ekstremistkę i osobę niepoczytalną umysłowo, a przy tym bezwzględną, chytrą na pieniądze i perfidną.

Przypłaciła to wydarzenie utratą nienarodzonego dziecka, co było jej życiową tragedią. Więcej dzieci mieć nie mogła. Ale o tym dowiedzieliśmy się później, kiedy już została naszą koleżanką. Miała wykształcenie techniczne i pracowała wcześniej na uczelni, z której ją wyrzucono i, mimo że odsiedziała swój wyrok, nie chciano jej tam z powrotem zatrudnić.

Nagle, my pracownicy Domu Kultury Twórczej, dowiedzieliśmy, że sławna Marusia z Solidarności zostanie naszą koleżanką w pracy. W dziale literackim pracowało nas dotychczas dwóch partyjnych i ja jeden bezpartyjny. Jakim cudem, nadzwyczaj ostrożny i czujny, czołobitny wobec towarzyszy z Komitetu Wojewódzkiego dyrektor Brzdyl, zgodził się na zatrudnienie Marusi?

Przecież nie mogło się to stać bez wiedzy naszego opiekuna, majora Tadeusza z SB. A wcale niewykluczone, że to on był inspiratorem umieszczenia tak niepewnego ideowo elementu jak Marusia w naszej placówce kulturalnej. Wszak dyrektor Brzdyl był jego zaufanym człowiekiem. Sam Brzdyl, niesłychanie ostrożny i zastrachany, nigdy by się na taki krok samodzielnie nie zdobył. Wykluczone. Konformista z urodzenia i charakteru, krętacz, przypochlebca.

Obecność Marusi w naszej placówce, to dla majora Tadeusza same plusy. Pracowaliśmy w małych pokoikach, jedna sala do imprez, kuchenka, długi korytarz, bardzo łatwo tu było zainstalować podsłuch, a nawet małą kamerę. Przychodzili do nas różni ludzie. Zbuntowani poeci, opozycyjni literaci, przy Marusi mogli niejedno chlapnąć, żeby pochwalić się swoją odwagą.

Nie od rzeczy tu będzie wspomnieć o chytrości lisiej dyrektora Brzdyla, który zawsze lubił grać na kilku instrumentach. Brzdyl nie był pewien, kto wyjdzie zwycięsko z tych straszliwych zmagań: partia czy Solidarność? Na razie co prawda, partia była górą. Stan wojenny się wspaniale powiódł. Ale gospodarka kuleje. Nie wiadomo, czy nie zawali się cały system? Jeszcze Solidarność może się okazać niezwykle potrzebna, a może nawet niezastąpiona?

Nie od rzeczy było zatem zaskarbić sobie przychylność majora Tadeusza z jednej strony, a z drugiej rżnąć opozycjonistę, jedynego sprawiedliwego w Sodomie, który ryzykując własną karierą zawodową zatrudnił trefnego dla władz człowieka.

Marusia okazała się kobietę bardzo atrakcyjną, dowcipną, dobrze i modnie ubraną. Była całkiem normalną osobą, lubiła pożartować, nie pozowała na cierpiętnicę, ofiarę prześladowań. O swoich przejściach więziennych nie lubiła wspominać, były dla niej zbyt bolesne. Łączyły się z osobistą tragedią utraty dziecka. Wolała opowiadać dowcipy o generale Jaruzelskim czy ministrze Urbanie. Była osobą wierzącą, ale nie dewotką. Czytała książki Tischnera i wiersze księdza Twardowskiego. Zafascynowana była osobą i książkami Jana Pawła II. 

Nigdy nie zrezygnowała ze swej działalności opozycyjnej. Aby nam zaimponować, lubiła czasem powiedzieć: – A wczoraj Adam mi mówił po prelekcji w Jędrzejowie, że system niedługo się zawali.

A po chwili dodawała; – Jacek pożyczył mi bardzo ciekawą książkę na temat twórczości Sołżenicyna.

Oczywiście, wszyscy wiedzieli, że chodziło o Adama Michnika i Jacka Kuronia, naszych czołowych opozycjonistów. Swego czasu Marusia znała księdza Jerzego Popiełuszkę i lubiła nam opowiadać o swoich wrażeniach.

Znała także przywódców naszej regionalnej Solidarności, zwłaszcza Profesora, który również stracił pracę z powodu swoich poglądów politycznych. Profesor był znawcą literatury na skalę ogólnopolską. Miał nazwisko i posadę, i wszystko to odrzucił dla swoich przekonań. Teraz prowadził w kościołach jako konferansjer koncerty muzyków i recytacje aktorów. Poszedłem na jeden taki koncert, gdzie śpiewał Piotr Szczepanik, recytowali wybitni aktorzy scen warszawskich.

Jerzego Stępnia znałem wcześniej z koncertów jazzowych, których był fanem, z ciekawych spotkań literackich, na których bywał. Człowiek wszechstronnie oczytany, intelektualista, pasjonat muzyki jazzowej. Czy mój kolega z licealnej ławy – Tomek Wesołowski. Inteligentny, wykształcony, a przecież wierzący.

Tacy ludzie tworzyli wówczas Solidarność, otwarci, tolerancyjni, ciekawi świata.

Nadeszły czasy okrągłego stołu i nagle wszystko się zmieniło.

W Kielcach w siedzibie Służby Bezpieczeństwa wybuchł niespodziewany pożar, oczywiście przypadkowo, z powodu nieumyślnego zaprószenia ognia. Takie były wici wolności. Znajomi mieszkający w centrum opowiadali, że na ich balkon spadały zwęglone strzępy papieru, protokoły przesłuchań, skrawki donosów.

Po okrągłym stole, po wielkim zbrataniu, kiedy zaczęły się przemiany ustrojowe, kiedy Lech Wałęsa postanowił schować sztandary związku do piwnicy, rozpoczął się dramatyczny rozpad tej organizacji. Poszczególne odłamy Solidarności zwalczały się jak najwięksi wrogowie. Adam Michnik zaprzyjaźnił się z Jerzym Urbanem i generałem Jaruzelskim. Nagle obudzili się jacyś uśpieni endecy i zaczęły powstawać „Listy Żydów”. Powstały także „Listy agentów” i na jednej z nich znalazł się Profesor. Major Tadeusz deklarował, że zawsze w głębi duszy był demokratą. Po jakiejś popijawie rozpłakał się ze wzruszenia i wręczył mi w prezencie dla mojego synka laleczki w strojach służbowych Milicji Obywatelskiej.

W tym świecie nie było miejsca dla Marusi. Zbyt wiele wycierpiała osobiście, aby zacząć się przyjaźnić z generałem Jaruzelskim. Zbyt kochała Solidarność, aby popierać jej rozwiązanie i zwijanie sztandarów. Zbyt była otwarta i tolerancyjna, aby popierać partie antysemickie.

I wówczas zobaczyłem w telewizji Marusię, która płakała mówiąc przez łzy:

– Nie wiem, czemu oni się kłócą, czemu muszą się dzielić, czemu zapomnieli o solidarności.

I wiedziałem, że Marusia płacze po Solidarności. Po takiej Solidarności, jaką ona sama reprezentowała i jakiej chyba nigdy tak naprawdę nie było. Był tylko mit, w który wszyscy wierzyliśmy i to było naszą siłą. Płacze po tej Polsce, jaka mogłaby być, gdyby nie… No właśnie, gdyby nie co?

 

ZNIKNIĘCIE ZOILA

 

Życie literackie w naszym miasteczku sprowadzało się do zebrań Klubu Literackiego raz na miesiąc i publikacji kilku wierszyków lub opowiadań przez lokalnych autorów w regionalnym miesięczniku albo w dodatku kulturalnym gazety partyjnej. Jak już ktoś z miejscowych wydał książkę, to był wielki huczek. Wywiady, nagrody, spotkania autorskie, recenzje, nagrody i splendory. Pisarzy w naszym mieście było około dziesięciu, z czego tylko trzech czy czterech nosiło dumnie miano członków Związku Literatów Polskich, a reszta to nauczyciele z liceum lub dziennikarze. Ci ostatni tworzyli zwartą grupę zwaną „Kielecką Szkołą Reportażu”, na wzór „Kieleckiej Szkoły Fotografii”. Wśród dziennikarzy prym wiedli Bronisław Zapała i Zbyszek Nosal, a wśród fotografików Jan Siudowski i Paweł Pierściński.

Wszyscy twórcy trzymali się razem, nikt nikogo nie krytykował jawnie, tylko czasem przy wódce w „Klubie Dziennikarza”, jeden kpił z drugiego, naśmiewał się z jego grafomańskich wierszyków. Ale na zewnątrz trzymaliśmy się solidarnie razem, jeden drugiego wspierał, chwalił w recenzjach, żeby wobec partii tworzyć jeden front, żeby władza wspierała nas w naszych sprawiedliwych dążeniach do otrzymaniu mieszkania, dawała nagrody i ordery, a może lokal jakiś związkowy, może seria wydawnicza…

Bo marazm w domenie infrastruktury kulturalnej panował u nas wielki: ani wydawnictwa, ani czasopisma, ani środowiska twórczego. Wszyscy co lepsi pisarze uciekli do Warszawy, jak Ozga Michalski albo zwiali na emigrację, jak Herling Grudziński czy Krzeczowski, inni oklapli po stalinowskich więzieniach, jak Jan Golka czy Marian Sołtysiak. Istny zaścianek albo, inaczej mówiąc, zadupie.

I wtedy, jak grom z jasnego nieba, spadła na nas hiobowa wieść, że w stołecznym magazynie „Nowe Książki” ukazała się druzgocząca recenzja zbiorków poetyckich autorów z naszego miasta. Wstyd przed całą Polską! Nasi poeci zostali pokazani jako grafomani, a o wierszach Poety Bohdana Bogdana, autor recenzji napisał, że na poziomie egzaltowanego licealisty. Recenzja podpisana była jakimś nic nie mówiącym nazwiskiem, jak Kowalski czy Nowakowski. Nikt tego facia nie znał, nikt o nim nie słyszał.

– Może to pseudonim tego dziennikarza Miącka? – zastanawiał się poeta Bohdan Bogdan przy kawie w gronie współpracowników. – Nigdy mnie nie lubił, bo miałem większe powodzenie u kobiet, niż on… Może to jakiś student? No, ale to on już magistrem nie zostanie… moja w tym głowa… – odgrażał się gniewnie poeta.

Za kilka dni poeta Bohdan Bogdan pojawił się w kawiarni Domu Kultury z młodym osobnikiem dżinsowo ubranym i długo wspólnie biesiadowali przy wódce, na koniec obejmując się i całując w pijackim widzie. Okazało się, że to był właśnie ten tajemniczy Nowakowski, obecnie najlepszy druh i kompan poety Bohdana Bogdana. Wkrótce Nowakowski poznał się ze wszystkimi i stał się jednym z nas. Imponował nam, bo skończył Uniwersytet Warszawski i był bywalcem SPATiFu, kawiarni Czytelnika, redakcji „Twórczości” i „Kultury”. Znał mnóstwo pisarzy, nawet samego Himilsbacha i rozmawiał z Adamem Michnikiem, który przez swoje liczne aresztowania, o jakich regularnie donosił dziennik partyjny „Słowo Ludu”, był przez nas podziwiany. Naśladując sposób mówienia bohatera opozycji, Nowakowski nie musiał się zbytnio wysilać, bo sam trochę się zacinał.

Nowakowski był błyskotliwy w rozmowie, miał cięty dowcip, ale nie był złośliwy. Przez jakiś czas pracował na cmentarzu, gdzie wygłaszał przemówienia na świeckich pogrzebach, choć takich było niewiele. Odwiedziłem go w miejscu jego pracy i piliśmy wódkę w pakamerze z grabarzami. Moją uwagę zwrócił pies – alkoholik, którego pracownicy przyzwyczaili do picia wódki i biedny, bury, wyleniały kundel chłeptał ją z miski.

Potem pracowaliśmy razem w redakcji pisma ukazującego się przy Domu Kultury. Mnóstwo wspólnych rozmów, żartów, dyskusji. Stan wojenny i nasz wisielczy humor. Ale trzeba było jakoś żyć, zwłaszcza że w latach osiemdziesiątych, po zniesieniu stanu wojennego, nastąpiło ożywienie życia literackiego. Razem patrzyliśmy na następujące po sobie pogrzeby pierwszych sekretarzy Związku Radzieckiego i zastanawialiśmy się, co przyniesie wybór Gorbaczowa? W 1989 roku byliśmy razem na zjeździe ZLP. Dziś z rozbawieniem myślę o tych obradach, wszystkie podjęte tam uchwały i postanowienia przekreślił Okrągły Stół.

Nastąpił chyba najgorszy okres w moim życiu publicznym, polityczne spory, zażarte jak nigdy. Krytykowałem w felietonach PRL, co spotkało się z wrogim odzewem wśród kolegów. Nie widzieli w tym refleksji nad minionym czasem, tylko udział w bieżącej walce politycznej. Już nie było wszak Solidarności, bo jej przywódca, Lech Wałęsa, ją rozwiązał. Nie było do czego się odwołać, do jakiej tradycji, zostałem uznany za oszołoma, niewdzięcznika, prawicowca. Wszak drukowałem w partyjnym dzienniku Słowo Ludu swoje wiersze, więc teraz nie powinienem PRL-u krytykować. Wszyscy potępianie komunizmu brali bardzo osobiście, jako krytykę siebie, bo tam żyli, do szkół chodzili itp. Syndrom sztokholmski? Teraz po latach patrzę na te nasze spory ze zdziwieniem i rozbawieniem. Nic od nas nie zależało, po co nam to było?

Moim najbardziej zawziętym krytykiem był Nowakowski. A pióro miał cięte, wyrobione felietonowo. Ale potem gdzieś nagle znikł, zapadł się pod ziemię? Wszyscy zastanawiali się, co się stało, gdzie przepadł Nowakowski. Jedni mówili, że chory, inni, że zbrzydło mu życie literackie, inni, że wstydzi się, bo podobno był na Liście Macierewicza? Inni mówią, że miał udar mózgu, a jeszcze inni, że cierpi na amnezję. Pewien poeta przysięga, że niedawno pił z Nowakowskim wódkę i ten mu się zwierzył, że obrzydła mu literatura. Nigdy już nic nie opublikuje, chyba że pod pseudonimem. Od tego czasu wszyscy znajomi zoila, czytając prasę literacką zastanawiają się, czy tu gdzieś nie ukrywa się nasz kolega?

Tak naprawdę – nikt nie wie. A przecież żal, że Nowakowski znikł, brakuje go wszystkim, a mnie również. Choćby jako godnego przeciwnika.

 

 

Zdzisław Antolski


Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko