Andrzej Tchórzewski – Trochę zgrywy, sporo przemyśleń

0
271

Andrzej Tchórzewski

 

Trochę  zgrywy, sporo przemyśleń

(szkic recenzyjny)

 

Mieczysław Machnicki (ur.1943  w Martyszkowcach  k. Krzemieńca) to  poeta, prozaik, dziennikarz,  z wykształcenia socjolog uczestnik seminariów Marii Ossowskiej i Adama Podgóreckiego. Poetycką drogę rozpoczął  we Wrocławiu, jeszcze jako uczeń  szkoły średniej.  Szybko   znalazł się   w kręgu Piwnicy Świdnickiej  i najwybitniejszego poety Polski Zachodniej  Tymoteusza Karpowicza (1921-2003). Ten pochodzący z Wileńszczyzny  pisarz, oprócz  bagażu doświadczeń, jakie  były udziałem mieszkańców północno-wschodnich Kresów RP, miał spore wyczucie językowe i skłonność do teoretyzowania  równą co najmniej  poetom Awangardy Krakowskiej. Od niego rozpoczyna się dojrzały lingwizm oryginalny nurt w powojennej poezji  polskiej. Niepozbawiony zresztą, pewnych konsekwencji politycznych, gdyż  głosząc nieufność  do języka i wskazując na jego irracjonalne  uwarunkowania, stworzył podstawy do późniejszych nowofalowych  ataków na propagandowe manipulacje mediów. Karpowicz  beniaminkiem  komunistycznego reżimu  na pewno nie był. Trzykrotnie tracił  pracę w redakcjach pism  kulturalnych. Otrzymawszy amerykańskie stypendium, wyjechał w 1978 do USA. Pracował jako zaproszony wykładowca  (visiting profesor)  na uniwersytetach w Chicago i Nowym  Jorku. Zmarł w Oak Park koło Chicago.


Pożegnajmy, więc  Mistrza   i wróćmy do Ucznia. Jednego z  wielu. Obok nieżyjącego już  Krzysztofa Solińskiego, Janusza Stycznia,  czy Krystyny Miłobędzkiej, która dzisiaj jest uważana  za jedną z najlepszych polskich  poetek, ciesząc  się powodzeniem i szacunkiem,   zwłaszcza  wśród  młodzieży. Lingwizm przeszedł  do historii literatury, a poeci zaczynający pod skrzydłami Karpowicza zaczęli konsekwentnie szukać własnych dróg. I prawie wszystkim im się to udało. Recenzując w latach siedemdziesiątych drugi czy trzeci to wierszy Machnickiego zwróciłem  uwagę na pewną nieśmiałość wyobraźni, jej przygwożdżenie  do miałkiej rekwizytorni, pospolitych topoi  oraz dość ograne eksperymenty semantyczne, czy tzw. zabawy słowem mające dowodzić powszechnie znanej prawdy, że język (i mowa) to twory wyjątkowo nieprecyzyjne często zakłócające  proces  komunikacji międzyludzkiej. Wskazywałem na naturalne, organiczne niejako ciążenie Poety ku nadrealizmowi, jako dziedzinę poszukiwań takiej poetyki, która byłaby  oryginalną i dopasowaną  do osobowości  autora. Sugerowałem, na ile to wówczas było możliwe, że trzeba pożegnać się z lingwizmem   i zająć  się bardziej  groteskowymi przejawami rzeczywistości.


A do tego celu nadrealizm pasował jak ulał. Machnicki, który z kamienną twarzą potrafił opowiadać purnonsensowe dowcipy, wpadł na znakomity w swej istocie pomysł. żeby wykorzystać czytelniczy konserwatyzm, na ogół kojarzony  z przywiązaniem  do rymu jako prawie jedynego środka  stychotwórczego i kontrapunktować takie kataryniarstwo  jakimś racjonalnym, a często i banalnym aż do łez, stwierdzeniem faktu, bądź przytoczeniem oklepanej syntagmy. Piszę  tu o stanie dzisiejszym, o  specialite de maison tej poetyki. Byłaby ona niemożliwa bez praktykowania lingwizmu. Jednocześnie jest  trudna do naśladowania. W czasach, kiedy poeci oskarżają się nawzajem  o „kradzież” metafor tworzenie zastępczej  ironii  w pewnej zrytmizowanej  sekwencji słów wymaga nie  lada pomysłowości, chociaż na pozór wydaje się łatwe.


Jeszcze w piątym tomie pt. Wiersz  po latach (1), zawierającym teksty poetyckie napisane  w okresie 1978-1992 znajdziemy nawiązania  do Karpowicza, chociażby tytułem W górę las (1,18). Jest jednak już więcej  śmiałości, paraboli, oniryzmu. Ale  również logiczna dosłowność; „Tako rzecze  ostatnia zapałka,/ zapalona we śnie;/ „Zlały się nieba w niebieski pęcherzyk/pod zwierciadła powierzchnię.// W nim swoją głowę  widzisz uwięzioną:/ lecz ona w twoich rękach trzyma,/ twoimi rękoma,/ dwie głowy ścięte.” (1.17). Metoda wygląda tak; w wytartych z pozoru syntagmach czy przywołanych znajomych i prawie  archetypicznych obrazach mamy aluzje do Nietzschego, Andersena i jednej ze starotestamentowych  apokalips (2), a jednocześnie logiczną relację, rodem
z lingwizmu („ ..w twoich rękach trzyma… dwie głowy ścięte twoimi rękoma”). Jakaś  siła (wyższa?) wmuszająca komuś  zbrodnię albo tylko  tożsamość, gdyż owe głowy mogą być ścięte  przez inny podmiot. Konstrukcja quasi-strofy dopuszcza  też  taką interpretację stanowiąc zarazem ostrzeżenie  przed dwuznacznością składni. Przedostatni tomik wierszy Machnickiego (3) okazał  się przełomowy.


Dlaczego? Bo doszło  do szczególnego traktowania gramatycznych kategorii słowa, właśnie  z punktu  widzenia semantyki jako operacyjnie  pierwotnego. Wspomina o tym Breton  w  Pierwszym  manifeście  nadrealizmu,  głosząc postulat swobodnego posługiwania  się słowem (4,150). Np. uogólniona syntagma „źródło (światła… ciepła bólu… energii…) stanowi  punkt wyjścia  do poetyckich rozważań  o zakroju filozoficznym; „Jeśli rośliny czują./ to co robią światła/nie mające źródła?// Ani nowego czarnego/ płaszcza na zimę ? // Ukryją się w śniegu…// Uczepią  się rufy statku…./dając znak topielcom,/ że nie wszystko stracone/ / Że… nowe życie czeka/ jak utajony ruch ręką, dopiero sterujący myślą./” (3,58 ). Złamanie  zasad składni („ruch ręką” zamiast „ruch  ręki”, ”sterujący” zamiast „sterowany”) służy tu  do stworzenia  atmosfery nieokreśloności Kreacji, zbliżonej bardziej  do osobowego sacrum niż do lirycznego profanum.  Pamiętajmy jednak, że zasada  licentia poetica na taki zabieg pozwala.

 


Dwunasty tom wierszy Mieczysława Machnickiego już w tytule zawiera bądź kpinę, bądź przeciwstawienie się Tradycji ze stanowiska opisu obecnej sytuacji. Nawiązując do wypowiedzi Piotra Wysockiego z siódmej sceny  salonu warszawskiego trzeciej części Dziadów narrator liryczny (poeta?) stawia odrębną diagnozę. Dziś, gdy lansowana narracja oraz inne, często konkurencyjne, narracje,  zastąpiły tzw. Prawdę Dziejów, raczej  niedocieczoną  lub nieistniejącą, monolog Wysockiego pozostaje bezprzedmiotowym wyznaniem wiary Rewolucjonisty. Przypomnijmy sobie; „…nasz naród jak lawa/ Z wierzchu zimna i twarda, sucha i plugawa./ Lecz wewnętrznego ognia sto lat nie wyziębi;/ Plwajmy na tę skorupę i zstąpmy do głębi.” (5,231).

 


Prawie dziennikarskim  stwierdzeniem faktu jest konsumpcja („lawa  się nasadza”)  A co z zapałem? Pod wpływem erozji (=czasu) zamienia się w … co? Trudno dociec. W setki (zbędnych) rytuałów w jakąś giga-rekwizytornię? Poeta zostawia nas w niepewności, w sytuacji poszukiwań i ponawianych aktów wyboru. Stanowi to całkowite przeciwieństwo romantycznych zachęt i nawoływań. Ostatni tom wierszy  Machnickiego (6) składa  się z dystychów, rozmaicie poszeregowanych i rymowanych często bardzo kunsztownie. Mnie ta sylabotoniczna forma bynajmniej  nie dziwi, a niekiedy wręcz odsyła  do średniowiecznej poezji łacińskiej czy buddyjskiej Dhammapady, będącej – jak wiadomo – swoistym podręcznikiem  etyki. Te analogie nie są jednak ważne, bo w konsekwentnie pomyślanym  tomie, mamy do czynienia  z typową  dla współczesnej poezji narracją metaforyczną i specjalnie skonstruowanym bohaterem lirycznym, którym jest młodzieniec, chłopiec, chłopak, „większy chłopak we mnie”.  Wpływ Gombrowicza? Może, ale bez gombrowiczowskiej „ideologii” Niedojrzałości. Lepszy, zresztą, „Gombrowicz”, niż  „O’Hara”  z opisami  mocno nudnawych zdarzeń ze środowiska  cyganerii artystycznej. Przemyślana konstrukcja  książki poetyckiej polega na nienadawania tytułów wszystkim zamieszczonym  tu wierszom i opatrywania  ich gwiazdkami. Wyjątek, potwierdzający  regułę, to ostatni wiersz  kpiarsko zatytułowany Żywot człowieka  poczciwego, a składający się z polskich tytułów książek o  tezaurusowym polu semantycznym człowiek. Bawiąc  się w jakiegoś meta–Reja, Autor  wskazuje, że korzeniem współczesnej zacności nie jest cnota, lecz kultura. A widoczne w  tekstach obśmiewanie utartych związków  frazeologicznych, syntagm, haseł, każe nam przypuszczać, że  również ten rodowód jest cokolwiek podejrzany.

 


Jednak nie wszystko jest wykpione lub przenicowane bez  względu na tradycyjną zasadę  słuszności, która w postmodernizmie zda się nie istnieć. Wiersz zaczynający się od incipitu – „Gdy miałem  lat siedem pokochałem Zoję” zwalcza propagandowy mit i stanowi sensowną polemikę z socrealizmem, a zarazem policzek wymierzony  temu, pożal się Boże, „prądowi literackiemu”. Powinien być zamieszczany i cytowany wszędzie tam, gdzie mówi się o  zastępczym użyciu  poezji czy literatury w  funkcji  agitki komunistycznej… Chodzi tu, oczywiście, o pierwsza bohaterkę Związku Sowieckiego Zoję Kosmodiemianską (1923-1941), ikonę bolszewickiej propagandy.
W świetle dziś znanych nam faktów, raczej mit niż postać rzeczywistą. Jeśli  rzeczywistą, to ogromnie  plugawą, gdyż w odwecie za śmierć tej ochotniczki–dywersantki skazanej przez niemiecki sąd  wojskowy za… podpalenie trzech zagród rosyjskich wieśniaków, enkawudowska Smierszcz  wymordowała później wszystkich mieszkańców wsi. Pewnie za to, że nie udzielili szlachetnej  komsomołce  pomocy przy podpalaniu swoich domostw, w celu realizacji znanego rozkazu Stalina przewidującego taki  właśnie  sposób… pozbawiania hitlerowców zimowych   kwater  na ziemi  rosyjskiej. Czysty  nadrealizm, ale nie w wykonaniu polskiego poety,  lecz sowieckich strategów. W świetle znanych nam dzisiaj dokumentów prawdopodobnie  nieudolną, acz ideową podpalaczkę wydał w  ręce żołnierzy Wehrmachtu jej  własny  kamandir. Smakowita  historia. Czyste pomieszanie z poplątanie. Z udziałem sowieckiego bajzlu, gdyż wieś ta wg kwatermistrzowskich planów nie była wcale wyznaczona  na zimowe pielesze niemieckich  żołnierzy i żadne  hitlerowskie oddziały nie stacjonowały w niej czy w jej pobliżu. Listopad 1941 r. to okres intensywnego parcia Niemców na Moskwę. Wątpić też można, żeby przez kilka miesięcy intensywnej ucieczki, Sowieci zdołali wyszkolić  jakichś cichociemnych i rzucić ich na tyły wroga. Tak więc historia osiemnastoletniej komsomołki to okrutna baśń, którą świetnie wypunktował  Machnicki. Przesłaniem  wiersza jest stwierdzenie, że dość naiwna patetyczna  propaganda może  trafiać wyłącznie do dzieci i osób zdziecinniałych ale obie  grupy trzeba chronić przed takim marketingiem politycznym. Znakomita  puenta wiersza przejrzyście wypowiada inną prawdę; dłuższe oddziaływanie   totalitarnej propagandy stwarza nawet  warunki do zbrodni. ”Mam lat  siedemdziesiąt nie kocham się w Zoi/ gdy rozniecę popiół sam spalę trzy domy.”(6.43 )

 

Lektura ostatniego tomu wierszy Mieczysława Machnickiego potwierdza przypuszczenie, że poetyka nadrealizmu jest ciągle nośną, a  w niektórych sytuacjach – niezastąpioną. Dlatego z niecierpliwością  czekam na kolejną książkę poetycką, która ma  się ukazać również  w serii „Biblioteki Toposu” wczesną jesienią bieżącego roku, pod atrakcyjnym (i trochę katastroficznym) tytułem jest tylko grad i deszcz perseid.

 

Andrzej Tchórzewski

 


BIBLIOGRAFIA

1. Mieczysław Machnicki: Wiersz po latach, Wyd. Orfeu,1993, s.116

2. Mam tu na względzie biblijny  gatunek literacki, przeważnie o charakterze apokryficznym, a nie jego najbardziej  znaną egzemplifikację Objawienie Świętego Jana, zresztą tekst kanoniczny z Nowego Testamentu

3. Mieczysław Machnicki: Całość,  Wyd. Nowy Świat, Warszawa 2012,s.70 

4. Za antologią wypowiedzi programowych Modern French Poets on Poetry ułożoną przez Roberta Gibsona, CUP, Cambridge 1961r, s.291, indeksy nazwisk, utworów i pojęć, cz.3, rozdz.2 ,s. 150-180 The poet and  language. Na początku znajdziemy  tam następującą wypowiedź Andre  Bretona;    „Le langage a été donné á l’homme pour qu’ il en fasse un usage surréaliste”.  

5. Adam Mickiewicz: Dziady, wyd. lektur szkolnych „Kama” Warszawa, ndt. s.231, wiersz 227-230

6. Mieczysław Machnicki: Lawa się nasładza skorupa ciemniej, Sopot 2013, s.55. Biblioteka Toposu. t 86                                                                      

 

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko