Krystyna Habrat – Umysł w odwrocie

0
118

Krystyna Habrat




UMYSŁ W ODWROCIE



Artur Markiewicz2  Ledwo to sobie przypominam, ale na pewno prorokowano  pod koniec   XX wieku, że człowiek przyszłości zmieni swój wygląd, mięśnie będzie miał wiotkie, bo niepotrzebne do ciężkiej pracy fizycznej, którą przejmą maszyny, za to głowa  mu się rozrośnie, żeby pomieścić coraz większy mózg z szarymi komórkami, niezbędny do wyzwań intelektualnych.

  Mózg, intelekt, inteligencja, były to pojęcia najbardziej wtedy poważane. Nawet – pamiętam – znany autorytet publicystyczny pisał z ironią w młodzieżowym miesięczniku o pewnej grupie zawodowo-artystycznej, że są najgłupsi, bo w swej pracy nie używają umysłu tylko ciała. Nie określę bliżej owej, tak pogardliwie podsumowanej grupy, ani nie podam nazwiska ich krytyka, bo z pewnością użył tu grzecznościowych eufemizmów, ale sens był własnie taki.

  Żona  pewnego pisarza w jego biografii opisała, jak zasięgnął rady znanego filozofa przy wyborze kierunku studiów dla syna. Ten odradził zajęcie się na serio sztukami plastycznymi,  czemu młodzian się z zapałem oddawał, a wybór czegoś, gdzie rozwinie i wykorzysta swe przymioty umysłowe.

  Intelektualiści nie byli w tych poglądach odosobnieni. Modne było usilne rozwijanie swego umysłu. Masowo ukazywały się podręczniki typu:  jak rozwijać swoją inteligencję? jak się uczyć? Jak rozwijać pamięć? To były pozycje rozchwytywane i namiętnie czytywane. Mieć wysoki iloraz inteligencji – to był szczyt marzeń. Ba, w aptece można było kupić pastylki zawierające kwas glutaminowy, który pobudzał prace mózgu i ułatwiał skupienie uwagi. Studenci polonistyki i  ci ambitni z innych kierunków nosili pod pachą najtrudniejsze powieści tamtych czasów, co akurat było w modzie: czwórka amerykańska (Hemingway, Faulkner, Steinbeck, Caldwel), francuscy egzystencjaliści: Sartre i Camus, potem Joyce, Cortazar,  literatura iberoamerykańska, Marquez i inni. Nikt by się wówczas nie przyznał, że ich nie czyta, może nawet nie rozumie czy, ze go nudzą. Czytać należało i koniec. Tak, jak chodzić do kina, teatru, filharmonii, muzeum czy  na wystawy plastyczne. Nie przychodziło do głowy, ze można inaczej.

  Nie przeszkadzało to w uprawianiu sportu – kto lubił – czy w dbaniu o swą urodę, jak i tańcach w każdą sobotę i niedzielę.

 

  To było w odległym wieku XX- tym. Nawet w jego końcówce. Wymarzony początek kolejnego tysiąclecia wniosło inne spojrzenie na człowieka. Teraz to wszystko spowszedniało. Pieniądz i komercja wyparły najwznioślejsze ideały. Nawet testy mierzące iloraz inteligencji stały się tak popularne, że mało kogo to kręci.

  Mam wrażenie, iż człowiek przyszłości wychowany w obecnych czasach będzie inny niż zapowiadano kiedyś: bardzo umięśniony, z ogromnym brzuchem, ale jego mózg będzie w zaniku. No może tyle zostanie z głowy, żeby fryzjer i kosmetyczka nie poszli z torbami.

 Ta smętna wizja człowieka przyszłości to odbicie trendów wychowawczych, jakie się teraz nam wmusza. Może nie w szkolnictwie, ale w mediach, które pełnią misję kształtowania nawyków i osobowości młodzieży i ludzi dorosłych. Przecież na każdym kroku uczy się wszystkich, jak gotować? co jeść?  Na każdym chyba programie coś w studio pichcą, jedzą, kosztują, stoły pełne najdziwaczniejszych warzyw i mięs. A do tego obok programy, jak się odchudzać i pokonywać choroby wynikłe z przejadania. Nie mówiąc już o reklamach, często nieapetycznych, unaoczniających działanie leków ułatwiających trawienie.

  No więc człowiek przyszłości będzie miał wielki brzuch, bo to okazuje się najważniejsze.

Do tego umięśnione odpowiednio nogi, żeby uprawiał ciągle biegi i różne sporty.

  Mnie to nie bawi.

  Dlatego z zainteresowaniem przeczytałam artykuł Zenony Macużanki o Michale Sprusińskim. Wychowałam się kiedyś na miesięczniku Nowe Książki, którego naczelnym redaktorem była pani Macużanka. Mam chyba jeszcze jakieś numery tego pisma lub wyrwane z niego kartki w „telimenowym” biurku. Pamiętam też, jak zza mgły, Sprusińskiego z artykułów oraz występów w telewizji. Imponował rozległą wiedzą literacką, oczytaniem, intelektem oraz wysokimi wymaganiami, jakie stawiał literaturze. Wydawał się niedosięgły w swych kryteriach, aż niesympatyczny. Taki obraz zapamiętałam ogólnie, ale jeden epizod z telewizji szczególnie. Pan Michał, którego wtedy wszędzie było pełno, miał raz coś powiedzieć na temat jakiegoś filmu, tytułu nie pamiętam, ale  z gatunku lżejszej strawy. I on z wyraźnym skrzywieniem ust połączył go z nazwiskiem pewnej  poczytnej wtedy autorki. Nie odgadł, ale to wystarczyło za całą recenzję i określiło jego pogardliwy stosunek do literatury popularnej, choćby poczytnej, oraz owego filmu.

  To zapamiętałam. Przydałby się teraz ktoś, kto odsiewałby ziarno od plew i zawyżał kryteria wobec dobrej literatury. Żeby nie trzeba było błądzić pośród masy książek nieodmiennie chwalonych, ale czasem z bliska „nieczytelnych”. Żeby nie pasować na pisarza, ktoś, kto napisze jedną książkę o sobie samym, bo jest znaną postacią z innej, odległej od literatury dziedziny,  i teraz dostaje do kolekcji jeszcze tytuł pisarza, choć nie napisał(a) tej biografii sam(a).  Dawniej panowało przekonanie, że każdy potrafi napisać jedną, dobrą, książkę – o sobie samym. Ale czy o każdym warto czytać. Pamiętam, jak w liceum nasz profesor od polskiego  oburzał się, że nie wszyscy w klasie czytali „Quo vadis” Sienkiewicza, a  tracą czas na jakąś wtedy wydaną biografię znanej kawiarnianej postaci. Jak on z tego szydził!

   Kiedyś  wpajano nam, że nie można przeczytać wszystkich książek, nawet nie za wiele z nich, więc  należy starannie dobierać sobie lektury i czytać to, co najlepsze. Dotąd  się tym kieruję. Że wybiera się do czytania najważniejsze osiągnięcia literatury. Te prezentujące najwznioślejsze idee i piękny styl, język. Wnoszące coś nowego do skarbnicy kultury, do literatury rodzimej i światowej. Tylko czasem warto wziąć w rękę coś dla relaksu, co może być balsamem dla niespokojnej duszy.

  Czy jednak nie brakuje nam ludzi takich, jak Michał Sprusiński, jak  Zenona Macużanka z jej kiedyś miesięcznikiem a teraz artykułami na tym portalu, którzy by nam, wyszłym już spod opieki nauczycieli,  takie   wartościowe pozycje polecali. By nie komercja decydowała o tym, co warto wydać, kupić, czytać.

  Mamy teraz dużo książek, szczególnie w internecie i trudno coś wybrać dla siebie. W bibliotekach nie znajdzie się każdej pożądanej książki. Księgarnie znikają. A przecież najwięcej się kupowało, gdy można było wziąć książkę do ręki, przekartkować, poczytać tu i tam i wpadło w oko jakieś zdanie, zwrot, początek…

  Szkoda księgarń. Szkoda starych księgozbiorów, które bywają gdzieś wywożone, bo już podobno nie czytane masowo. Przychodzą nowe książki, nowe nazwiska autorów.

 Może  ludziom nie chce się szukać w tej masie mało znanych autorów i tytułów. Dlatego jedzą, tyją, odchudzają się, biegają, uprawiają sporty… To się przecież dla zdrowia zaleca. Tylko to wszystko dla ciała. Ale, czy dba się o strawę dla umysłu?!


Krystyna Habrat  

{jcomments off}

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko