Zdzisław Antolski – Moje Kielce literackie (13)

0
211

Zdzisław Antolski



MOJE KIELCE LITERACKIE (13)

Marihuana z panią Auderską w tle

 

sienkiewicz-kielceWłodek K, z Radomia, to był poeta z fantazją i nieposkromioną wyobraźnią, a przy tym obieżyświat, jajcarz i niespokojny duch. Niektórzy mówili nawet – wariat! Inni sugerowali, że w głowie Włodka nie wszystko jest po kolei. Przystojny, elegancko i modnie ubrany, wysoki szatyn, trochę w nordyckim typie, podobał się kobietom, ale mało interesowały go romanse. Może bał się małżeńskich okowów i chciał być przede wszystkim wolnym człowiekiem? Pisał dobre wiersze, wydano mu w regionalnej oficynie tylko jeden zbiorek. Wiersze refleksyjne, konstrukcyjnie dobrze przemyślane, jakoś nie pasujące do jego wybujałego włóczęgowskiego stylu życia. Jak sam twierdził, w jego mieszkaniu zatrzymywał się sam Jacek Kuroń, głośny opozycjonista, kiedy jako przedstawiciel KOR-u przyjeżdżał do Radomia na spotkania ze skazanymi przez komunistyczne sądy robotnikami, którzy w 1976 r. wszczęli rozruchy i byli przez Gierka przezwani „warchołami”.

– Wannę wódki wypiłem z Jackiem – mawiał Włodek. – Znamy się jak łyse konie. Ileśmy nocy razem przegadali przy wódce – trudno zliczyć.

A było to w mrocznym czasie po stanie wojennym, kiedy już nikt w nic nie wierzył, ani w socjalizm, ani w Solidarność, ani w kapitalizm. Beznadzieja i pustka. Czarna dziura, czarna rozpacz. Ściana zamiast przyszłości. Najlepiej wtedy czuli się łajdacy, szuje i donosiciele. To był ich czas. Ale potem władza postanowiła zakończyć stan wojenny, co nikogo już nie obeszło, ani nie wzruszyło, aby następnie przejść do etapu pod hasłem: normalizacja.

Wtedy właśnie tylko starzy pisarze próbowali coś ratować, choć pewnie sami nie wiedzieli co? Przyjeżdżali do Kielc Jan Koprowski i Jan Maria Gisges, i agitowali za neo-Zlepem. Pamiętam strach i panikę w ich oczach i wielogodzinne dysputy na temat zaistniałej sytuacji.

– Musimy ratować, co się da – mówił cichym głosem Jan Koprowski. – Jako pisarze musimy mieć swoją reprezentację, nie wolno niszczyć wszystkiego przez bezrozumne bunty, nie mające żadnych szans powodzenia, a powodujące tylko jeszcze większe straty, także w ludziach. Przecież mogą nas nie dopuścić do wydawnictw, do radia i telewizji, zlikwidują czasopisma i znikniemy jako pisarze. Nas nie będzie, a przyjdą nowi partyjni karierowicze bez talentu, będzie to ze szkodą dla literatury polskiej.

Jan Maria Gisges, który zaraz po wojnie mieszkał w Kielcach i napisał piękny wiersz o Pińczowie, potakiwał mu ocierając chusteczką perlisty pot z czoła. – Wy nie przeżyliście wojny – mówił zdyszany. – Nie wiecie, co to znaczy, jaka to groza, jakie potworne zniszczenia, w ludziach przede wszystkim.

Ja, swoje podanie do Iwaszkiewiczowskiego Związku złożyłem jeszcze przed wprowadzeniem stanu wojennego i o nim zapomniałem w nawale dramatycznych wydarzeń. Teraz nagle dowiedziałem się z komunikatu prasowego Jerzego Urbana, że zostałem przyjęty do nowego Związku, choć przecież nie był to już ten sam Związek, do którego złożyłem swoje podanie. Nikt mnie nie zapytał, czy ono jest nadal aktualne, czy chcę być członkiem neo-Zlepu, a przecież skończyła się właśnie jakaś epoka..

Konserwatywny odłam mojej rodziny, to znaczy ciotka z Krakowa, dzwoniła, czemu zapisałem się do tej wrednej, projaruzelskiej organizacji jaką jest neo-Zlep.

– Jak mogłeś! – krzyczała ciotka, która przed wojną była nauczycielką w Baranowiczach i przeżyła rzeź wołyńską. – Przynosisz wstyd całej rodzinie!

Długo musiałem się tłumaczyć, nawet przed własnymi rodzicami, bo ojciec właśnie zdecydował się i wystąpił z partii, a ja zapisuję się do neo-Zlepu, aż w końcu machnąłem ręką. Jeśli teraz wystąpię, to i tak nikt się nie dowie, bo cenzura ukryje tę wiadomość, a że jestem w neo-Zlepie to i tak już wie każdy, bo podawali ten komunikat po wszystkich rozgłośniach i nawet najmniejszych czasopismach. W ten sposób minister Jerzy Urban za pomocą sprytnej manipulacji spalił mnie, i nie tylko mnie, bo było nas nieszczęśliwców kilkunastu, w oczach wielu porządnych ludzi, którzy w ferworze walki między komuchami i solidaruchami uważali mnie teraz za sprzedawczyka i zdrajcę.

W końcu nowym prezesem ZLP została pani Halina Auderska, żołnierz AK, uczestnik powstania warszawskiego, ale chyba żeby zatrzeć to patriotyczne wrażenie, także członek władz Frontu Jedności Narodu i Towarzystwa Przyjaźni Polsko-Radzieckiej. Ufff, co za koktajl światopoglądowy, z tym, że AK to było dawno, a te przybudówki władzy – bardzo aktualne. Pani Auderska postanowiła przyjechać do Kielc, żeby wyjaśnić pisarzom miejscowym sytuację społeczno-polityczną i opowiedzieć o działaniach Związku pod jej światłym przywództwem.

My młodsi, czekaliśmy znudzeni w holu kawiarni „U Sołtyków” położonej przy Rynku. Starzy członkowie ZLP oraz władze województwa, naradzali się w kawiarni. Nie byłem specjalnie ciekaw, co powie pani Auderska, słyszałem jej argumenty w telewizji. Wtedy Włodek z głupia frant zaproponował, abyśmy wypalili skręta z marihuaną. Wyciągnął metalowe pudełeczko, w którym trzymał zakazane zioło. Nie wyglądało ono zbyt apetycznie, mocno wysuszone, jakieś zielonkawo-brązowe, miejscami niemal proszek.

– No, chłopaki, marycha nie jest zbyt świeża – powiedział Włodek – ale powinna jeszcze zadziałać. Trzeba tylko dłużej przytrzymać dym w płucach.

Nigdy w życiu nie paliłem marihuany, czytałem o niej tylko w gazetach, w artykułach o hippisach i byłem nawet ciekaw, jak to działa? Musi to być coś bardzo przyjemnego, a w dodatku podobno nie ma się po niej objawów kaca, jak po zwyczajnej gorzale.

Włodek fachowo i zręcznie skręcił marihuanę w bibułce, widać było, że miał wprawę, i potężnie pociągnął jako pierwszy. Przytrzymał dym dłuższą chwilę w płucach, a następnie wręczył mi osmalonego skręta, żebym poszedł w jego ślady. Zaciągnąłem się więc głęboko i wstrzymałem oddech. Marihuana niezbyt mi smakowała, była jakaś gorzka, nie dawała tego nikotynowego kopa i szumu w głowie, stanowczo wolałem zwykłe papierosy. Nie ma jak tytoń, pomyślałem, dobrego gatunku i odpowiednio wysuszony. Przypomniałem sobie jak w dzieciństwie we wsi Pełczyska nabijałem liście tytoniu na długie druty, które potem wieszano w specjalnie do tego celu wybudowanych suszarniach. Było nas kilku, trzech czy czterech, skręt wędrował w kółko, z rąk do rąk.

Do kawiarni tymczasem weszła pani prezes Auderska w otoczeniu smutnych oficjeli w czarnych garniturach i pod krawatami, nikt z gości kawiarni „U Sołtyków” tym się nie przejął, ani nie zainteresował, tylko my, grupka młodych mało komu znanych literatów z niewielkim dorobkiem poderwaliśmy się z miejsc. Weszliśmy do pustej sali na piętrze, było duszno, trzeba było otworzyć okna. Zaczęło się uroczyste zebranie. Stoły rozstawiono wokół ścian, w środku była duża pusta przestrzeń. Pani Auderska mówiła bezbarwnym głosem, bez przekonania, monotonnie, o niełatwej sytuacji literatów w dzisiejszej polskiej i europejskiej rzeczywistości, o patriotyzmie i potrzebie pozytywnego działania. O groźbie wojny domowej. Jej słowa tonęły w tej pustej przestrzeni pomiędzy stołami, nie docierały do mnie, spadały na podłogę, na stare wytarte linoleum z odciśniętymi śladami butów.

A we mnie powoli wzbierała jakaś fala głupawej wesołości. To chyba zaczynała działać zdradziecko marihuana. Auderska nie mówiła nic śmiesznego. Były to głównie slogany, oklepane i wyświechtane, powtarzane w kółko w radiu i w telewizji. Skarżyła się na siepaczy z Solidarności, że malują jej drzwi czymś paskudnym, odnoszą książki pod próg, piszą obraźliwe słowa na murze kamienicy, w której mieszka. Rozumiałem jej rozgoryczenie, ale sądziłem też, że oburzenie tych czytelników jest szczere. Podzielałem też pragnienie pani Auderskiej, aby powróciło normalne życie, takie chociaż jak było dotąd, taka mała stabilizacja, namiastka normalności. Ale wiedziałem też, że już się coś stało, że jesteśmy inni i nie ma powrotu do przeszłości.

Wzbierał we mnie jakiś wewnętrzny pusty śmiech. Pani Auderska niewątpliwie chciała normalności. Żeby były bułki na śniadanie, żeby przeczytać gazetę przy czarnej kawie, a w tej gazecie same kłamliwe, ocenzurowane wiadomości? I kto nam to proponuje? Ci, co walczyli podczas wojny. Może ich przeżycia były tak traumatyczne, że wolą pogodzić się z tą sytuacją? Różne myśli plątały mi się po głowie.

Wewnętrznie cały byłem rozchichotany, a na zewnątrz musiałem zachować kamienny wyraz twarzy. Byłem tym bardzo zmęczony. Pomyślałem, że tak wygląda całe moje życie, w środku chce mi się śmiać, a na zewnątrz muszę udawać powagę i zatroskanie, a efektem jest wielkie duchowe zmęczenie i rezygnacja. Wstałem i wyszedłem na świeże powietrze, na ulicę, miałem dość tej chorej sytuacji.

Kiedy potem powstało Stowarzyszenie Pisarzy Polskich, wielu moich przyjaciół pisarzy przeniosło się do nich z neo-Zlepu. A mnie się już nigdzie nie chciało ani zapisywać, ani wypisywać. Wszędzie ludzie byli podobni, z niemal bliźniaczymi życiorysami. Więc po co te nowe podziały? I chociaż chciał mi dać rekomendację kolega Krzysztof, redaktor „Dekady Literackiej”, poeta z Krakowa, machnąłem na wszystko ręką. Nie zależało mi. Przynależność związkowa nic już nie dawała, ani w sensie materialnym ani światopoglądowym, była tylko ciężarem. W stanie wojennym, kiedy legitymacja związku bardzo by mi się przydała, bo na tej podstawie przyznawano kartki żywnościowe, byłem jej pozbawiony. Pamiętam jak jakiś kapral gołowąs pouczał mnie na ulicy, w obecności rozbawionych przechodniów, żebym się wziął do pracy, bo jestem pasożytem. Tyle, że żadnej pracy nie było. A do rozładowywania wagonów zwyczajnie nie miałem siły. Teraz władzy nagle zaczęło zależeć na związku ze względów politycznych.

Włodek wyemigrował potem za granicę. Ze Szwecji przysłał mi jakąś nieprzyzwoitą, pornograficzną pocztówkę. Potem zniknął na olbrzymich obszarach Stanów Zjednoczonych. Spotkał go tam inny polski poeta, który przez kilka lat przebywał w USA, mój przyjaciel, jeśli wolno mi tak napisać, Adam z Ponidzia. Podobno wybuchła między nimi jakaś nieprzyjemna scysja. Być może, bo Włodek miewał swoje humory. Coś w nim siedziało uśpione, coś gniewnego i dzikiego. Z tego, co wiem, chciał Adamowi zaszkodzić. Jednak na koniec Adam mu wybaczył.

Adam wrócił po paru latach włóczęgi do kraju, wiedziałem, że wróci, kiedy przeczytałem w „Twórczości” jego wiersz zaczynający się od słów „Konie już napojone…” Było to w saloniku prasowym, w empiku na Rewolucji Październikowej. Dziś empik jest likwidowany. Czasy się zmieniają, a ludzie…

Po Włodku zaś słuch zaginął.

Stary, jeśli jesteś tam gdzieś, w świecie, gdzie dociera Internet, odezwij się!

 

 

Sponsor

 

Nagle się okazało, że państwowe wydawnictwa już nie będą wydawać książek autorów współczesnych, bo po prostu nie mają pieniędzy. Redaktorzy pewnej znanej, krakowskiej oficyny, gdzie jeszcze w PRL miałem złożone i przyjęte wiersze do druku, napisali mi, że nie mają pojęcia, kiedy się zbiorek ukaże, nie wiedzą także, czy w ogóle to nastąpi.

W gazetach pisano, że na wszelkie kłopoty najlepszy jest sponsor. Znaleźć tylko bogatego gościa, sponsora, a można spełnić wszystkie swoje marzenia, także wydać książkę. Właśnie w księgarniach ukazała się pozycja, nikomu wcześniej bliżej nie znanej, miejscowej autorki, która dzięki prywatnym sponsorom wydała zbiór wierszy.

W kraju nastąpiła wymiana pieniędzy. Mój ojciec, jeszcze w PRL, wygrał na Państwowej Loterii samochód, enerdowskiego wartburga. Sprzedał go pewnemu panu, a uzyskane w ten sposób pieniądze złożył na książeczce PKO. Teraz niewiele mógł za to kupić.

Na ulicach pojawili się nagle bezdomni, żebracy i kloszardzi. Poeta Bogdan głośno protestował. Pisał wiersze skierowane przeciw nowemu porządkowi, ale nawet dla SLD był zbyt radykalny. Panowała powszechna akceptacja wobec nowego ustroju, choć już na murach pojawiły się wielkie napisy „Komuno wróć”. Wybuchła też niechęć do kleru i pojawiło się inne hasło: „Księża na księżyc”. W prasie trwała zażarta dyskusja, czy pułkownik Kukliński był zdrajcą czy bohaterem?

Jeden z kolegów, artysta plastyk z zawodu i powołania, powiedział mi, że zna pewnego bogatego gościa, który chce sponsorować literaturę. Chętnie mnie z nim zapozna. Według opowieści podekscytowanego przyjaciela, facet zaczął dorabiać się majątku jeszcze w PRL, eksportując na Zachód tanią polską siłę roboczą, której płacił w złotówkach, a sam zgarniał wypłatę w dewizach. A teraz właśnie „rozwijał skrzydła”, jak o nim mówiono.

Poszliśmy z wizytą do nowobogackiej willi na przedmieściu. Biznesmen opowiadał cały czas, jak bardzo jest już zamożny, a jaką wielką fortunę zamierza zgromadzić w przyszłości, dla siebie oraz dwóch swoich małych pociech. Jego żona milczała, podawała do stołu albo śmiała się piskliwie. Dla swojego pięcioletniego synka gospodarz domu miał przygotowany wielki szklany słój, prawie tak duży jak sam dzieciak, i co chwilę, ostentacyjnie, wrzucał do środka monetę pięciozłotową. Słój zapełniony już był do połowy. To miał być prezent dla delfina na urodziny. Biznesmena bawił widocznie brzęk monety upadającej na stos innych, choć potomek rodu niewiele sobie z tego robił.

Potem dzieci poszły spać. Gospodarz zapowiedział film dla dorosłych. Włączył modne wówczas video, z jakimiś obrzydliwymi niemieckimi pornosami, w oryginalnej wersji językowej. Robiło mi się niedobrze, dlatego nie tknąłem kawioru, o oślizgłych ślimakach nie wspominając. Tylko zimna wódka była smaczna, więc się nie ograniczałem, mimo psyknięć żony.

Większego buca niż nasz gospodarz, jeszcze w życiu nie spotkałem. Jego dowcipy było poniżej wszelkiego poziomu. Kolega plastyk patrzył na niego z uwielbieniem, niemal z otwartymi ustami, jak ludzie w Medjugorie, którzy zobaczyli Matkę Boską. Rechotał z jego wulgarnych komentarzy do oglądanych filmów, a gdyby tylko mógł, to pewnie by mu natychmiast wszedł w tyłek, bez wazeliny.

– No co tam ostatnio nabazgrałeś, kolego? – zapytał mnie obcesowo gospodarz, czkając przy tym głośno,.

– A nic takiego, co mogłoby pana zainteresować – odburknąłem niegrzecznie.

– Jak sobie chcesz – odpowiedział biznesmen ze znudzoną miną i wrzucił do słoja kolejną pięciozłotówkę.

Zaczęliśmy się żegnać. Z ulgą opuściłem ten dom. Nawet wymówki kolegi plastyka, że zepsułem sobie taką świetną okazję, nie robiły  na mnie wrażenia.

Już miałem sobie dać spokój ze sponsorami, ale wtedy zaczęło być głośno o przedsiębiorcy budowlanym, Krzysztofie P. Nie  było dnia, żeby nie gościł na łamach miejscowej gazety albo w regionalnej rozgłośni radiowej, czy stacji telewizyjnej. Fotografie, wywiady, omówienia.

Oto media miały przypadek człowieka sukcesu. Krzysztof P. wykupił podupadające budowlane przedsiębiorstwo socjalistyczne i uczynił z niego firmę przodującą w Polsce. Zamówienia sypały się, jak z rękawa. Krzysztof P. stał się sławny, często bywał z przyjacielską wizytą u biskupa, spotykał się z prezydentem miasta i z wojewodą. Wspierał charytatywne akcje, fundował nagrody. Człowiek sukcesu, żywy przykład, że kapitalizm działa.

Ale dla mnie to był przecież po prostu, powiedzmy: Krzysiek, kolega z jednej klasy, z lat nauki w Liceum im. Stefana Żeromskiego (bo u nas wszystko było imieniem Żeromskiego albo Henryka Sienkiewicza, z racji jego bytności w niedalekim majątku – Oblęgorku).

Żona mówiła: – Zadzwoń do Krzysztofa, cóż ci zależy? Może pamięta szkolne lata i pomoże ci wydać książkę?

Zebrałem się w sobie i zadzwoniłem na jego domowy telefon. Nie był utajniony. Krzysiek oczywiście pamiętał wszystko, wspominał szkołę, a zwracał się do mnie per „Zyzio”, bo takie przezwisko miałem w klasie. Co do dotacji na książkę, to kazał przyjechać do siebie, do biura, które mieściło się na przedmieściu, w okazałej budowli.

Pojechałem autobusem. Przy wyjeździe z miasta zobaczyłem na skwerku innego mojego kolegę, rzeźbiarza i poetę, Jurka. Stał obok wielkiego kamienia, w którym miał pewnie zamiar zaraz rzeźbić. Pogoda była piękna. Słoneczna, ciepła jesień. Widziałem, jak mój przyjaciel zdjął marynarkę i w samej koszuli, z krótkimi rękawami, zapalił papierosa.

W biurze Krzysztofa przyjęto mnie ciepło, dostałem kawę, ale szef nie miał czasu. Przeprosił telefonicznie. Umówiłem się na następny dzień. Kiedy wracałem autobusem, rzeźbiarz Jurek leżał na swojej marynarce, jedną nogę założył na drugą, palił papierosa. Patrzył w bezchmurne niebo.

Następnego dnia miałem poczucie deja vu. Przez okno autobusu widziałem, jak Jurek rzeźbiarz wolno zdejmuje marynarkę. Pogoda była przepiękna. W biurze kawa, ciastko i tak dalej.

Powiedziałem sobie, że więcej tam nie pojadę, do biura mojego przyszłego sponsora, ale uległem żoninej perswazji. Do trzech razy sztuka. Padało, było pochmurnie. Jurek rzeźbiarz stał pod okapem pobliskiego kiosku ”Ruchu”. Palił papierosa, patrząc ponuro na sterczący przed nim głaz. W biurze szef mnie przyjął. Gadaliśmy o szkole, wspominając różne hece, a w tym czasie na wielkim monitorze, za plecami Krzysztofa, wyświetlały się notowania giełdowe.

Księgowy firmy miał jakieś wątpliwości z dotacją na tomik wierszy. Znów wszystko się przedłużało. Aż zniecierpliwiony Krzysztof sięgnął po portfel, do wewnętrznej kieszeni marynarki i wręczył mi umówioną kwotę. Resztę miał zapłacić drukarni po wydaniu książeczki.

Kiedy wracałem autobusem, przestało padać. Jurek rzeźbiarz, z dłutem i młotkiem, uwijał się przy wielkim piaskowcu. Wyłaniała się z niego kobieca postać, co poznałem po biuście.

Na wieczór promocyjny w Klubie PAX-u mojego nowego zbiorku wierszy przyszło kilka osób z naszej klasy, z liceum „Żeromszczaka”, jak go nazywaliśmy pieszczotliwie. Spotkanie było kameralne. W PRL na podobnych imprezach można było zobaczyć tłumy. Był też Jurek rzeźbiarz i pani Helena, moja ukochana pani profesor od polskiego, z liceum. To dzięki jej zachętom oraz niezłomnej wierze w mój talent, nie porzuciłem pisania. Niedługo potem zachorowała na Alzheimera. Jurek rzeźbiarz, kilka lat później, zmarł na guza mózgu.

Mój sponsor nie przyszedł na spotkanie z braku czasu. Jego firma rozwijała się bardzo burzliwie. Zaczął dwie prestiżowe budowle w stolicy. Nagle banki przestały go finansować, inwestorzy wycofali swoje zamówienia. Firma zbankrutowała. Chodziły słuchy, że to polityczna zemsta. Sam zainteresowany nie potwierdzał, ani też nie zaprzeczał. Klub PAX-u, w którym odbyło się spotkanie, zakupiła filia potężnego zachodniego banku.

W prasie trwała wielka kłótnia: czy pułkownik Kukliński był zdrajcą, czy bohaterem?

.

Zdzisław Antolski



Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko