Jan Stanisław Smalewski – W sowieckich obozach śmierci (10)

0
262

Jan Stanisław Smalewski

 

W sowieckich obozach śmierci (10)

Na Kołymie

 

W pobliżu obozu znajdował się garnizon wojskowy. Za ogrodzeniem z drutu kolczastego, w barakach o dużo lepszym stanie od obozowych, mieszkały władze obozu wraz z rodzinami i rozlokowane było wojsko; jednostka zabezpieczająca konwoje dla więźniów i warty dla ochrony całego garnizonu.

W garnizonie, przy jednym z baraków gospodarczych, znajdowała się psiarnia: duży ogrodzony siatką plac, podzielony na liczne sektory, gdzie w długich rzędach stały psie budy. Psy miały swoich stałych opiekunów, którymi byli wartownicy. Karmieniem psów i utrzymywaniem porządku w psiarni, zajmował się na stałe sołdat, który dość często korzystał z pomocy więźniów.

Z powodu nasilenia się dolegliwości zdrowotnych „Maks” trafił do psiarni, a wraz z nim dwóch innych pomocników. Jeden wyznaczony został do sprzątania psich bud, a on wraz z Azerbejdżaninem miał zająć się przygotowaniem psiej strawy. Ten co sprzątał, był Łotyszem. Antoniego i Azerbejdżanina sołdat zaprowadził do psiej kuchni.

W trzech małych pomieszczeniach barakowych znajdowały się wszystkie niezbędne rzeczy do przygotowania psiej uczty.

– Tu jest kasza –objaśniał sołdat, pokazując na pękate worki leżące w podręcznym magazynku. – A tutaj…– otwierając drzwi do sąsiedniego pomieszczenia, niedbałym ruchem ręki wskazał na metalowe skrzynie – macie surowe mięso i ryby.

Łagiernikom oczy wyszły na wierzch. W skrzyniach i na podręcznym stole leżało kilkadziesiąt kilogramów mięsa z fok i morsów, i sterta dużych, śniętych ryb.

– Umiecie gotować? – zapytał. – Piec jest tu w kuchni – uchylił kolejne drzwi.

– Umiemy – z trudem opanowując drżenie głosu, odparli więźniowie.

– To musicie się podzielić robotą. Jeden niech się zajmie ogniem i nanosi wody, a drugi może w tym czasie pokroić i przygotować mięso. Mięso należy ugotować oddzielnie. Kaszę uwarzycie w tym dużym kociołku – pokazał na żeliwny, osmalony ogniem gar. – A mięso w tym mniejszym garnku. Jak zgotujecie wszystko, to zmieszacie żarcie razem i zaczekacie na mnie. Przyjdę do was w południe i pomogę nakarmić psy.

Tylko nie próbujcie stąd nigdzie się ruszać – uprzedził. – Ten wartownik na wyżce będzie miał was cały czas na oku – pokazał na pobliską wieżę wartowniczą, na której widać było wartownika z karabinem maszynowym.

Po tym instruktażu żołnierz oddalił się.

Mój Boże – pomyślał Antoni – psy tu mają stokroć lepiej niż więźniowie. – Podzielił się tym spostrzeżeniem z Azerbejdżaninem, który z niedowierzaniem obmacywał leżące na stole hałdy mięsa.

– Tyle mięcha?! A jakie piękne to mięcho?! A jakie wspaniałe ryby?! Popatrz, wcale nie śmierdzą – zachwycał się Azerbejdżanin. – Trzeba natychmiast rozpalić ogień i ugotować to wszystko, żeby zanim on wróci… – Nie dokończył, gdyż w ustach poczuł gwałtowny przypływ śliny, którą musiał przełknąć. Antoni odczuwał to samo i doskonale rozumiał, co on miał na myśli.

– Tak, koniecznie musimy się pośpieszyć i zaraz ugotować mięso. Jeśli się zgodzisz, ja się zajmę kuchnią – pokazał na opuchniętą dłoń. – Miałbym kłopot z tą chorą ręką, pokroić tyle mięsa.

Azerbejdżanin zgodził się. – Dobrze, rozpal ogień i przygotuj wodę. Mógłbyś też wziąć się za kaszę.

– No tak, ale dwa gary na jednym ogniu nie zmieszczą się.

– Słusznie. Przecież ustaliliśmy, najpierw mięso. – Podszedł jednak do worka z kaszą i zanurzył dłoń w ziarnie. – Nie uwierzysz, jaka kasza?! Takich krup jak żyję, nie jadłem. Popatrz, jęczmienne.

Gdy już nieco ochłonęli, zabrali się do pracy. Antoni paląc w piecu i pilnując gara, cały czas zazdrościł psom. – Przecież to nie grzech zazdrościć zwierzętom?

Tego dnia udało im się najeść do syta mięsa i kaszy.

– Żeby tak można było ukraść wiadro karmy i zabrać ze sobą do obozu – Azerbejdżanin myślał głośno o nakarmieniu swoich przyjaciół.

– Wiadra nie da się przenieść, ale po kawałku mięsa możemy schować – zaproponował Antoni.

– A jeśli nas zrewidują?

– To najwyżej odbiorą nam mięso. Póki co, zamiast się martwić na zapas, pójdź i zastąp Łotysza. Jemu też się coś należy.

Kiedy powrócił żołnierz, karma była gotowa.

– Wszystko gotowe, tak, jak kazałem?! – obejrzał karmę z uwagą. – No to chodźcie, nakarmimy psy.

– Nie wiem, co bym zrobił – pomyślał Antoni – gdybym, będąc głodnym, musiał patrzeć na to, jak zachłannie zwierzęta spożywają przygotowany przez nich posiłek. A może żołnierz przeczuwał to i dlatego pozwolił im pracować bez nadzoru?

Mało tego, że pozwolił, żeby byli sami, ale jeszcze ich pochwalił, że się dobrze spisali.

– Jutro rano też was tu zabiorę – wyjaśnił. I nie kłamał. Kolejne dni Antoni Rymsza spędził w psiarni. Pan Bóg czuwał nad nim. – To była cudowna kuracja zdrowotna. Wprawdzie ręka nadal jeszcze go bolała, ale powrót sił fizycznych budził nowe nadzieje.

 

Trzy dni to było jednak za mało, żeby wydobrzała ręka Antoniemu Rymszy. Po kilku godzinach pracy przy łopacie spuchła mu ponownie, a nieznośny ból uniemożliwił dalsze narzucanie rudy na stół Wilfleja.

– Wasza porcja chleba zostanie dzisiaj ograniczona – poinformował go brygadzista Klacki.

Mniejsza o te sto gram chleba – pomyślał Antoni. – Będzie gorzej, jeśli choroba rozwinie się i… straci rękę. – Nie daj Boże – zwrócił się w myślach do stwórcy. – Nie chcę być inwalidą. I to na początku odbywania wyroku.

Po powrocie do obozu, udał się prosto do san–czaści. Felczer udzielił mu kolejnego zwolnienia od łopaty i polecił nazajutrz zgłosić się ponownie. Gdy przyszedł, obejrzał mu zsiniałą i zapuchniętą dłoń i zaprowadził go do lekarza. Następnego dnia Rymsza skierowany został na komisję lekarską.

Komisja, na którą poprowadził go jeden z felczerów, odbyła się w baraku poza ogrodzeniem zony. W jej skład wchodzili: lekarz, oficer personalny, jakiś cywil i dwóch oficerów, spośród których jeden był komendantem obozu, a drugi jego pomocnikiem, bądź zastępcą.

Gdy, przedstawiając się, wypowiedział już sławetną litanię rozszyfrowującą jego numer łagiernika, major Fiećko zapytał krótko:

– Gdzie chcecie pracować?

– Ja? Gdzie chcę pracować? – był zdziwiony tak postawionym pytaniem. – Nigdzie nie chcę pracować – odparł.

– Jak to nigdzie? Odmawiacie pracy?

– Nie, nie odmawiam. Wykonam wszystko, co będę musiał wykonać, ale skoro pytacie, co ja chcę, to wam odpowiadam, że z własnej woli nic nie chcę.

Komendant z niezadowoleniem pokręcił głową. – Znaczy się, nie macie żadnych próśb?

– Nie mam.

– I z własnej woli pracować nie chcecie?

– Z własnej woli nie chcę.

– A możecie nam powiedzieć dlaczego?

– To proste. Dlatego, że jako Polak nieprawnie zostałem osądzony i skazany przez trybunał wojenny ZSRR. Nie czuję się winny i nie chcę niczego dla was robić.

– Nie bądźcie tacy hardzi! – zwrócił mu uwagę oficer siedzący przy boku komendanta. – U nas hardość nie popłaca. Ci, co byli hardzi, już dawno śpią za „ósmym priborem”.

Mimo iż przywołanie ogólnego cmentarza wywarło na nim wrażenie, starał się zachować równowagę. – Ja wiem o tym, ale skoro mnie pytacie, mówię prawdę – wyjaśnił.

– A może wy tą rękę tak specjalnie zepsuli, co? – pomocnik komendanta był podejrzliwy.

– Zapytajcie lekarza. Mnie nie musicie wierzyć, a on wasz człowiek.

– No dobrze już, dobrze. Z taką ręką rzeczywiście nie przydacie się przy przerzucaniu gruntu łopatą – przerwał major Fiećko. – Damy was na Fabrykę nr 8, do OTK.

– Zrobicie, co uważacie.

– Mylicie się, Rymsza. Fakt, że wezwaliśmy was do siebie na komisję i że tylu ludzi poświęca wam swój drogocenny czas, świadczą o czym innym. Interesuje nas to, co dzieje się z wami. A ponieważ zachorowaliście, chcemy wam pomóc. Jak widzicie, władza radziecka troszczy się nawet o więźniów.

Słysząc znów wywody o władzy radzieckiej, Rymsza miał już na końcu języka złośliwą odpowiedź, ale ugryzł się w niego. Nie zadrażniaj więcej – pomyślał. – Nie pogarszaj sytuacji, jeśli jej wartość zależy tylko od ciebie. Przecież wiedział od swojego rodaka –felczera, że brygadzista Klacki zameldował, że odmówił tej pracy. Ten ruski człowiek nie mógł go zrozumieć, nie spodziewał się więc i zrozumienia od członków komisji.

– No, co nic nie mówicie? – zapytał komendant. – To chcecie iść do OTK, czy macie inne życzenia?

– Skoro każecie, to pójdę. Nie wiem tylko – wzruszył ramionami – co to jest to OTK?

– A, nie wiecie, co to takiego OTK? – zaśmiał się major. – To oddział technicznej kontroli. Będziecie tam pracować przy określaniu prób rudy, pobieranych przez wiertaczy, jasne?

Rymsza był zaskoczony. Spodziewał się czegoś gorszego, znacznie gorszego.

 

W Fabryce nr 8 zatrudniony został w „Izmielczycielnoj”, to znaczy przy przemiale prób geologicznych rudonośnego gruntu. Na „Dnieprowskim” badania geologiczne prowadzone były równolegle z pracami wydobywczymi. W ich wyniku ustalano kolejność dalszego drążenia chodników i wydobywania rud.

W terenie działała tak zwana razwietka. Byli to wiertacze (więźniowie, którym pozostało dwa, trzy lata do ukończenia wyroku, towarzyszący geologowi zatrudnionemu spośród wolnych) wykonujący odwierty w gruncie i pobierający z nich jego próby.

Wiercono w skałach do głębokości dwunastu, trzynastu metrów. Na tyle pozwalały urządzenia wiertnicze, jakimi dysponowali.

Wszystkie wyjęte z otworów wiertniczych próbki, były odpowiednio oznakowywane i numerowane, a potem dostarczane do „Izmielczycielnoj”, gdzie przygotowywano je do dalszej obróbki w laboratorium chemicznym.

Ten warsztat umiejscowiono w szopie zbudowanej z drewnianych drągów. Ściany z około piętnastocentymetrowej średnicy pni obcięto gdzieś na wysokości trzech metrów i przykryto dachem z żerdzi, desek i papy. Jedna z jego ścian przylegała bezpośrednio do ogrodzenia z drutów kolczastych.

Wewnątrz szopy znajdowały się dwa nieduże pomieszczenia, z których jedno służyło do przygotowywania i suszenia prób, a w drugim pracował nieduży amerykański młyn Dżons z systemem drobniutkich sit i dwóch kamiennych żaren, napędzanych silnikiem elektrycznym, przewodami z Makłarena.

Więźniowie pracujący w razwietce przynosili jednorazowo po sześć, siedem woreczków z próbami kamienistego gruntu. Próby te trafiały najpierw do pomieszczenia z żelaznym piecykiem. Tam przesypywano je do rozmaitych baniek i puszek po konserwach, i zachowując kolejność numeracji, zaprawiano ropą oraz różnymi chemikaliami, co stanowiło wstępną obróbkę chemiczną, określaną fachowo mianem flotacji. Zatem pracę tę wykonywali flotacze. Mieszali oni to wszystko w specjalnym mieszalniku ze śmigłem przypominającym śmigło samolotu. W mieszalniku wszystkie ciężkie elementy zawierające rudę opadały na dno, a szumowiny wypychane były na zewnątrz i usuwane.

To, co zostało po flotacji, suszone było przy ogniu na piecyku i dopiero po wysuszeniu, oddawane do zmielenia. Zrozumiałe jest zatem, że w pomieszczeniu flotacyjnym śmierdziało ropą i chemikaliami. Podobnie zresztą było w izmielczycielnoj. Poza tym pozostający w ciągłym ruchu młyn „Dżons” dawał niesamowite zapylenie.

Zadaniem Antoniego Rymszy było przejmowanie wysuszonych prób, przemielenie ich na „Dżonsie” oraz opisanie przygotowanych w ten sposób pakiecików i odesłanie ich do laboratorium chemicznego.

Próby wysuszonego skalistego gruntu i skał rudonośnych mielone były na pył i przesiewane przez system drobniutkich siateczek, o oczkach do 147 meszt (mikronów). Oczka były tak małe, że gdy polało się siatkę woda, bez potarcia jej palcem, woda nie przeleciała.

Zakurzony niczym młynarz w Kobylniku, Antoni wrzucał na żarna wysuszone próby i pilnował, by spadający na nie co kilka sekund drewniany korek, trafiał właściwie. Korek zrobiony był z twardego drewna i mimo, iż pracował w styczności z metalem i kamieniami, wydawał się niezniszczalny. Gorzej było z siatkami. Te niszczyły się szybko, strzępiły i przecierały. Nadzorujący je inżynier nakazywał szczególną troskę, panikując na widok każdego, dostrzeżonego uszczerbku, gdyż – jak twierdził – nowe praktycznie były nie zdobycia. Amerykanie oferowali ich sprzedaż wyłącznie razem z nowym młynem.

 

Gdy któregoś dnia Antoni Rymsza wrócił po pracy do obozu, podszedł do niego młody, przystojny i dość dobrze zbudowany mężczyzna. Oceniając po wyglądzie, można było domyślać się, że wolność utracił niedawno.

– Dzień dobry – odezwał się po polsku. – Ja pana znam. Pan był dowódcą polskich partyzantów. Pseudo miał pan „Maks”, prawda?

Młodzieniec zaskoczył go. – A skąd mnie pan zna?

– Pochodzę z pana rodzinnych stron. Z Soczynięt. To taka wieś leżąca w pobliżu Żodziszek.

– Wiem, oczywiście, że wiem, gdzie to jest – przerwał mu Antoni. W jego pamięci, jak na filmie, przesunęły się obrazy z przeszłości. Przecież to tylko piętnaście kilometrów od domu jego rodziców.

– Pamiętam pana, jak stacjonował pan z oddziałem konnym u mojego wuja. On miał gospodarstwo po przeciwległej stronie drogi. Naprzeciwko naszego, rozumie pan?

– To znaczy, że ty też partyzant?

– Nie, nie byłem partyzantem. Ojciec nie pozwolił, mówił, żem za młody.

– No tak, mogłem się tego domyślić. Przecież teraz nie masz więcej, jak dwadzieścia lat. Podczas wojny miałeś kilkanaście. W takim razie, skąd się wziąłeś tutaj?

– Tutaj? – Chłopak nie zrozumiał. – W kopalni taczki ganiam.

– Pytam, za co tu trafiłeś, skoro nie byłeś partyzantem?

– A, wie pan za co? Za zabawę w partyzantów. Stworzyliśmy taką koleżeńską grupkę i… wyrwali my się do Żodziszek na ruskie lotnisko i w nocy spalili im samolot.

– Kiedy to było?

– Już po wojnie. Jak rozwiązali waszą partyzantkę.

– Kierowałeś tą akcją? – „Maks” był ciekawy.

– Nie, my tak razem.

– I ile ci dali?

– 25 lat. Teraz żałuję, że my im spalili tylko jeden samolot.

– A jak was złapali?

– Zrobili dochodzenie i wydała nas smarkateria. A niech to cholera! – młodzieniec zasępił się.

– Tak, ja też bym żałował, gdybym dostał tyle za jeden samolot – przyznał Rymsza.

– Wtedy, jak stacjonowaliście u mojego wuja, miał pan pięknego konia. Taki kary, z piękną grzywą i taką białą gwiazdą na czole. Pamiętam nawet, jak był pan ubrany i jaką miał pan giwerę przy boku.

Chłopak zapamiętał szczegóły, jakie już jemu uleciały z pamięci. I trudno się dziwić, był dla niego partyzanckim idolem, któremu – jak twierdził – przyglądał się zza płota, a gdy partyzanci wgonili szwendającą się im pod nogami dzieciarnię do domów, przez szpary w deskach przydomowej szopy.

Za ich naśladownictwo chłopak dostał 25 lat zesłania. W tym obozie spędzili potem razem ponad rok. Później gdzieś go przenieśli. W tej wielotysięcznej masie ludzie pojawiali się nagle i nagle znikali. Bywało, że latami żyli obok siebie, nic o sobie nie wiedząc.

Ten chłopak z Soczynięt jeszcze kilka razy spotykał się z „Maksem”, przychodząc, żeby porozmawiać. Od dnia, w którym go rozpoznał, jego popularność wśród rodaków wzrosła. Kiedy Polacy w łagrze dowiedzieli się, że był partyzanckim przywódcą, zaczęli nawet kombinować, jak by tu z niego zrobić prydurka.

Prydurek, wbrew przypuszczeniom, że chodzi o przygłupka, był obozowym cwaniakiem, który wykonywał prace lżejsze niż inni.

– Ty, dowódca, nie możesz tak ciężko pracować, jak zwykły. Tobie należy się lżejsza praca – przekonywali go.

– A co ja z lepszej gliny? – początkowo sprzeciwiał się tym pomysłom. Kiedy jednak jego rodacy zaczęli uświadamiać mu, kto w obozie załapał się na tak zwane funkcje, zaczął zastanawiać się, czy nie mają racji.

Popatrz, pomocnikiem komendanta, tak zwanym naradczykiem, który rozdziela prace w obozie, jest ruski, który ma tylko średnią szkołę.

– Może tylko średnią, ale w armii był oficerem i walczył pod Berlinem. Nie wiedzieliście o tym? – kontrował „Maks”.

– Jak był pod Berlinem, to dlaczego zesłali go na Kołymę? – niedowierzali mu współwięźniowie.

– Nie wiem, jego spytajcie o to. Widocznie czymś naraził się Stalinowi…

 

Któregoś dnia wywołał go z baraku felczer. Nie wszedł do środka, tylko przez drzwi poprosił kogoś, żeby zawołać mu Rymszę. Przyszedł w białym kitlu prosto z san–czaści.

– Jestem Polakiem, nazywam się Wietryniak – przedstawił się. – Gdzie pan pracuje? – zapytał ni z tego, ni z owego.

– A dlaczego to pana interesuje?

– Żeby panu załatwić jakąś lepszą pracę.

– Ki diabeł – pomyślał Antoni. – A jemu co do tego? Jest tylu Polaków, a on chce pomagać akurat mnie.

– Lepszą..? Co to znaczy lepszą?

– Nie rozumie pan? Pracuje pan przy młynach, prawda? Nie wie pan, że za rok, dwa, zatka panu płuca pylica?

– Aż tak szybko? Nie wiedziałem. A jak pan to chce załatwić? Uprzedzam, że ja nigdzie się nie pcham; czyimś kosztem, rozumie pan?

– Rozumiem. Chciałem mieć tylko pana przyzwolenie. A jak to będę załatwiał, to już moja głowa.

– Wolałbym wiedzieć, jak to będzie załatwione. Mam zostać prydurkiem?

– Mam układy, rozumie pan? Załatwię to przez opera.

– Opera? A kto to taki?

– To Usawik. Nie wiedział pan? On może wszystko.

Ponieważ ani określenie oper, ani jego nazwisko niczego Antoniemu nie wyjaśniały, poprosił o czas do namysłu. Gdy przyszedł do swoich i powiedział im, że wywołał go niejaki Wietrylak, jeden z nich wyjaśnił, że go zna. – To były student weterynarii. Kawał sukinsyna. On trzyma z oficerem operatywnym. A co on chciał od ciebie? – zapytał.

– Chciał mi załatwić jakąś funkcję.

– A to bydle. On chce cię zwerbować na pracownika opera.

– A kto to taki ten oper? Ten Wietrylak powołał się na niego, mówiąc, że pomoże mu zrobić ze mnie prydurka.

– No nie mówiłem?! – poderwał się rozmawiający z nim rodak. – Nie wiesz, kto to oper?! To pomocnik komendanta do spraw wszelkiego rodzaju donosicielstwa.

– O cie choroba! Tego nie wiedziałem. To dlatego Wietrylak powiedział o nim, że może wszystko?!

– A ty co myślałeś?!.

Kiedy Antoni Rymsza zorientował się w czym rzecz, nie zgłosił się do felczera, a gdy ten go poszukiwał, kazał kolegom mówić, że go nie ma. Po prostu przez jakiś czas ukrywał się przed nim, aż sprawa przycichła; felczer zapomniał o nim.

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko