Krystyna Tylkowska – Na dwa głosy

0
153

Krystyna Tylkowska



Na dwa głosy

(o Nastasji Filipownej w reż. Andrzeja Domalika w Teatrze Ateneum)

 

filipowna0  Spektakl Andrzeja Domalika podejmuje jeden wątek z obszernej powieści Fiodora Dostojewskiego, pokazuje  mianowicie noc czuwania. Dwóch skrajnie różnych bohaterów spotyka się, by rozwikłać tajemnicę kobiety, którą obaj kochali, która za życia była nieuchwytna i nieprzenikniona, teraz natomiast leży w pokoju obok, zamordowana przez jednego z nich. Próbują uporządkować swoje relacje z nią, swoje uczucia i jednocześnie rodzi się między nimi specyficzna, braterska więź. Ten powieściowy wątek (tak samo zresztą zatytułowany) został już raz przeniesiony na scenę przez Andrzeja Wajdę. Miało to miejsce prawie czterdzieści lat temu. Domalik jednak stworzył własną, autorską adaptację i zaproponował inny rodzaj teatru.

  W legendarnej inscenizacji Wajdy niezwykle ważna była improwizacja, w przedstawieniu z Teatru Ateneum nie ma na nią miejsca, wszystko dopięte jest na ostatni guzik. Spektakl odbywa się w kameralnej przestrzeni sceny 61, gdzie żaden gest, żaden grymas twarzy nie ujdzie uwadze widzów. Niemal intymna przestrzeń spowita mrokiem sprawia, że nasz wzrok i słuch wyostrza się, widzowie otwierają swe wnętrze, by wziąć udział w ponad godzinnej psychodramie, odbywającej się między dwoma bohaterami Dostojewskiego- księciem Lwem Nikołajewiczem Myszkinem i Porfiejem  Rogożynem.

filipowna1

  Spektakl udowadnia, że emocje, stany duszy widoczne w twórczości rosyjskiego pisarza, ciągle mogą być nam bliskie, ciągle fascynują i przerażają. Obsadzenie w rolach Rogożyna i Myszkina aktorów, znanych z ekranu, będących już pewnymi ikonami kinematografii, okazało się bardzo ciekawym zabiegiem. I wyzwaniem dla nich, gdyż role, które musieli stworzyć w przedstawieniu odbiegały w dużej mierze od emploi, do którego nas przyzwyczaili.

 Reżyser w wyborze obsady postawił na przeciwieństwa. Zestawił ze sobą dwóch aktorów o całkiem odmiennych drogach artystycznych. Myszkina zaproponował Grzegorzowi Damięckiemu, dawnemu „lekkiemu amantowi”, specjalizującemu się raczej w rolach komediowych. W roli Rogożyna obsadził Marcina Dorocińskiego, będącego raczej aktorem filmowym, niż teatralnym. Ten filmowy macho wciela się tutaj w kogoś, kto mógł być jego odpowiednikiem w przeszłości, teraz z kolei jest złamanym, nieszczęśliwym człowiekiem.  Aktorzy są starsi od swoich powieściowych pierwowzorów, co zostało mocno podkreślone, dodając scenicznym bohaterom pewnej głębi i dojrzałości.


  Już pierwsza scena wprowadza nas w specyficzny nastrój. W małej przestrzeni zapada całkowita ciemność, czuć jednak, że spektakl się zaczął. Niepokoją odgłosy skrzypiącej podłogi i oddechy, zdradzające czyjąś obecność. Raz po raz zapala się punktowe światło po jednej lub drugiej stronie widowni. Widać w nim jednego lub drugiego bohatera, próbującego ponad widownią przywołać wzrokiem swego scenicznego partnera z  naprzeciwka. Przy kolejnym błysku światła aktorzy są coraz bliżej sceny, czyli mieszkania Rogożyna.

  Widzowie są tu w charakterze podglądaczy. Z jednej strony czują się zażenowani z tego powodu, mają świadomość, że oto stają się mimowolnymi świadkami czegoś, w czym nie powinni uczestniczyć. Z drugiej strony natomiast są zaintrygowani, zafascynowani tym, co dzieje się na wyciągnięcie ręki, a niezdrowa, silniejsza od nich ciekawość mocno wbija w fotel.

  Dwaj mężczyźni przez ponad godzinę mówią o kobiecie, którą kochali. Nie bez powodu to ona, ta nieobecna i nieżyjąca jest tytułową bohaterką spektaklu. Mówi się, że to dwór tworzy króla. Nastasja Filipowna jest ciągle na nowo ożywiana, tworzona i zabijana w każdym geście,  w każdym słowie scenicznego Myszkina i Rogożyna. Czujemy jej siłę, tajemnicę, nieuchwytność, jakby faktycznie partnerowała na scenie obu bohaterom.

  Jasny szal Nastasji, kontrastujący z półmrokiem panującym na scenie chwilami wydaje się być wypełniony jej osobą. W ten sposób ogrywany jest przez aktorów.  Staje się przedmiotem kultu, namiętności i bezsilności. Inny jasny punkt, czyli pojawiający się przez chwilę na ścianie obraz Holbeina Chrystus w grobie  to nie tylko symbol przebaczenia, ale też symbol specyficznej religii, kultu Nastasji, którego wyznawcami stali się nasi bohaterowie, w imię którego zbratali się, czego innym symbolem była wymiana krzyżyków.

filipowna2

  Miłość ma różne twarze. Każdy z aktorów pokazał całą ich gamę, co sprawiło, że można było zauważyć pewne łagodne przejście, dopełnienie pomiędzy tak skrajnymi wyobrażeniami miłości, reprezentowanymi przez tak różnych aktorów, z całkiem innych stron podchodzących do swojej przygody z Dostojewskim.

 Myszkin Damięckiego jest introwertyczny i wyciszony. Bardzo przekonująco w jego ustach brzmią słowa o miłości, która raczej jest żałością. Aktor świetnie gra wyciszonego idealistę, niemal jurodiwego, który chowa się przed światem w swoim przyciasnym sweterku. Jednocześnie (za co ogromne brawa dla Grzegorza Damięckiego) ten bohater wcale nie jest jednoznaczny. Podskórnie wyczuwa się w nim jakiś rys, zbliżający go do Porfieja. Przegląda się w nim niby w kilkunastu lustrach, coraz bardziej zniekształcających obraz. Patrząc na tego Myszkina jesteśmy wręcz pewni, że kryje w sobie namiętność, gwałtowność i bezwzględność  które łączymy raczej z tym drugim bohaterem. To naprawdę wspaniała, niejednoznaczna kreacja!


 Marcin Dorociński,  grając Rogożyna wyszedł raczej od formy, od gestów zewnętrznych.  Jego bohater chodzi na ugiętych nogach, mruży oczy, mówi przez zaciśnięte zęby. Co chwila kaszle, bełkocze, krzyczy. Oprócz tego ubrany jest w poszerzającą marynarkę, co sprawia, że przez moment zagarnia całą przestrzeń (w przeciwieństwie do niknącego w swym ciasnym sweterku Damięckiego). Początkowo jest to bardzo irytujące, wręcz sztuczne. Zamiast jednak przytłaczać scenicznego Myszkina, ten sposób gry uwydatnia jego subtelność, delikatność. Dorociński zresztą też pokazuje niejednoznaczność i stopniową metamorfozę swojej postaci. Jego Rogożyn coraz bardziej upodabnia się do swojego scenicznego partnera.

 Czyli dość oczywisty, niewyszukany kontrast stał się raczej punktem wyjścia, pozorem, a nie głównym budulcem spektaklu.

  Zdarzają się sceniczne adaptacje powieści, które zmuszają odbiorców do ponownego sięgnięcia po lekturę, do odkrycia jej na nowo i odczytania wzbogaconego o tę właśnie wypowiedź reżysera i aktorów. Spektakl z Teatru Ateneum  jest właśnie taką adaptacją.    

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko