Rekomendacje książkowe Krzysztofa Lubczyńskiego

0
94

Rekomendacje książkowe Krzysztofa Lubczyńskiego





Śledź, kasztany, czarne chmury

ucho-od-sledziaRozmowa Katarzyny Madey z tym znakomitym aktorem i czarującym człowiekiem nie zaczęła się gładko. Jak sama rozmówczyni przyznaje we wstępie, podczas pierwszego kontaktu z Leonardem Pietraszakiem pomyliła jego kolekcjonerską pasję zbierania dobrego malarstwa z własnoręcznym malowaniem obrazów, czego on nie uprawia, jako że nie posiada talentu w tej sferze. Wywołało to nawet mały zgrzyt, ale potem jednak było już tylko lepiej a nawet bardzo dobrze i znakomicie, dzięki czemu do kolekcji wywiadów-rzek z wybitnymi postaciami polskiego teatru i filmu dołączył „Leonard Pietraszak.Ucho od śledzia” i to dołączył jako bohater jednej z lepszych pozycji. Drugi człon tytułu jest oczywistym nawiązaniem, czy jak się kiedyś mówiło i pisało – aluzją, do jednej z kwestii Gustawa Kramera, czarnego charakteru ze słynnej komedii filmowej Juliusza Machulskiego „Vabank”. I rzeczywiście wygląda na to, że właśnie rola tego bankiera-gangstera, antagonisty Kwinty i Duńczyka, jest najpopularniejszą z jego ról i ta popularność przewyższa być może nawet sławną rolę pułkownika Krzysztofa Dowgirda w tzw. kultowym serialu telewizyjnym „Czarne chmury”. Triadę jego najpopularniejszych ról zamyka rola doktora Stelmacha, lekarza, przyjaciela rodziny Karwowskich w serialu „Czterdziestolatek”. Można by do tego jeszcze dodać, jako wisienkę na torcie, epizod w jednym z odcinków „Stawki większej niż życie”, w którym wypowiada nieśmiertelne słowa: „Najlepsze kasztany są na placu Pigalle”. Wszakże Leonard Pietraszak to przede wszystkim wybitny aktor teatralny, mający na koncie dziesiątki wspaniałych ról zagranych na przestrzeni minionego półwiecza i szereg interesujących ról filmowych. Przyciskany dość intensywnie przez Katarzynę Madey opowiada o całym swoim życiu od niepozbawionego akcentów łobuzerskich dzieciństwa i lat szkolnych w rodzinnej Bydgoszczy, poprzez czasy studiów, początków zawodowych, pasji, spraw osobistych i tak dalej, aż obecnej jego zawodowej aktywności jako aktora Teatru Ateneum w Warszawie. Świetna rzecz, która gorąco rekomenduję.

Katarzyna Madey – Leonard Pietraszak. Ucho od śledzia”, Wydawnictwo Literackie Muza SA, Warszawa 2015, str. 366, ISBN 978-83-7758-946-5

 

Maklako

maklakNa początku tej lektury miałem chwile niepokoju, że doznam rozczarowania. Trochę jak na mój gust za dużo było osobistych uczuciowych i sentymentalnych inwokacji córki w stosunku do rodziców. Bałem się, że legendarny Maklak zostanie przez córkę wspominkowo zagłaskany w poetyce pism kolorowych. Szybko jednak ta faza minęła i opowieść o Zdzisławie Maklakiewiczu rozwinęła się w ciekawym kierunku, rzucając dodatkowe światła na tę postać, tak charakterystyczną dla krajobrazu polskiej kultury, a szczególnie filmu lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych. Istnieje już co prawda biografia autorstwa Wojciecha Otto, ale to, co o ojcu i artyście ma do powiedzenia jego córka warte jest jednak lektury. Rzecz nie jest zresztą monotematyczna, bowiem Katarzyna Maklakiewicz pisząc o ojcu, napisała też sporo o swoim amerykańskim życiu, o matce, okraszając to dość obficie rozmaitymi detalami, obserwacjami, ciekawostkami z różnych okresów życia, w tym o swojej miłości do psów. Jest też w tych wspomnieniach wyraźnie zaakcentowana ważna cecha Zdzisława Maklakiewicza – jego warszawskość, która przejawiała się w każdym jego geście, słowie, ruchu ciała, stylu bycia. Należały mu się więc te epizody, które zagrał w obu wersjach ekranizacji „Lalki” Prusa, w kinowej Wojciecha Jerzego Hasa, gdzie zagrał Maruszewicza i telewizyjnej Ryszarda Bera, gdzie wystąpił jako lokaj Konstanty. A poza nimi dziesiątki niezapomnianych ról  i kwestii, które weszły do legendy – w „Rękopisie znalezionym w Saragossie”  Hasa, „Rejsie” Marka Piwowskiego, „Dancingu w kwaterze Hitlera” Jana Batorego, „Giuseppem w Warszawie” Stanisława Lenartowicza, „Marysi i Napoleonie” Leonarda Buczkowskiego, „Komedii omyłek” Jerzego Zarzyckiego, „Jak to się robi” Kondratiuka czy „Przyjęciu na dziesięć osób plus trzy”, Jerzego Gruzy, w którym, jak wynika z relacji córki, są wyraźne akcenty z życia Maklaka wzięte. Dla mnie osobiście ciekawym – do pewnego stopnia – odkryciem była możliwość przestudiowania listy ról teatralnych Zdzisława Maklakiewicza, który tej najszerszej publiczności kojarzy się przecież głównie z rolami filmowymi i telewizyjnymi. A przecież był przez wiele lat pełnokrwistym aktorem teatralnym,  w tym Teatru Wybrzeże w Gdańsku w jego okresie największej świetności w czasach dyrekcji Zygmunta Hubnera, gdzie zagrał m.in. Matkę głośnym przedstawieniu „kapelusza pełnego deszczu” Gazzo w reżyserii Andrzeja Wajdy (1960) czy Poetę (sic! – jak żałuję, że tego nie mogłem tego widzieć!) w „Weselu” Wyspiańskiego w reżyserii Jerzego Golińskiego.

Dodatkowym atutem „Maklaka” jest szata graficzna książki, skromna, ale z wdziękiem, nawiązująca do stylistyki ilustracyjnej typowej dla lat sześćdziesiątych, tej wylansowanej głównie przez tygodnik „Przekrój” świętej pamięci.

Wyjaśniam na koniec, dlaczego nadałem niniejszej rekomendacji tytuł „Maklako”, a nie zgodnie z tytułem – „Maklak”. Otóż Zdzisław Maklakiewicz był nie tylko kapitalną osobowością aktorską i legendarną postacią warszawskiej cyganerii artystycznej lat 60-tych i 70-tych, ale także postacią literacką. Na początku lat siedemdziesiątych w tygodniku „Szpilki” ukazał się rodzaj parodii powieści łotrzykowskiej, pikarejskiej autorstwa Jerzego Górzańskiego, której bohaterami byli „Himilsbach” i właśnie „Maklako”, jako wędrowni muzykanci grający muzykę poważną, w tym szczególnie barokową. Polecam tę lekturę, ale radzę też dotrzeć do biografii autorstwa Wojciecha Otto, bo tylko obie te lektury dadzą pełny obraz malowniczej postaci Zdzisława Maklakiewicza.

Marta Maklakiewicz – „Maklak. Oczami córki”, Wyd. Prószyński i s-ka, Warszawa 2014, str. 249, ISBN 978-83-7961-057-0

 

Radziwiłowicz jak Boy

molier tartuffeMoliera prawdziwie przyswoił polszczyźnie Tadeusz Boy-Żeleński, dwieście lat z grubym okładem po wydaniu francuskim. I ten to boyowski przekład służył przez dziesięciolecia zarówno uczniakom „przerabiającym” Moliera (konkretnie „Świętoszka”) w szkole, jak i reżyserom i aktorom grającym jego sztuki na scenie. Nawiasem mówiąc, ciekawe czy „Świętoszek” nadal jest szkolną lekturą, czy znalazł się na indeksie pod naciskiem współczesnych świętoszków, bo co innego teatr dla dorosłych a co innego młodzieży chowanie. Przekład Boya, sto lat temu z grubsza, brzmiał nowocześnie, do dziś czyta się go z przyjemnością, ale polszczyzna od tego czasu bardzo się zmieniła i boyowska fraza coraz bardziej trąciła myszką. Współczesnemu widzowi, nawet temu teatralnemu, a więc teoretycznie bardziej „wyrobionemu” niż masowa publiczność telewizyjno-internetowa, język przekładu Boya brzmi jednak na ogół staromodnie, staroświecko, anachronicznie, a w wielu fragmentach mało lub w ogóle niezrozumiale. Smutne to może, ale prawdziwe. Dlatego pomysł by przełożyć Moliera na nowo  był ze wszech miar jak najsłuszniejszy. Czy wymyślił to sam Jerzy Radziwiłowicz, wybitny aktor, co jest znane powszechnie, ale i poliglota i erudyta, co z całą pewnością jest mało znane, czy zaproponowano mu podjęcie się tego zadania, to mniej ważne. Ważny jest efekt, czyli nowe przekłady „Świętoszka” czyli „Tartuffe’a”, „Don Juana” i „Mizantropa”, trzech fundamentalnych i chyba najważniejszych utworów Moliera. I są to przekłady świetne. Po pierwsze, Radziwiłowicz nie ułatwił sobie zadania i nie zrezygnował z rymu i rytmu trzynastozgłoskowca. Po drugie, nadając tekstowi współczesną świeżość, nie odebrał mu tego tonu, który pozwala pamiętać, że są to teksty sprzed ponad trzystu lat, a jedynie  je uelastycznił z punktu widzenia współczesnej polszczyzny. Radziwiłowicz „wyczyścił” tekst z językowych staromodności i anachronizmów, ale nie poszedł w stronę zupełnie współczesnej kolokwializacji, za co mu chwała. Bardzo kunsztownie zachował klasycyzm molierowskiego języka. Nie śledzę na ogół obecnych inscenizacji molierowskich na polskich scenach, które skądinąd zdarzają się rzadko, ale o ile pamiętam, będący aktualnie na afiszu Teatru Narodowego „Tartuffe” grany jest w przekładzie Radziwiłowicza. Jestem ciekaw, czy także inne sceny będą rezygnować z Boya na rzecz Radziwiłowicza. Ja przeczytałem symultanicznie oba przekłady (na razie tylko „Tartuffe’a”, ale zamierzam uczynić to także z „Don Juanem” i „Mizantropem”) i było to cenne doznanie estetyczne. Czego i innym życzę.

Molier – „Tartuffe. Don Juan. Mizantrop”, przekład Jerzy Radziwiłowicz, Wyd. Znak, Kraków 2015 , str. 250, ISBN 978-83240-3283-9

 

Alkoholika za długo nie da się udawać

janusz-glowacki-fortynbras-sie-upilNa długo przed epoką sequeli i prequeli literackich i filmowych – „Hamlet” Williama Szekspira ożywiał myślenie i wyobraźnię, inspirował do drążenia jego materii i wyobrażania sobie hipotetycznych, wcześniejszych lub późniejszych losów bohaterów jego scenicznych tragedii. Inspirował też do dokopywania się do najgłębszej natury poszczególnych postaci. Na przykład niektórych zastanawiało, czy norweski Fortynbras, który przybywa do Elsynoru jako zwycięzca w momencie śmierci Hamleta, to istotnie szlachetny władca, który zaprowadzi mądry porządek w państwie duńskim, jak zdaje się sugerować odczytanie naskórkowe, klasycznie optymistyczne, „szkolarskie”, czy też ponury tyran, który po złym panie jako jeszcze gorszy nastanie.

Przed laty Jerzy Żurek napisał sztukę „Po Hamlecie”, w której wyobraził sobie Elsynor po śmierci Hamleta.  Brytyjczyk Edward Bond napisał swojego „Lira” nie jako tragedię monumentalnego starca, ale jako panopticum okropności. Sławny mistrz teatru absurdu, Eugene Ionesco napisał swoją wersję „Makbeta”, dodając w tytule drugie „t” („Macbett”) i z tragedii krwawej, ale uszlachetnionej szekspirowską historiozofią uczynił trywialną, a przy tym groteskową krwawą jatkę, rzecz nie tyle o ambicji, mrocznej miłości, mechanizmach władzy oraz o zbrodni i karze, ile o morderczych instynktach rzezimieszków. Kapitalnie podkreśliła to inscenizacja w Teatrze Współczesnym w Warszawie, w 1972 roku, w której Macbett grany przez Zbigniewa Zapasiewicza mówi do zastępującego mu drogę szlachetnego mściciela Macola (szekspirowski Malcolm) w wykonaniu Mieczysława Czechowicza, aktora o warunkach poczciwego pyknika, wspaniale łączącego groteskę z liryzmem: „Ty smutny chuju, zejdź mi z drogi”.

Janusz Głowacki akcję swojej sztuki umieścił w tym samym czasie, co akcja „Hamleta”, tyle że w walczącej z Danią Norwegii. Panuje tam powszechne pijaństwo. Wóda leje się strumieniami i nie tylko  tytułowy Fortynbras jest nieustannie pijany. Wcześniej zabił zresztą rywala, Mortynbrasa. Poloniusz, zausznik króla Klaudiusza odwiedza w Norwegii swojego odpowiednika  na dworze norweskim i donosi mu o tym, co dzieje się w Danii. Wszystko utopione w ohydzie, pospolitości, postacie od zwykłych ciurów do dostojników mówią językiem żulii. Sam Głowacki, który napisał ten utwór na emigracji w Nowym Jorku w 1983 roku, mówił o nim: „Napisałem „Hamleta” z norweskiego punktu widzenia, że Norwegia to superpower, w której panuje trup na tronie, taki Breżniew, a rządzą służby specjalne. A Dania to taki malutki kraj jak Polska, czekająca na inwazję. Służby norweskie likwidują całą dynastię, więc Fortynbras udaje alkoholika, żeby przetrwać. Ale alkoholika za długo się nie da udawać. Fortynbras oddaje Danię Norwegii, czy to z pogardy dla świata, czy widzi w nim jakąś szansę, czy z rezygnacji, czy z szyderczego żartu”.

Przyznam, że żałuję, iż nikt w teatrach polskich nie wystawia obecnie tego wyśmienitego tekstu (kiedyś wystawiono go w Krakowie i kilka razy za granicą), który w wydaniu oficyny „Bosz” został wzbogacony wspaniałą szatą ilustracyjną Wojciecha Pawlińskiego. Póki więc co, musiałem sobie sam wyobrazić go na scenie, robiąc sobie przy okazji ćwiczenie z wymyślania obsady. To wydanie jest prawdziwym cymelium – literackim i edytorskim, wydanym zresztą w albumowym formacie.

Janusz Głowacki – „Fortynbras się upił”, Wyd. Bosz, Leszno 2014, str. 120, ISBN 978-83-7576-211-2

 

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko