Z lotu Marka Jastrzębia – Skolimów dla twórców

0
171

Z lotu Marka Jastrzębia



Skolimów dla twórców



jastrzab-marek

Od dłuższego czasu toczy się w naszym tygodniku arcyciekawa rozmowa dwóch panów, Bohdana Wrocławskiego i Wacława Holewińskiego. Zainteresował mnie  siedemnasty odcinek tego publicystycznego serialu LINK, w którym mówią na temat pomocy pisarzom znajdującym się w dramatycznym stanie materialnym. Rzecz to ważna i poważna, przynajmniej taką powinna być dla wielu ludzi w podeszłym wieku, no i dla tych, co są w przedpokoju do starości. Wrocławski poszedł krok dalej: zaproponował utworzenie związkowej federacji, powołanie artystycznego, ponaddziałowego ugrupowania, którego nadrzędnym celem byłaby pomoc socjalna. Czyli właściwe i uzasadnione działanie skłóconych związków i stowarzyszeń.


I tak Wrocławski powiada:


Gdyby Pan dostawał listy od starych pisarzy, pisarek, kiedyś znanych, których książki zapewne Pan czytał, listy, w których toczy się dramat ludzi osamotnionych na granicy ubóstwa, nie mających na czynsz, którym wyłączono prąd… Widzi Pan, ja takie listy czasami dostaję do redakcji i proszę mi nie mówić, że jest opieka społeczna, bo ci ludzie nie są raczej tymi, którzy do tego miejsca udadzą się po pomoc. Aktorzy mają swój dom pod Warszawą. To dobrze, że czasami godzą się przyjmować tam członków ZLP i SPP, bez wyjątku na stan wojenny, przynależność partyjną, czy też nie. Mogę o tym pisać, bo nigdy nie zababrałem sobie życiorysu żadnym PZPR-em ani innym dziadostwem, ale mogę też apelować [podkreślenie moje] do Waszych sumień, abyście powołali wspólną komisję socjalną, która będzie starała się pomagać ludziom starym, bezbronnym. Jak? Najpierw ją wspólnie powołajcie, zróbcie coś, co będzie ważniejsze od partykularnych interesów obu zwaśnionych organizacji. I tu i tam są ludzie mądrzy i szlachetni i tu i tam są ci którzy latali do PZPR-u i do niego należeli. A co może jest inaczej, Panie Wacławie?

Na co Holewiński:


Tak, panie Bohdanie, jest kompletnie inaczej. Pan wciąż operuje pojęciami – przepraszam ale musze to Panu wytknąć – PRL-u. Komisja socjalna, proszę mnie dobrze zrozumieć, zgadzam się ze wszystkimi argumentami o potrzebie pomocy starszym pisarzom, którzy nie wyciągną ręki, a pomocy potrzebują – ma sens wówczas, gdy ma możliwości, rzeczywiste możliwości pomocy. Mówiąc wprost: jeśli ma pieniądze. Ani SPP, ani ZLP nie SĄ w żaden sposób dotowane z budżetu, nie dostają na swoją statutową działalność ani złotówki. Jedyne pieniądze, które otrzymują – a z nimi jeszcze PEN Club – to pieniądze z Fundacji Domu Literatury, fundacji zarządzającej prócz naszej wspólnej siedziby Astorią w Zakopanem i pałacykiem w Oborach. Te pieniądze ledwie, ledwie wystarczają na pensje naszych sekretarek.


A w innym miejscu dodaje:


Dopóki rządzący naszym krajem nie zrozumieją, że twórczość to jest jednak szczególny rodzaj działalności, aktywności ludzkiej – działalności, w której efekt najczęściej nie jest przeliczalny na złotówki – będzie tak, jak jest. Możemy oczywiście próbować wpływać na zmianę mentalności rządzących, już o tym pisałem – konieczne do tego jest znacznie szersze porozumienie. Albo związek zawodowy skupiający wszystkie zawody twórcze, albo jakiś rodzaj federacji związków i stowarzyszeń twórczych i wspólne negocjowanie uprawnień i zawodowych, i socjalnych dla wszystkich. Nie ma innej – w moim odczuciu – możliwości. Czy do takiego porozumienia dojdzie? Nie wiem, nie mam na to wpływu, ale i szczególnej nadziei – to rola Zarządu Głównego SPP – a i innych stowarzyszeń.


Apelować do sumień można, czemu nie, sam również to robię. Wszelako podobne apele sens mają tylko i wyłącznie wtedy, gdy są kierowane do ludzi mających takowe. Lecz tak się nieszczęśliwie składa, że większość twórców, odtwórców i przetwórców kultury nie dysponuje sumieniem, a zamiast niego ma kasy fiskalne zamiast serca i komercyjne urządzenia do wybiórczego współczucia.


Przez siedem lat mieszkałem jako rezydent w Domu Opieki Społecznej i był to dla mnie doskonały punkt poznawania ludzi, psychologiczny poligon złożony z obserwowania zgruchotanych charakterów, a także wystarczający argument do twierdzenia, że tego rodzaju placówki są potrzebne. Dlatego miejsce to wspominam z sentymentem.

Z sympatią, ponieważ był to okres młodości. A także nauki polegającej na poznawaniu innych, przeważnie starszych ode mnie, bardziej doświadczonych, obitych przez los, posiniaczonych przez chorobę. Patrzenie na nich pozwoliło mi śmielej spoglądać w przyszłość. Śmielej i odważniej oceniać swoje dotychczasowe cierpienia, gdyż któregoś dnia stwierdziłem, że ból, strach lub irracjonalny lęk, są to pojęcia względne i subiektywne, że ludzie umieszczeni w tych azylach mogą nadal prowadzić aktywne życie; co prawda na spowolnionych obrotach, względne i namiastkowe, ale nie sponiewierane, tylko bezpieczne.


Nikt jednak nie ośmieliłby się im powiedzieć, że skoro nie potrafią wykazać się energią i chęcią bezinteresownego działania, niech znikają.


Dlaczego? Gdyż onegdaj nie funkcjonowało obecne, rynkowe podejście do człowieka, gdyż na tak masową skalę nie wdzierał się do potocznej świadomości kult młodych i nie otaczano starych tak pieczołowitą wzgardą.


Kiedy słyszę: nie zastanawiam się jak będzie mi się żyło za dziesięć, piętnaście lat, to prócz szewskiej pasji ogarnia mnie zniechęcenie na myśl o przyszłości człeczego rodzaju; człowiek, który nie przejmuje się tym, co go czeka, który nie przewiduje, że może mu się pogorszyć stan zdrowia, to człowiek pozbawiony wyobraźni, żyjący po omacku, z dnia na dzień, trawiony złudzeniem chwili, która nigdy nie trwa wiecznie: wnet będzie samotny i bezradny na własne życzenie.

Nikomu nie życzę znalezienia się w beznadziejnej sytuacji, ale że takie sytuacje zdarzają się i to nadchodzą niespodziewanie, bez ostrzeżenia, wiadomo; jednego dnia jest się sprawnym, pełnym planów i perspektyw, nic nam nie dolega, następnego zaś mamy wylew, z trudem porozumiewamy się z otoczeniem, a wczorajsze plany są już nierealne.


Z początku walczymy póki można, staramy się nie martwić rodziny, udawać przed nią, że nic nam nie jest, że to, co nas dopadło, jest chwilową niedyspozycją, przejściową słabością. Nie chcemy nikogo absorbować swoją osobą, nie chcemy żadnej pomocy, wydaje nam się, że sami sobie poradzimy. Lecz po pewnym czasie orientujemy się, że sami nie damy rady, że do kieszeni trzeba schować tak zwaną dumę i fałszywe poczucie godności i zwrócić się z prośbą o pomoc.


Lecz gdzie i do kogo? Jak dotychczas nie istnieje schronisko dla literatów, coś w rodzaju Skolimowa, a dzięki takim humanitarnym poglądom, nie będzie go długo. Nie powstanie, bo ZLP i SPP wolą toczyć ze sobą bitwy, lać sobie na serca patokę nieśmiertelnych pretensji: międlić słomę o wyższości Świąt Bożego Narodzenia nad Świętami Wielkiej Nocy zamiast dążyć do ponad podziałowego zjednoczenia i  razem zająć się  tym, co woła o pomstę do nieba.


A co woła? Dalszy los zasłużonych pisarzy, kiedyś pełnych wigoru, nie za przynależność, ale za niekłamaną twórczość podziwianych, autorów niepośledniego formatu, a teraz napiętnowanych lekceważeniem, a teraz wstydliwie i skrzętnie poukrywanych w  niepamięci, poddawanych biologicznym prawom niedołęstwa. Więc może zamiast walczyć ze sobą, powołajmy Wspólny Dom Weterana Dla Ludzi Kultury, Dom nie tylko dla poetów i prozaików, ale i dla malarzy, kompozytorów, scenarzystów, ludzi estrady czy kabaretów; dla wszystkich animatorów artystycznych wydarzeń, którym zawdzięczamy chwile wzruszeń.


Nie wiem jak tego dokonać, zwłaszcza gdy pod krótką kołdrą piszczy bieda i na nic nie starcza, wierzę jednak w ofiarność naszego społeczeństwa. Może przez organizowanie koncertów, wystaw malarskich, teatralnych spektakli charytatywnych? Sienkiewicz otrzymał od NARODU dar w postaci Oblęgorka, dlaczego więc my nie możemy podarować sobie miejsca na spokojną jesień życia?
 

Dobry gospodarz dba, pielęgnuje, troszczy się o powierzone dobro, nie powie, radźta sobie sami. Dobry gospodarz wie, że istnieją przypadki losowe, nagły krach zdrowia, nieoczekiwane załamanie nerwów, nasilenie depresji. Wie, że w takich chwilach trzeba pomóc, szarpnąć się na altruizm i wyciągnąć do bliźniego rękę bez figi z makiem. Dobry gospodarz, to my i wspólne dobro, to też my: wszak jesteśmy u siebie.

 

 

 

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko