Wacław Holewiński – Mebluję głowę książkami

0
80

Wacław Holewiński




Mebluję głowę książkami


mebluje-glowe



Nie urodził się w dzisiejszej Polsce ani tez nie umarł w tej dzisiejszej Polsce. Ale poetą, wybitnym poetą był Józef Łobodowski zdecydowanie polskim. Po ponad ćwierćwieczu /zmarł 18 kwietnia 1988 roku/ zupełnie niespodziewanie dostaliśmy od niego ostatnią książkę. Autobiografię. Niepełną, obejmującą ledwie młodość, pierwszych dwadzieścia kilka lat życia. Ale to autobiografia smakowita, pełna niespodzianek, dramatów, odkrywanych tajemnic, polemik politycznych, poetyckich, obyczajowych.

Urodził się 19 marca 1909 roku w Purwiszkach, majątku na Suwalszczyźnie /ale tej należącej dziś do Litwy/, szybko sprzedanym przez rodziców. Ojciec dostaje powołanie do armii rosyjskiej i robi w niej – mimo słabieńkiego wykształcenia – oszałamiająca karierę, dochodzi do stopnia pułkownika. Wybuch I wojny światowej wiąże się dla Łobodowskich – matki, dwu córek i Józia przenosinami do Moskwy. Te przenosiny, wychowanie wśród rosyjskich rówieśników, w rosyjskiej szkole dają mu znakomitą znajomość języka, tak przydatną w przyszłych pracach translatorskich. Ale wiążą się z tym także rzeczy straszne, bez wątpienia wpływające na psychikę młodego dziecka, widziane na własne oczy pogromy ludności niemieckiej, głód, zbrodnie rewolucji bolszewickiej, śmierć ojca i kompletnie bezsensowna śmierć dwa lata starszej siostry /tyfus/ tuż przed powrotem w 1922 roku do Polski.

Był buntownikiem prawie od urodzenia. Zaradnym, samodzielnym, przekonanym do swoich poglądów ale i krnąbrnym czasami nieprzejednanym. Znakomitym uczniem zafascynowanym poezją Słowackiego, którego usunięto ze szkoły za wagary. Ukończył ją tylko dlatego, że uparł się na to dyrektor szkoły, ksiądz Kazimierz Gostyński.

Wcześnie zaczął zarabiać pieniądze: korepetycje, praca na poczcie. Nikomu się nie kłaniał, o nic nie zabiegał. Tłumaczył wiersze ale i sam pisał – w 1929 roku własnym sumptem – nic wówczas szczególnego – opublikował swój pierwszy tom „Słońce przez szpary”, a dwa lata później, w roku, w którym rozpoczął też studia prawnicze na KUL-u, kolejne „Gwiezdny psałterz” i „O czerwonej krwi”. Ale to także czas wyborów ideowych Łobodowskiego, wyborów zdecydowanie lewicowych. Wstępuje do Związku Polskiej Młodzieży Demokratycznej /z którego występuje rok później/, redaguje związkową „Trybunę”. Zaczynają się też jego pierwsze kłopoty z prawem – procesy i konfiskaty prokuratorskie, potem wyroki i więzienie. Czy komuś dziś przyszłoby do głowy, że poeta może dostać sześć miesięcy za publikowanie wulgaryzmów? Albo za obrazę moralności? Potem było jeszcze gorzej – wojsko, degradacja, areszt, wyrok, wydalenie z wojska, próba samobójcza. Miał szczęście był już znanym poetą, redaktorem – wstawili się za nim ludzie pióra…

Poetyckie wybory Łobodowskiego? Przypisano go do starszego o sześć lat Czechowicza i do wileńskich „katastrofistów” ale to niezbyt trafne tropy, szedł własną, absolutnie indywidualną drogą. To prawda, był – jak wielu innych – w kręgu Czechowicza. Ale blisko był także na przykład z Piętakiem, z którym wynajmował pokój w Warszawie /prócz nich był tam jeszcze Bronisław Michalski/. To prawda, był „katastrofistą” ale był nim już w 1931 roku zanim w ogóle ukuto ten termin. Pisał w wierszu „Ostateczne”:

 

I nie ma na nas wyroku i nie ma na nas osądu

co by wichurą się zwalił w tę przestrzeń pustą

jest śmierć wyciągająca rękę ku ustom

jest śmierć sypiąca popiołem

n a  t w a r z  k o n a j ą c y m  l ą d o m.

 

zywot-czlowieka-gwaltownegoTo, co wyjątkowo ciekawe, to odchodzenie Łobodowskiego od komunizmu, sposób w jaki tego dokonał. Nie chciał wierzyć w żadne cudze opisy, chciał się przekonać na własne oczy jak wygląda sowiecka rzeczywistość. W 1935 roku nielegalnie przekracza granicę. Wędruje po Ukrainie i Wołyniu. I już wie, wie do końca życia, że nic tam dobrego. Odwrotnie, wyludnione wsie po „wielkim głodzie”, wszechobecny strach, podejrzliwość, nędza leczą go ze wszelkich złudzeń, jakichkolwiek nadziei związanych z „ojczyzną robotników i chłopów”. Wraca do Polski odmieniony. Dojrzewa jako poeta, partnera dostrzegają w nim najwybitniejsi – Tuwim, Wierzyński, Grydzewski. W styczniu 1937 roku dostaje za „Demonom nocy” Nagrodę Młodych Polskiej Akademii Literatury, współpracuje z chyba najwybitniejszym wojewodą międzywojnia – Henrykiem Józewskim. Pisze, publikuje, redaguje. Komuniści odsądzają go od czci i wiary. Polemizuje, zwalcza ich kłamstwa, broni swoich wyborów.

A przy tym, co tu kryć, Łobodowski, używa życia. Umie się nim cieszyć, brać je szeroką garścią. Wódka, kobiety, burdy. Tego nie brakowało. Był człowiekiem gwałtownym, to prawda. Ale był też wyjątkowo uczciwy. Szukał, błądził, sprawdzał. Nie szedł na kompromisy – odnajdywał jednak swój szlak. Bez wątpienia była nim prawda – zarówno poetycka /tu był bezwzględny, wydawał sądy jednoznaczne/ jak i polityczna.

Józef Łobodowski nie zdążył opisać całości swego, niezwykle bogatego, życia. Ta druga część, wojenna i powojenna, w Madrycie, była wcale nie mniej ciekawa, nie mniej dramatyczna. Zniknął w PRL-u całkowicie, obłożono jego nazwisko cenzorskim zakazem, nie publikowano, nawet nie wspominano. A on przecież nie przestał pisać. Mówił do Polski z Radia Madryt, wciąż tę Polskę kochał i o nią walczył.

Przypomniano sobie o nim w roku 1981, podczas „karnawału” Solidarności. To wtedy zorganizowano pierwszą poświęcona mu sesję, wieczór autorski, bez jego udziału, w lubelskim muzeum im. Czechowicza /chichotem historii można by określić przywracanie Polsce poety przez Janusza Kryszaka, profesora Uniwersytetu Mikołaja Kopernika – kto ciekaw dlaczego, niech wrzuci to nazwisko w wyszukiwarkę/. Ale nie przywrócono go – tak, jak na to zasługuje. Wciąż jest nieobecny, wciąż w tej wolnej Polsce nie wyszedł żaden zbiór jego wierszy. Wstyd. Wstyd ogromny. Tym większa wdzięczność dla wydawcy za „Żywot człowieka gwałtownego”. Książkę bez której nie da się już rozmawiać o poezji dwudziestolecia, o jej poetach, o ich obyczajach, przyjaźniach i szaleństwach.

 

Józef Łobodowski – Żywot człowieka gwałtownego – Editions Spotkania, Warszawa 2014, str. 348.


Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko