Zdzisław Antolski – Moje Kielce literackie (10)

0
197

Zdzisław Antolski


MOJE KIELCE LITERACKIE (10)

SŁUŻBOWY STRÓJ GÓRALSKI

 

sienkiewicz-kielceKrzysztof był aktorem. Pracował w kieleckim teatrze. Młodszy ode mnie blisko dziesięć lat. Był to kawal chłopa. Potężnie zbudowany, z pochodzenia góral. Nic dziwnego, że zagrał epizodyczną rólkę w serialu telewizyjnym o zbójniku Janosiku.

Swoją karierę zaczynał w ruchu amatorskim. Na przeglądach artystycznych recytował wiersze. Jednak jego specjalnością były gawędy, mówione gwarą podhalańską. Na estradę zakładał stosowny strój, czyli białą narzutkę, zwaną cuchą, oraz wyszywane portki, a na nogi kierpce. Do tego, oczywiście, kapelusz z piórkiem oraz ciupaga w dłoni, wielkości odpowiedniej do jego wybujałej sylwetki.

Strój ten, jako niemalże mundur służbowy, wisiał w jego szafie, w ciągłej gotowości. Nigdy bowiem nie wiadomo było, kiedy nadarzy się okazja do jakiejś aktorskiej chałtury. Z tych góralskich gadek osiągał niezłe dochody, jednak martwił go brak studiów zawodowych. Coś tam próbował zdawać eksternistycznie, ale ciągle żył w strachu, że z powodu braku aktorskiego wykształcenia może nagle zostać wyrzucony z pracy w teatrze.

Miał też pewien problem natury psychologicznej, mianowicie od jakiegoś czasu nie mógł żyć bez podniety w postaci alkoholu. Lata całe występował z amatorami po różnych klubach, świetlicach oraz prowincjonalnych domach kultury, chałturząc w góralskiej gwarze. Po każdym występie odbywała się libacja. I tak, nie wiadomo kiedy, nie mógł już dobrze funkcjonować bez sztucznego dopingu. Człowiekiem był towarzyskim, lubił opowiadać dowcipy, błyszczeć, a tu bez kieliszka ani rusz.

Zaprzyjaźniliśmy się, kiedy wprowadzono stan wojenny. Nagle, z życia pełnego napięcia popadliśmy w straszny marazm duchowy. Po miesiącach wolności, znów wróciła szarość i beznadzieja PRL-u. Mozolne zbieranie makulatury, żeby wymienić ją potem na papier toaletowy, Dla mnie to odkładanie partyjnej propagandy pod postacią „Trybuny Ludu”, aby potem wymienić ją na papier do podcierania tyłka, było kwintesencją gnijącego ustroju. 

Mieszkaliśmy po sąsiedzku, na tym samym osiedlu, KSM-ie, czyli Kieleckiej Spółdzielni Mieszkaniowej. Nie miałem pracy, mimo że był taki obowiązek. Robiłem więc za pasożyta. Moje podanie do Związku Literatów Polskich zostało zawieszone wraz z całym związkiem. Nie miałem więc kartek na żywność i papierosy. Kończyłem zaoczne studia z pedagogiki kulturalno-oświatowej. Żyłem z honorariów prasowych oraz z nagród otrzymywanych na licznie ogłaszanych konkursach poetyckich.

Siedziałem w domu, przy rodzicach, po rozwodzie z moją pierwszą żoną. Dla zabicia czasu wytrwale stukałem na maszynie do pisania, próbując spłodzić powieść współczesną. W swoich wysiłkach pisarskich nie byłem osamotniony. Rano budził mnie stukot maszyny do pisania redaktora Artura,  który mieszkał kilka pięter wyżej, a pracował w piśmie partyjnym „Słowo Ludu”.  Rodziło to we mnie wyrzuty sumienia, że ja, w przeciwieństwie do redaktora, nie mam weny twórczej oraz poczucie winy, że nie pracuję tak pilnie, jak powinienem. Zasiadałem więc do mojej bułgarskiej „Maricy” i waliłem w klawisze, żeby wszyscy sąsiedzi słyszeli. Potem szybko wychodziłem z domu, popędzany jeszcze na schodach odgłosami pracy twórczej mojego byłego szkolnego kolegi z liceum imieniem Żeromskiego. Stukot dochodzący z jego piętra brzmiał jak werble albo serie z karabinu maszynowego.

Ale pewnego ranka, zanim wypiłem poranną kawę, zjawił się u mnie Krzyś, w strasznym stanie. Cerę twarzy miał szarą, sine worki pod oczami, ręce trzęsły mu się niemiłosiernie, nie umiał nad nimi zapanować. Opowiadał o jakimś teatralnym bankiecie, na którym wypił zbyt dużo alkoholu. Myślał tylko o jednym – o napiciu się czegoś na kaca. – Ratuj, stary – mówił z rozpaczą w głosie. – Bo nie wiem, co ze sobą zrobię.

Taki przykry stan chorobowy nie był mi obcy, więc poszliśmy na sąsiednią ulicę do pijalni piwa. Na szczęście miałem honorarium za felietony społecznie zaangażowane, jakie umieszczał mi kolega Bogdan Pasternak, poeta a zarazem redaktor naczelny w piśmie branżowym „Trybuna Budowlanych”. Kiedy w pierwszych dniach stanu wojennego jechałem do redakcji po nędzną wierszowkę, zatrzymał mnie patrol wojskowy, a jakiś kapral, gówniarz z mlekiem pod nosem, drwił ze mnie na ulicy wobec przechodniów, że nie pracuję i pasożytuję na zdrowym ciele społeczeństwa.

Krzysiek czekał na zewnątrz knajpy, musiałem mu przynieść kufel, a on odwracając się od ulicy, żeby ludzie nie widzieli jego trzęsących się rąk oraz strumyka piwa lejącego mu się po brodzie na sweter, pochłaniał swoje lekarstwo.

Po kilku kuflach nastąpiła w nim cudowna przemiana. Z rozedrganego strzępu człowieka, stał się uroczym gawędziarzem. Znał mnóstwo anegdot teatralnych oraz historyjek z planu filmowego. Przebywanie z nim, to była sama przyjemność. Dowcip, erudycja, szacunek dla rozmówcy. Poza tym dużo wiedział o aktorstwie, o teatrze. Miał swoje przemyślenia na temat sztuk, w jakich występował. Nie powiem, oryginalne, bo z pozycji aktora, wykonawcy.

Na wprost pijalni piwa, w dziesięciopiętrowym bloku po drugiej stronie ulicy, ale na ósmym piętrze, mieszkał nasz wspólny znajomy, Wojtek z żoną piosenkarką i dziećmi. Pracownik naukowy miejscowej uczelni, a przy tym poeta oraz kabareciarz, który występował w modnym wówczas telewizyjnym programie satyrycznym. Kiedyś lubił przyjmować gości.

Kiedy nas zobaczył ze swojego balkonu, zszedł na dół na kufelek jasnego. Wtedy miałem przyjemność być widzem spektaklu kabaretowo-teatralnego, jaki odegrali obaj moi koledzy. Jeden aktor, a drugi artysta estradowy. Czasami zresztą zabierałem się z Wojtkiem i jego trupą na wyjazd w trasę autobusem. Występował jako konferansjer, wspólnie z piękną żoną, Marysią, która wspaniale wykonywała piosenki z własnego repertuaru. Teksty pisał, oczywiście, Wojtek.

Ale tak bywało od święta, na co dzień spotykałem się z Krzysztpfem, który pracował, jak wiadomo, tylko wieczorami, kiedy grał w sztuce. Często bywaliśmy w Klubie w rynku. Tam w modnej kawiarni artystycznej „Sołtyki”, na parterze był bar. Budynek nazwę wziął od swojego fundatora, biskupa Kajetana Sołtyka, kolekcjonera i wielkiego smakosza, który postawił go dla swojego kucharza. Ale oprócz kulinarnych zamiłowań, duchowny był gorącym patriotą, a po pierwszym rozbiorze Polski popadł w obłęd z rozpaczy.  

Przy długim blacie barowym, zajmującym pół parteru, siedziała tam na wysokich stołkach artystyczna brać. Lubiłem rozmawiać z Jurkiem Fronczykiem, stałym bywalcem, rzeźbiarzem i poetą. Miał on pecha, bo ożenił się z panią prokurator, z którą miał syna. Była żona nie dawała mu spokoju po rozwodzie, domagając się alimentów. A że miała swoje chody w środowisku prawniczym, kolega często lądował w areszcie.

Gdzieś tam, zaraz po odwieszeniu stanu wojennego, zmarł pan Adolf, malarz przedwojenny. Studiował w Krakowie, w czasach Młodej Polski, dlatego przez sentyment do końca życia nosił czarny kapelusz z rondem i pelerynę. Jego imię po wojnie stało się zabytkowe – nikt już tak nie chrzcił dzieci. Doskonale pamiętał czasy sanacyjne i raut na cześć marszałka Edwarda Rydza Śmigłego, kiedy ten został honorowym obywatelem Kielc. Rydz dużo palił papierosów, według relacji pana Adolfa. Wzorował się w tym względzie na komendancie Józefie Piłsudskim Trzymał je wielkiej srebrnej papierośnicy z monogramem, podarunek od kolegów legionistów.

– Na pewno ten nałóg przyczynił się do ich przedwczesnej śmierci, zaledwie w wieku pięćdziesięciu pięciu lat – twierdził pan Adolf.  – Marszałek Piłsudski palił bardzo mocny turecki tytoń. Drugi marszałek zaś ćmił wytworne francuskie papierosy. Zmarł na zawał serca w Warszawie, po ucieczce z internowania w Rumunii. Inny namiętny palacz tytoniu – Żeromski – wiadomo, suchotnik.

Dlatego pan Adolf unikał papierosów, choć jako bywalec Klubu Dziennikarza, teatralnej Dziurki, a potem „Sołtyków”, narażony był ciągle na obecność nikotynowego dymu.

Na konkursach poetyckich świetnie mi się powodziło. Wygrywałem jeden za drugim albo zajmowałem punktowane, czyli płatne miejsca. Największym moim sukcesem było wygranie „Czerwonej Róży” w Gdańsku. Ale wtedy kilku kolegów-poetów odezwało się do mnie, że łamię zakaz udzielania się w komunistycznych inicjatywach. Trochę pretensji miał Staszek Stanik, ale Józek Grochowina mówił mi przez telefon, żebym się niczym nie przejmował i robił swoje. Bojkot ogłaszali wybitni artyści, także aktorzy, którzy całe dekady maszerowali w pochodach pierwszomajowych, machając kwiatami pierwszym sekretarzom. Teraz stali się nagle stróżami moralności. Osądzali innych. Trochę to było obrzydliwe.

Żyłem na łasce rodziców. Nikt mnie nie powiadomił, że w konkursach literackich nie należy brać udziału. Dopiero jak dostałem „Czerwoną Różę”, usłyszałem tu i ówdzie głosy zgorszenia i oburzenia. Na rozstrzygnięcie w Gdańsku nie pojechałem. Pocztą otrzymałem przepiękną statuetkę. Metalową różę ze złamaną łodygą.

Gwoli sprawiedliwości muszę powiedzieć, że Jurek Stępień, przywódca kieleckiej Solidarności, nie powiedział mi nigdy złego słowa. Był dla mnie prawdziwym autorytetem. W stanie wojennym całe miasteczko artystyczne siedziało więc w kawiarni „Sołtyki”. Na parterze był bar, na piętrze kawiarnia, a na poddaszu sala prób. Dobiegały stamtąd odgłosy muzycznych popisów jazzmanów. W kakofonii dźwięków wyróżniały się dwa saksofony: Jurka Stępnia i towarzyszącego mu Włodka Kiniorskiego.

Poza tym Jurek w kościołach prowadził prelekcje antyalkoholowe i antyaborcyjne. Tak był przejęty swoją misją, że również wśród artystów prowadził ożywioną propagandę antyalkoholowa, próbując namówić nas na leczenie w klubach Anonimowych Alkoholików. Czy przypuszczał wówczas, że już niedługo zasiądzie przy Okrągłym Stole wspólnie z Kiszczakiem i Jaruzelskim?

Krzysztof był stałym bywalcem „Sołtyków”. Zdarzało się, że wpadał na setę nawet w trakcie spektaklu teatralnego, w którym brał udział. Ubrany w kostium z epoki, na przykład w fantazyjnym kapeluszu muszkietera albo w szlacheckim kontuszu, czym wzbudzał zdumienie, a czasem rozbawienie przechodniów. Grał zazwyczaj role drugo i trzeciorzędne, pokazywał się na scenie tylko kilka razy w czasie spektaklu. Więc przemykał do knajpy opłotkami, bramami oraz podwórkami, na skróty. Wypijał co swoje, a potem wracał na deski teatru. Nikt z kolegów aktorów, biorących udział w przedstawieniu, nawet nie wiedział o jego alkoholowych eskapadach.

Po premierach, na bankietach, nie bardzo mógł folgować sobie w piciu, bo pilnowała go żona, która zauważyła u niego nadmierną skłonność do spożywania trunków. Zaczęła go kontrolować. Aby oszukać czujność małżonki, Krzyś wykazywał się nie lada fantazją. Pokazywał mi w swoim mieszkaniu różne przemyślne schowki na alkohol. Były to buteleczki po syropach na kaszel, słoiczki po maściach, opakowania po pigułkach, do których wlewał wódkę. Trzymał ją nawet w narzędziach do majsterkowania: butelkę chował w brudnym pojemniku po cuchnącym smarze do śrubek. Musiał pić już od rana. A czasami nawet w nocy, ponieważ budziły go lęki. Piotrek zdawał sobie z tego sprawę, że popadł w nałóg, ma kłopoty, ale równocześnie panicznie bał się utraty pracy w teatrze. A poza tym łudził się, że sam sobie da radę z tym problemem.

Często budził mnie już o siódmej rano. Czekaliśmy razem, rozmawiając, aż otworzą pijalnię piwa. Zawsze było ryzyko, że piwa nie dowiozą, wtedy w ostateczności pozostawała melina koło rynku, gdzie nieraz braliśmy butelkę na kredyt. Maciek, kabareciarz, mieszkający naprzeciw pijalni, wspomagał nas często finansowo, gdyż ja nie śmierdziałem groszem. A on miał je zawsze, i to w w dużej ilości. Zaczął kręcić jakieś biznesy, bo już nadszedł czas reform ministra Rakowskiego. Powstawały firmy polonijne, prywatne inicjatywy na szerszą skalę. Coś na kształt kapitalizmu kiełkowało nawet w naszym miasteczku.

Pewnego wieczoru wybrałem się na wernisaż do Biura Wystaw Artystycznych. Mnóstwo gości oraz władze naszego miasta. Wśród nich sekretarz partii, pani Budzińska, ubierająca się w wielkie barwne chusty, które zarzucała sobie na ramiona. Występ artystyczny miał zapewnić Krzysztof, ubrany już w swój służbowy strój góralski. Moją uwagę zwróciła ogromna ilość białych i czerwonych lampek z winem, jakie czekały na swoją kolej w programie wernisażu. Już wtedy z niepokojem obserwowałem mojego kolegę, który ciągle kierował swoje kroki do ustawionych na długich tac z długim szeregiem kielichów wypełnionych winem, białym i czerowny, do wyboru, jakby przyciągany był przez jakąś przemożną siłę.

Po przemówieniach towarzyszki Dziubińskiej, a także prezentacji prac plastycznych przez dyrektora Mariana Rumina, przyszła kolej na występ artystyczny. I wtedy nastąpiła katastrofa. Krzysztof stał w białym góralskim stroju, ze swoją nieodłączną ciupagą przed publicznością, nawet się nie chwiał, ale język odmówił mu posłuszeństwa. Bełkotał coś i beczał. Zupełnie jak baran. Można było dostrzec panikę w jego oczach. Widział i rozumiał wszystko. Jego mózg funkcjonował prawidłowo. Jednak nie był w stanie nic powiedzieć.

Pani sekretarz, w kolorowej chuście na ramionach, zaczęła wypowiadać głośno jakieś nieprzyjemne uwagi o moim przyjacielu. A on, zamiast zejść ze sceny, uciec, schować się na zapleczu, stał tak z ciupagą w ręce i głupio się uśmiechał. Goście rozeszli się po piwnicznych pomieszczeniach, zajęli się rozmową, wybuchały jakieś śmiechy, ktoś opowiadał dowcip. Nie podszedłem do Krzyśka tym razem, chyłkiem wymknąłem się na ulicę. Nigdy mu się nie przyznałem, że byłem świadkiem jego klęski.

Wkrótce stracił pracę, z powodu nieobecności i pijaństwa. Wyjechał do Rzeszowa. Tam zmarł na zawał.

Ostatni konkurs, jaki wygrałem w PRL, był moim wielkim sukcesem finansowym. Nagrodą miało być wydanie zbioru wierszy. Ale organizatorzy, Związek Socjalistycznej Młodzieży Polskiej, powiadomili mnie, że z powodu zmian w przepisach prawnych, książki mi nie wydadzą. Dostanę za to pieniądze, jakie były przeznaczone na jej wydanie. Tak uwłaszczyłem się na swoim zbiorze wierszy. W Polsce zmieniał się ustrój.

Wojtek D. kabareciarz wdał się w biznesy z ruską mafią. Wziął od nich na handel przemycone skóry ze zwierzątek futerkowych, chronionych w Polsce, a potem nie zapłacił w terminie. Ktoś z zemsty podłożył ogień pod drzwiami mieszkania, które zajmował wraz z rodziną. Podobno tak postępowała ruska mafia. W pożarze spłonęła jego piękna żona i dziecko. Wojtek spał przy otwartym oknie, z powodu upału. Mimo szalejących płomieni, zdołał wdrapać się na balkon sąsiada z góry. Ocalał. Wyjechał potem z naszego miasta na zawsze. Słuch po nim zaginął..

Kiedy piłem samotnie piwo w naszej osiedlowej pijalni, jeszcze przez kilka tygodni widziałem wielką czarną jamę w miejscu, w którym pozdrawiał nas z Krzyśkiem ze swojego balkonu. Potem ktoś się tam wprowadził, a ślady pożaru zamalowano, na niebieski i żółty kolor.

 

Zdzisław Antolski



Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko