Z lotu Marka Jastrzębia – Publicystka

0
287

Z lotu Marka Jastrzębia


Publicystka


jastrzab-marek

Na publicystykę patrzeć można różnie. Według mnie liczy się ZASYGNALIZOWANIE problemu, bo nie pisze się na wagę. Przy czytaniu tekstu musi istnieć myślowa współpraca pomiędzy jego autorem, a odbiorcą. Współpraca, a nie zgoda, ponieważ utwór nie może być bezpłciowy. Wprost przeciwnie, musi być polemiczny, kontrowersyjny, często irytujący czytelnika.  Tekst literacki, to nie jest szczegółowy raport policyjny ze zdarzenia, a tekściarz nie jest zobowiązany do podawania wszystkiego „na tacy”. Autor ma obowiązek zostawić czytelnikowi pole manewru do własnych refleksji.


Banał


Każdy mój felietonowy tekst u zaniku kultury (nie tylko chodzi o literaturę, ale o ogólne stępienie ludzkiej wrażliwości. Obniżenie jego poziomu. Sprawa dotyczy powszechnego odbioru sztuki, a więc filmu, kompozycji muzycznych, malarstwa i długo by wymieniać, czego jeszcze. To zaś dramatyczne obniżenie poziomu przekłada się na percepcję rzeczywistości) jest banalny, ponieważ jego zadanie polega na zasygnalizowaniu zjawiska, a nie na prezentowaniu recept. Od tego są inne: poradniki, analizy, dociekania z konkluzjami w tle.


Tendencje i uprzedzenia


Znani z wielu publikacji, tu i gdzieniegdzie występujący z oficjalnymi stanowiskami, otaczani bezkrytycznym szacunkiem, odwiedzani przez rzesze zaprzyjaźnionych wielbicieli, przyzwyczajeni do wygłaszania kategorycznych zdań, sądów pryncypialnych i nie podlegających dyskusji, gdy przyjdzie im zmierzyć się z opiniami, których nie podzielają, zachowują się tak, jakby zdania, jaskrawo i brutalnie sprzeczne z ich rozumowaniem, nie tylko poddawały próbie ich sumienność, lecz jakby intelekt ich został bezpośrednio zaatakowany, obrażony, znieważony i ośmieszony; dokąd interlokutor im przytakiwał, był człowiekiem z otwartą głową i szerokimi horyzontami, jednak z chwilą zaprezentowania ocen odległych od diagnozy zgodnej z ich, w błyskawiczny sposób przemieniał się w osobnika o podejrzanych cechach, w doktrynera, zaściankowego zblazowańca marnego kalibru, ciasnego kołtuna, bigota ze sporymi lukami w erudycji.


Autor


…to charakterologiczny filtr do przekazywania indywidualnych refleksji. Jego myśli są wynikiem nastroju, aktualnych lub wspomnieniowych wrażeń, życiowych doświadczeń i czego tam jeszcze.


Jest jednoosobowy. Indywidualistą jest, a to oznacza, że pisze inaczej, niż kolega po klawiaturze, Wielmożny Pan Przechrzta-Stabilny i trudno go pomylić z Wielce Szanownym Panem Konserwatystą, który nie ulega modzie, nie reprezentuje   zbiorowiska twórców mających stadny gust, włada swoim piórem: panuje nad rytmem i specyficznym słownictwem, a swoim sposobem wyrażania myśli udowadnia, że wie o czym, co i dla kogo pisze.


Jak rysownika po kresce, tak jego po układzie zdań, ich konstrukcji i rozłożeniu akcentów poznaje się od razu. Od pierwszej linijki tekstu wiadomo, kto bazgrze. Natomiast obecnie króluje niewyraźny zwyczaj na brak stylistycznej oryginalności i ujednolicenie tekstów. W efekcie twórczość Obywatela Patałacha niczym się nie różni od twórczości Obywatela Epigona.


Myśl


Jak z kilku nastrojowo rozbieżnych przydawek w zdaniu, emocjonalnych uzupełnień  podmiotu rodzi się nowy i nieuchwytny kształt, a ich suma staje się zbiorem doświadczeń zestrzelonych w ostateczne, podświadome wrażenie, które może być przeżyciem zdolnym do wzbudzenia uśpionych wzruszeń, ich końcowym  i prawdziwym wyrazem, tak i on, poniewczasie, z refrenową odrazą i nadaremną nostalgią stwierdza, że jego wczorajszy świat runął w przepaść dzisiejszych  wątpliwości, że nie opiera się na solidnych, niezmiennych podstawach, bo podstaw takich już nie ma, gdyż zostały podważone i zamazane wieloznacznością, a w miejscu poprzednich, zagubionych i bezpowrotnie utraconych, dostrzega swoją złudną pewność niejasnego celu, chwiejne rojenia, zaprzepaszczone majaki.


Ulotność


Ludzie odchodzą z życia. Czas pędzi i razem z człowiekiem porywa wspomnienia. To jakby razem z nim ubywał kawałek nas; jestem zafascynowany Proustem i dlatego powiem za Nim, że wszystkie dzisiejsze wrażenia biorą się z wczorajszych. Nawet tych niewidocznych, dziejących się poza naszymi realnymi odczuciami. I jak On zauważam, że są z nami nadal i jesteśmy w stanie ożywić je w naszej pamięci. Właśnie tam istnieją i mówiąc o nich ocalamy jednocześnie utraconą cząstkę siebie.


Z drugiej strony: pamięć należy do ludzi, a człowiek jest niedoskonały; natura płata mu figielki. Jako że argumentując cokolwiek, trzeba posługiwać się własnym przykładem, rzecz o percepcyjnych figielkach zacznę od tego, ze wiele lat temu oglądałem film.


Bardzo był wzruszający i płakałem na nim jak bóbr. Nie mogłem się uspokoić, itd. Ale czas pogmerał w „niezapomnianych” wrażeniach, zweryfikował je i „na dzień dzisiejszy” ni cholery nie wiem, co spowodowało ten płacz, o czym by ten film i jakie problemy targały jego bohaterami.


Tego rodzaju historyjki przydarzają mi się często. Rok, może dwa reaguję zgodnie z brakiem sklerozy i dźwięk, zapach, jakieś słowo, pobudzają uśpioną wyobraźnię. Po tym okresie jednak zaczyna się moja wspomnieniowa ślepota i wszystko się zaciera. Ojciec, którego już nie ma, bo czas, biologia, bo naturalna kolej rzeczy, takie tam frazesy, jakie wypowiadamy, zanim odszedł, mieszkał w świecie książek.


To moi przyjaciele, mawiał. Innych nie chciał.


Patrzył na półki i całymi dniami siedział obok nich. Co wyglądało tak, jakby pilnował, by nie zmieniały należnego miejsca. Od czasu do czasu wstawał, otwierał jedną z książek i czytał jej spis treści.


Początkowo nie rozumiałem, dlaczego ogranicza się do samych tytułów rozdziałów, ale gdy Go zabrakło, zacząłem robić podobnie. I teraz, kiedy jestem jeszcze starszy, a za niedługo zrównam się z nim latami i będziemy jak rówieśnicy, wiem, że skoro czytało się po wiele razy jakąś książkę, nie trzeba wracać do niej, by żyła wciąż: wystarczy przypomnieć sobie tytuły, początki, słowa kluczowe, nazwiska bohaterów, by przed oczami pojawiła się CAŁA książka. To kwestia wyobraźni.


Lecz wiem o tym w sposób dziwny. Bo książek, fabuł, bohaterów, tekstów czytanych niedawno i przed laty, jest we mnie dużo i jak przechodzę obok półek i patrzę na ich grzbiety, SŁYSZĘ je, słyszę rozmowy bohaterów, trzask gałęzi, widzę ich twarze, patrzę, jak siedzą na polanie, w księżycowym blasku i mam wtedy pewność, że warto żyć, gdyż znowu nie jestem sam.


Zaślubiny z tragedią


W kwestiach sposobu rozumienia naszej apolityczności, zdania są rozmaite. Kiedy czytam je, przychodzi mi do głowy, że obecna sytuacja z gadaniem po próżnicy pasuje do sytuacji polskiego społeczeństwa tak ostro przedstawionej w dramacie Wyspiańskiego – WESELE.


Wtedy, a był to początek ubiegłego wieku, wtedy też nie potrafiliśmy ustalić, o jaką Polskę nam idzie. Co przedstawiciel jakiegoś środowiska, np. chłop lub sprzedajna figura zwana dziennikarzem, głosili prawdy objawione, jakby uwzięli się, by mieć rację przez chwilę. I żeby było bardziej groteskowo, każdy z tamtych wizjonerów uważał się za patriotę.


Demagogiczne tarcia ze spróchniałych czasów wyrażały narodową niemoc. Mistrz podsumował je chocholim tańcem. Tańcem, który miał być przestrogą. Ostrzeżeniem przed pustosłowiem.


Ale falsyfikaty, wzniosłe i tandetne, triumfują do dziś. Do teraz dramat jest aktualny, a chocholi pląs trwa nadal. Dalej nie potrafimy wyjść z zaklętego kręgu niemocy.


Tolerancja z plasteliny


Uganiając się za poszukiwaniem komentarzy do swojej wegetacji, zadajemy sobie odwieczne pytania: czy brak konwencji nie jest konwencją też? Czy w obecnie poharatanym świecie nasze niezłomne zasady są naprawdę niezłomne? Pytania te są odzwierciedleniem dezorientacji, której ulegamy dzień w dzień.


Są prawa umowne. Okolicznościowe. Tymczasowo słuszne. Radykalne na niby. Przestrzegane pro forma. Kodeksy ż y c z e n i o w e . Mamy zamiar ich dotrzymywać. Chcemy im wierzyć. Jesteśmy przekonani, że gdy będziemy ich przestrzegać, okażemy się moralnie w porządku. Ale czy potrafimy?


Tu napada mnie kocia muzyka zastrzeżeń. Zawierucha myśli. Toteż idę po rozum do głowy i zadaję sobie pytanie: czy zawsze i wszędzie prawidła te są możliwe do zastosowania? A jeżeli ktoś je respektuje, to jak go nazwać? Określić, kim jest? Rygorystą o komedianckim sposobie interpretowania TOLERANCJI ?


*


W Dekalogu mamy żelazne. W naszej postmodernistycznej rzeczywistości roi się natomiast od żeliwnych. Przytoczę niektóre, najczęściej łamane. Pierwsze:


Nie zabijaj.


Znaczy to: nie zabijaj w ogóle. Nigdy. Lecz kiedy się zastanowić, wymóg ten jest niewykonalny. Powiedzmy, że jako sędzia mam wydać wyrok w sprawie wielokrotnego mordercy. Zabił całą rodzinę, a zanim tego dokonał, pastwił się nad nią ze szczególnym okrucieństwem. Z czego był dumny, z lubością zagłębiał się w detale swojej zbrodni, a w ostatnim słowie rzekł, iż gdyby dano mu szansę, zrobiłby to jeszcze raz, bo kocha mordować.


Nie kradnij.


Znaczy to: nie kradnij wcale. Jednak jeśli nie kradniemy samochodów, rowerów i sakiewek, to czy możemy mówić, że jesteśmy uczciwi? A co z internetowym, nielegalnym pobieraniem oprogramowania, co z piractwem płytowym lub beztroskim wynoszeniem z pracy różnych materiałów biurowych?


Kochaj bliźniego swego, jak siebie samego.


Czy mam kochać mordercę mojej rodziny, pedofila gwałcącego moje dziecko, faceta, który, z dzikim entuzjazmem, życzy mi śmierci, bo dowiedział się, że mam raka?


Konkluzja: żyjemy w społeczeństwie. Mordercy, złodzieje, pedofile egzystują poza nim. Są na marginesach dla szubrawców. Nie są ludźmi. Nie są moimi bliźnimi.


Produkcja


 Są twórcy i są kopiści żywiący się ich dokonaniami. Sęk w tym, że przepisywacze cudzych pojęć mają się za twórców i choćbyś pożarł tysiąc fakultetów, to nie przekonasz ignoranta, że co pisze, to dziesiąta woda po kisielu. Nie nawrócisz go na pisanie wynalazcze, bo jest przyzwyczajony do stylistycznej matrycy; jednakowość w wyrażaniu myśli, to wyróżnik pseudoliterata.


Przykładowy skryba siedzi nad kartą papieru i czerniąc papier, wzdycha na „ucukrowaną” modłę WOW! W sposób sprawdzony, a więc bezpieczny. A więc gwarantujący „bezrefleksyjne zrozumienie”.


Pojedyncze WOW jest do strawienia, lecz jeśli milion pseudoliteratów zachwyca się identycznie, trzeba się zastanowić nad losem biednych drzew.

 

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko