Zygmunt Janikowski – Teatr za darmo

0
160

Zygmunt Janikowski


Teatr za darmo

(piąta klepka)

 

 

Ryszard TomczykCzęsto się zdarza, że jakieś zupełnie błahe wydarzenie z naszej młodości lub nawet dzieciństwa, “przyklei” się do nas na stałe i pozostaje w pamięci do końca życia. Jednym z takich wydarzeń jest dla mnie wspomnienie mojego przyjaciela z Krakowa, który siadając na betonowej ławce przy Ratuszu, mawiał: ” Nie musimy rozmawiać. Popatrzmy na ludzi i pooglądajmy teatr za darmo”. 

 

Od tego czasu oglądałem niezliczoną ilość darmowych spektakli w najróżniejszych stronach świata i nawet wyrobiłem sobie całą skalę ocen tej darmochy. Oczywiście, są spektakle lepsze i gorsze; tradycyjne, nowatorskie, awangardowe, a niekiedy zdarzają się też eksperymentalne. Co prawda, jest to teatr oszczędny w dialogi, gdyż ogranicza się przeważnie do zasłyszanych zdań, ale nawet genialny teatr Tadeusza Kantora nie istnieje “na papierze”, tylko na DVD.

 

Ostatnimi czasy, kiedy odwiedziłem córkę mieszkającą w Seattle, miałem okazję obejrzeć całkiem niezłe przedstawienie, które zaszeregowałem do klasy nowatorskich. Otóż, zdarzyło się, że córka zabrała mnie na mecz dość popularnej w Seattle koszykówki kobiet (mieliśmy darmowe bilety). Koszykówki nie lubię, ale nie wypadało mi odmówić. Kiedy przyjechaliśmy na miejsce, hala wypełniona już była po brzegi, w większości nastolatkami płci żeńskiej w wieku od czternastu do osiemnastu lat, których entuzjazm w kibicowaniu większy był niż fanatyzm połączonych sił polskich i angielskich kiboli. Mieliśmy dobre miejsca w ósmym rzędzie. Niższe rzędy zajmowały kobiety w średnim lub nawet starszym wieku, które przez większość meczu, ku mojemu zdziwieniu, zachowywały się jak pary zakochanych nastolatków. Tuż obok mnie rozgościły się dwie młode, mówiące po niemiecku, bardzo atrakcyjne dziewczyny. Przez cały mecz głaskały się po rączkach i od czasu do czasu namiętnie całowały, jak gdyby siedziały gdzieś w ostatnim rzędzie ciemnej salki kina Miniaturka” w Krakowie. Nie koniec na tym. W przerwach pokazano bardzo interesujący program sportowy. Organizatorzy stanęli na wysokości zadania, ubierając młode i zgrabne dziewczyny w czarne rajstopy, spod których przeświecały sznurkowe majtki. Każdy przyzna, że w tych okolicznościach, wynik meczu pomiędzy Seattle Storm i Los Angeles Sparks był najmniej ważny i zupełnie mi obojętny.

Sportowe osiągnięcia traktowałem jako dodatek do teatru za darmo.

 

Może tego rodzaju “przedstawienia” nie zawierają zbyt dużych wartości intelektualnych, ale skutecznie konkurują z prawdziwym teatrem, na prawdziwej scenie. Jeżeli nawet przyjmiemy, że widownia teatralna ma nieco inne wymagania niż tysiące kibiców na stadionach sportowych, to musimy się zgodzić, że nie ma na świecie takiej widowni, która lubi nudę. Niestety, wystarczy przejrzeć repertuar teatrów (zawsze czytam przegląd p. Jasielskiego), żeby dostrzec w nim ziewającą Nudę, udającą teatr. Jest tu wprawdzie kilka pozycji z klasyki teatru, ale kto dzisiaj chce oglądać “Hamleta” ?  Chyba tylko obowiązkowe wycieczki szkolne i niewielka grupka miłośników teatru, należąca już do klasy umarłej.

Pomijając klasykę, w większości wypadków, nad teatralnymi kasami możemy śmiało powiesić reklamowy napis z podrzędnej restauracji – “Dziś flaczki”. Na pewno nie ożywia to aktywności ruchu teatralnego w Polsce. Publiczność oczekuje dziś mocnych wrażeń, czegoś zupełnie nowego, budzącego podziw i sensację, o wyjątkowych wartościach intelektualnych i widowiskowych. Powszechnie wiadomo, że każde dobre przedstawienie zapewnia komplet widzów na sali teatralnej. Widzów, którzy wcale nie muszą być “oczytani” i posiadać poszerzonej wiedzy o literaturze. Żyjąc w dobie upadku kultury i powszechnego ogłupienia, musimy znaleźć nowe środki wyrazu, żeby przyciągnąć tych ludzi do teatru. Nie jest to zadanie łatwe, tym bardziej, że młodzi adepci sztuki dramatycznej  nie rokują większych nadziei. Na internetowych stronach Gdyńskiej Nagrody Dramaturgicznej (gnd.art.pl

umieszczono listę sztuk teatralnych z ostatnich lat. Kilka z nich miałem okazję przeczytać, pozostałe, niestety, znam tylko ze streszczeń dołączonych do nagrodzonych pozycji. Nie natrafiłem na nic rewelacyjnego. Z całą pewnością są to utwory poprawnie napisane. Przypuszczam, że wszystkie kropki i przecinki umieszczone są na właściwym miejscu. Czy to wystarczy ? Ośmielam się wątpić. Największe wrażenie zrobiła na mnie kilometrowa lista nagród i sukcesów, dołączona do każdego nazwiska. Czyżby wszystkie te sztuki były aż tak genialne?   Nie chcę uchodzić za notorycznego malkontenta, ale w tym kontekście nawet Rumuni pani Masłowskiej wyglądają całkiem nieźle. Druga połowa dramatu napisana jest ze sporym talentem. Przy niewielkich poprawkach można by uznać tę sztukę za jedną z najciekawszych w ostatnich latach. Jest to jedyny utwór Doroty Masłowskiej, który oceniam pozytywnie. O pozostałych mogę tylko powiedzieć: duży kulfon…i duża nagroda.

 

Trzeba obiektywnie przyznać, że istnieją próby zainteresowania widowni oryginalnymi  przedsięwzięciami scenicznymi, które z braku wybitnych dramaturgów, podejmują reżyserzy teatralni. Jan Klata, specjalista od sztuki awangardowej, w jednym ze swoich telewizyjnych wywiadów, powiedział, że mając (cytuję dosłownie) “klasyczny tekst; mądry, sensowny, to można go zrobić albo w sposób mądry, sensowny, albo bezsensowny. Bezsensowne teksty można zrobić tylko w sposób bezsensowny”.  Nie bardzo pojmuję o co chodzi. Jaki jest cel przerabiania czegoś sensownego, na bezsensowne ?  Przecież to nie jest polityka. A może zacząć przerabiać teksty bezsensowne, na sensowne. Dlaczego nie ? W teatrze wszystko jest możliwe. Można je na przykład skrócić i wyrzucić, co w większości wypadków wydaje się być czystym złotem.

 

Coraz częściej pojawiają się różnego rodzaju specjaliści od produkcji awangardy, którzy za wszelką cenę, nawet za cenę głupoty, potrafią przerobić dowolny tekst na super nowatorski klekot, byle tylko wzbudzić kontrowersję i uzyskać rozgłos. Prawie wszystkie “nowatorskie” przedstawienia są mniej więcej do siebie podobne, gdyż tak autorzy współczesnych tekstów, jak i “specjaliści” od interpretacji, mają tylko jedną receptę na współczesny teatr – dużo krzyku, wulgaryzmu i bieganiny po scenie.

Dlatego, chociaż kocham nowatorstwo (w każdej dziedzinie), coraz częściej wracam do mojej ulubionej klasyki. Czytając “Szklaną menażerię” Tennessee Williamsa, smutną, ale jakże prawdziwą i wzruszającą historię, więcej dowiaduję się o ludziach i ich życiu niż z sensownych i bezsensownych tekstów awangardowych.

 

Wszystkim specjalistom i miłośnikom “udawanej” awangardy przypomnę fragment “Szalonej lokomotywy” Witkacego:

 

DYMIDRYGER

Na miłość boską, panie kierowniku, nie traćmy czasu na dysputy !  To nie jest przedstawienie w teatrze !  Pan musi przecież pomóc w jakiś sposób !  Przecież znam pana osobiście.

KIEROWNIK POCIAGU

Ja  w ogóle nic nie wiem. Nie wiem gdzie są dźwignie sterowe !  Umiem tylko dziurkować bilety lub kontrolować, czy są już przedziurkowane. Specjalizacja to największa klęska naszej epoki !

Nieprawdaż ?”

 

I to jest teatr.  Teatr, za który chętnie zapłacę.


Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko