Zdzisław Antolski – Bóg na co dzień i od święta

0
139

Zdzisław Antolski



BÓG NA CO DZIEŃ I OD ŚWIĘTA

 

rozjasnianie-czasuPierwsze, co się rzuca w oczy przy lekturze ostatniej książki poetyckiej Jana Stanisława Kiczora, to mistrzostwo formalne jego wierszy. Przede wszystkim nienachalne, jakby naturalnie nadlatujące rymy, rytm i melodyjność. I chociaż Leszek Żuliński w interesującym wstępie pisze, iż autor pisze utwory o umownej nazwie „wiersza postskamandryckiego”, to łatwo u Kiczora wyśledzić również tropy młodopolskie. Dalekie echa wierszy Leśmiana, Staffa, Tuwima są wszechobecne, a także, jeszcze wcześniej, echa wielkich romantyków. Są oni zresztą obecni w jego wierszach wileńskich. Kiedy poeta widzi, iż „Duch Mickiewicza na spacer się skusił”. Nie da się ukryć, że ten rodzaj klasycznej twórczości poetyckiej jest dla współczesnego czytelnika w pewien sposób zaskakujący, w naszej epoce chaosu, pędu za oryginalnością, ale dla krytyka jest to zjawisko pocieszające, że jakaś ciągłość tradycji w poezji polskiej istnieje.
 

Ta książka jest wyborem wierszy religijnych z dotychczasowego dorobku autora. Imponująca to ilość utworów zawierających elementy metafizyczne, jednak Kiczor jak ognia unika patosu, koturnów i bogo-ojczyźnianego sztafażu i wszelkiego ideologicznego zaangażowania. Pod tym względem jest klasykiem postmodernistycznym, który pełnymi garściami czerpie z tradycji poetyckiej, żeby potem wziąć ją w cudzysłów, delikatnie zadrwić i wystawić do wiatru. Autor chętnie korzysta z pastiszu, persyflażu, ironii. I w tym jego siła oraz wartość: w dużej samoświadomości, w dystansie do form zastanych. Jego wiersze cechuje niewiarygodna prostota wyrazu, lekkość słów i strof, duża muzyczność:

 

Będziemy płakać na własnych pogrzebach,
Dźwigając w trumnach ciężar dekoracji;
Żadne nas hasła nie będą rozgrzewać
I żadnej opcji nie przyznamy racji (…)

 

Wszystko i wszędzie. Nie ma gdzie uciekać.
Był czas nadziei i był czas człowieka.

 

(Proroctwo)


To wiersz-manifest epoki post-modernizmu, rozczarowania polityką i ideologią, odejście od zaangażowania społecznego, nawoływania, wieszczenia i prorokowania. To wiersz anty-proroctwo, zrozumienie nieuchronnej, choć nie wyniosłej samotności poety w świecie współczesnym, pełnym zgiełku nachalnych reklam, nawołujących nieustannie i bezsensownie do zarabiania i kupowania, konfliktów, ścierania się racji w medialnym chaosie, a także intelektualnej jałowości i myślowej pustki. Aby zachować siebie, poeta musi być kimś w rodzaju pustelnika, obserwatora, strażnika moralnych racji, które ulegają codziennej dewaluacji. Sztuka, poezja w tym świecie jest schyłkowa, stłumiona światowym marketingiem, nieustannym handlem i wszechwładnym kultem pieniądza.
 

Stąd powrót do prostoty. W przepięknym wierszu „W polach” czytamy:


Świątkowi nie jest wszystko jedno,
Gdy tkwi, w kapliczce, na rozstaju,
Gdzie kwiaty wcale nie chcą więdnąć,
A ludzie szczerzej – przeżegnają.

 

Brak jest kadzideł i ornatów,
Nie brzmi pochwała w wielu pieśniach,
Lecz bliżej jest do ludzkich światów
I piękniej o nim pisze Leśmian.

 

W archikatedrze łąk i lasów
Częściej się ludzie w modłach gubią,
Jakby też mieli więcej czasu;
Tak dużo mówią – nic nie mówiąc.

 

Nie na darmo też pojawia się w nim Leśmian. Jednak Cały zbiorek rozpoczyna wiersz – rozmowa z Bogiem:


Bo zauważ, mój Panie, nic nie wiem z tych rzeczy,
Które chmurą zasnułeś, schowałeś w bezkresie,
I nie wiem już, czy sobie, czy niebu złorzeczyć,
Że mi życie tak  wiele spraw niechcianych niesie.

 

Żebyś Ty miał dni przyjęć, godziny czekania,
Jakieś biuro podawcze na prośbę i skargę,
Czekałbym na przyjęcie choćby od świtania,
Lecz zawsze coś uzyskał, tak „krakowskim targiem”. (…)

 

(Taka rozmowa)

 

Poeta występuje tu jako zwykły człowiek, nie drapuje się na żadne „sumienie narodu” czy wieszcza, myśli głównie o swoich sprawach i ubiciu z Bogiem jakiegoś drobnego interesu.
 

Bóg w wierszach Jana Stanisława Kiczora jest ciągle obecny. Powiem jednak, że nie wierzę w jego Boga, jestem ateistą poezji religijnej w wykonaniu tego autora. Jego Bóg z wierszy, to dla mnie raczej rekwizyt teatralny, figura retoryczna, niezbędny ozdobnik. To nie jest Bóg wszechwiedzący i wszechmocny, jak na przykład u Słowackiego i Mickiewicza. Nie jest to także Bóg osądzający i karzący. To raczej powiernik myśli autora, Bóg wątpiący i współczujący, widzący tragedię, a może i tragifarsę ludzkiego losu. Niby wszechmocny, ale nie korzystający ze swoich uprawnień i możliwości. Pełen wątpliwości inteligent niebieski. A może urzędnik, traktujący modlitwy jak podania od ludności? Filozof, zadumany starzec, nie wierzący w siebie, zagubiony w świecie, który sam stworzył.
 

To bardzo ludzki Bóg, przyjazny i sąsiedzki. A jednak wyobcowany, przygnieciony odpowiedzialnością i smutkiem, a mimo to współczujący, choć nie wiadomo, czy współodczuwający? To także Bóg naszego dzieciństwa, naszej rodziny i wspólnoty, który najchętniej objawia się w polskie katolickie święta: Wielkanoc, Boże Narodzenie i Zaduszki. Bóg, który cieszy się z wielkanocnych bazi i śpiewa kolędy przy choince, a potem zasiada z nami do wigilijnej wieczerzy. Przecież bez niego ta narodowa mitologia nie miałaby sensu, Bóg musi zapalać świeczki na choince i na mogiłach cmentarnych. W tym sensie polska historia i polska obyczajowość nie mogą się obejść bez Niego, a Bóg nie może istnieć bez Polaków, którzy z Jego imieniem walczą za swój kraj i swoją wolność. Stąd pojęcie Polak-katolik, choćby ten Polak nie przestrzegał przykazań bożych.
 

Kiczor oczywiście zbyt jest zdrowo-rozsądkowy, aby nie odrzucać skrajności, fanatyzmu i banału, ale lubi coroczne wzruszenia i refleksje związane z katolickimi świętami. Bliżej mu do Gałczyńskiego niż do Mickiewicza, ale nie zamierza bawić się w błazna prześmiewcę, lubi powagę, pochwałę odpowiedzialności i rozsądku, choć nade wszystko ceni wzruszenia. Jednak język tej poezji unika koturnów i przemówień oraz kazań, to poezja codzienności, uświęconego banału, potocznego języka, rozmowy dwóch przyjaciół. Bohater liryczny tych wierszy to romantyk, ale wystygły, jak nieczynny wulkan. Wierzący, ale jakby trochę agnostyk i sceptyk. W wierszu „Rozważania” stwierdza:


Tyle już świąt przeminęło,
Wielkopiątkowych procesji,
A we mnie nic, żaden przełom
I słaby jestem, i grzesznik. (…)

 

Śmierć Twoja i Zmartwychwstanie:
Po co to wszystko, dla kogo?
Ułomność ciąży jak kamień,
Sam nie wiem, którą iść drogą.

 

Ty patrzysz na mnie pogodnie,
Wskazujesz którąś ze ścieżyn
I mówisz jak najłagodniej,
Że wierzysz we mnie, że wierzysz.

 

Okazuje się, że świat stanął na głowie, to już nie człowiek wierzy w Boga, a Bóg w człowieka, bo ten stracił wiarę nawet w siebie. Karkołomna teza, ale przecież prawdziwa. Zresztą cykl Wielkanocny, w przeciwieństwie do Bożonarodzeniowego, który jest raczej pocztówkowy, wydaje mi się najbardziej głęboki filozoficznie w całym zbiorze. Bardzo zwarty, wręcz nabity gorzkimi refleksjami, świetny artystycznie. Nie ma drugiego takiego w polskiej poezji współczesnej. Wracam do niego co czas jakiś, odnajdując, przy kolejnym czytaniu, nowe konotacje myślowe i inne wrażenia estetyczne. W tym cyklu Kiczor osiąga wyżyny swoich twórczych możliwości i ośmielam się twierdzić, staje w pierwszym szeregu współczesnych poetów, obok Grochowiaka i Nowaka.
 

Wiersze. Powiedzmy „zaduszkowe” są najbardziej osobiste, intymne. Choć w nich znajdziemy też trochę, obcego zazwyczaj poecie, patosu i powiewu wieczności, Na uwagę zasługują też mini poetyckie portrety znajomych, którzy już odeszli. Oto fragment programowego jakby wiersza „Spotkania”:


(…) Spójrz w niewidzialne, rozsupłaj znaczenia,
Przypomnij gesty, powspominaj czyny
Znajdź, co w codziennych umknęło uśpieniach.
I dotknij chłodu, własnego i innych.

 

Może też kiedyś, gdy czas twój już minie,
Zechcesz do kogoś zawitać w gościnę.

 

Mnie, jako patriocie lokalnemu, najbardziej przypadł do gustu wiersz „W Górach Świętokrzyskich”:

 

Po lewej grób powstańca listopadowego,
po  prawej grób partyzanta
(przynależność nieznana),
pośrodku kapliczka.

 

Zresztą może odwrotnie,
lecz jakie ma to znaczenie,
skoro nad jedną i drugą mogiłą
te same świerki
tak samo szumią? (…)

 

Jeśli rozważamy religijne aspekty wierszy JSK, to należy stwierdzić, że sama poezja ma w sobie przecież coś sakralnego. Wiersz to jest niedziela w prozaicznym tygodniu. A czyż poeta nie ma w sobie coś z kapłana? I ta wiara w moc, w potęgę słowa? Ale u Kiczora nie ma już tego żaru, tego wulkanu uczuć, tego buntu przeciw niesprawiedliwości świata i obojętności Boga, to romantyk wystygły, lawa skamieniała. Nie wadzi się z Bogiem, żyje po mieszczańsku i ceni silne wzruszenia, jakie dają święta.
 

Świat tej poezji jest cichy, jak po wielkim wzburzeniu, a może to oczekiwanie na jeszcze większą Apokalipsę? Tego nie wiemy, zagubieni, musimy czegoś się trzymać, choćby kalendarza…

 

Świętowanie najlepiej zaczynać od śniegu;
to każdy wie od dziecka ( i tak mu zostaje),
dodać do tego zbędnych ileś tam przebiegów
i wszystko się już toczy corocznym zwyczajem.

 

Więc choinka i bombki, bigosy i ryby,
obrus biały, opłatek, prezenty i ciasta,
kutię trzeba wymieszać. A, i jeszcze gdybym
susz na kompot nastawił (nastawię, rzecz jasna).

 

(z wiersza „Nastrój”)

 

Myślę, że jedną z wartości poezji Kiczora jest prowokowanie takich pytań: czym są dla mnie święta, kim jest dla mnie Bóg, ojczyzna, rodzina, drugi człowiek? Co ja tu robię, co mam do zrobienia, do powiedzenia? To niemało w dzisiejszym świecie, wśród zagubionych, zapracowanych ludzi, spośród których wielu utraciło wiarę w sens życia i egzystuje jakby z konieczności czy przyzwyczajenia, w zgiełku mediów, w agresywnej, wręcz chamskiej i brutalnej walce politycznej skłóconych partii. W tym świecie pełnym agresji i wrzasku, nieustannych konfliktów zbrojnych i etnicznych słowa poety przynoszą pewną ulgę, wyciszenie, upewniają nas, że jest w naszym życiu miejsce na filozoficzną refleksję i umiarkowany ton, choć nie pozbawiony eleganckiej ironii. I to nie tylko od święta, ale także na co dzień. Może poezja rozważająca istnienie Boga i gorzko podsumowująca katolickie święta, które wplotły się w narodową mitologię, jest właśnie takim „rozjaśnianiem czasu”?
 

Warto sięgnąć po wiersze Jana Stanisława Kiczora, nie tylko dla estetycznej satysfakcji, choć jest ona niemała, ale także by samemu postawić sobie kilka pytań z rzędu tych najważniejszych. Zawarte w książce wiersze są wysokich lotów, choć kilka razy autorowi zabrakło oddechu, a kilka strofek dopisał „z rozpędu”. Te drobne mankamenty nikną jednak i wtapiają się w tło przy utworach naprawdę wybitnych, nowatorskich, które mierzą się z czasem i historią, łamią narodowe mity albo przywracają je do naszego codziennego wymiaru, kiedy już przeminą święta, a pozostaje tylko kac, także ten moralny. Jak choćby w wierszu:


Drzwi otwierają się na każdą stronę,
Południe czasem przemyka przez okna,
Na ścianach wiszą teksty starych nowenn,
Firana błyszczy jak znoszony ornat.
 

Sens w tym odnajdziesz (choć jest to bez sensu),
Bo najważniejsze (i może się zdarzyć),
Że szukał będziesz różnych precedensów,
By do właściwych zwracać się ołtarzy.
 

To tak na poczet wszystkich naszych szaleństw,
Z niewiary w wiarę, lecz częściej – odwrotnie,
Bo może dzisiaj Boga nie ma wcale,
Lecz jutro, kto wie? Może gdzieś go dotkniesz.
 

Lecz zważ, byś czasem, przez chełpliwość własną,
Imaginacji nie pomylił z Bogiem.
Drzwi wciąż otwarte mogą się zatrzasnąć
I sam zostaniesz, zaplątany w trwogę.

——————————————————————–

Jan Stanisław Kiczor Rozjaśnianie czasu, Norbertinum Lublin 2015, s. 91

 

 

Zdzisław Antolski


Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko