Krystyna Habrat – SPRAWY WZNIOSŁE I TE WSTYDLIWE

0
225

Krystyna Habrat

 

SPRAWY WZNIOSŁE I TE WSTYDLIWE


Marian Bogusz  Czerwone rzodkiewki już z daleka przyciągały wzrok. Cały rok je w Auchan kupuję. Smakują mi szczególnie odkąd  stały się ważnym atrybutem mego debiutanckiego opowiadania, które znalazło uznanie w oczach znanego krakowskiego literaturoznawcy. Miało inny tytuł, dłuższy, ale w książce doradzono mi skrócić na: „Rzodkiewki”.

  Z przyjemnością sięgam do świeżo wyłożonych na stoisko jędrnych rzodkiewek. Kątem oka dostrzegam, ze stojąca obok starsza pani wyczynia nad nimi jakieś czary-mary. Sięga to tu, to tam, ukręca z pęczka rzodkiewek  po jednej i dorzuca do swego woreczka, nawet   unosząc go w górę, czy już  wystarczy. „Czemu tak pani obrywa?” – spytałam i ta odparła coś wykrętnie i uciekła.

  No tak, i teraz muszę zabrać się wreszcie do pisania o tym, co od dawna ciśnie mi się na pióro, a wszystko powstrzymuje przed zniżaniem się do takich spraw.

   Dopiero co z  przyjemnością przeczytałam na portalu Pisarze.pl  piękne wiersze  redaktora naczelnego – Bohdana Wrocławskiego, mądre i podniosłe tematycznie artykuły Piotra Wojciechowskiego, Andrzeja Waltera  czy Sławomira Majewskiego,  dalsze duchowe przysmaki  odkładając na później, a zabieram się do tematu tak przyziemnego, do którego jakoś  nikt o wysublimowanym smaku estetycznym się nie  kwapi. W ogóle o tak wstydliwych sprawach się nie pisuje. Każdy woli być arystokratą ducha. Być ponad przyziemność, a jeśli już rozmawiać, to o wielkich, jak Proust czy Joyce. Wprawdzie ten ostatni nie opisywał salonów jak pierwszy, a nawet poruszał się wśród spraw przyziemnych, ale jakże trudno pisał, więc można się na niego snobować. Jak i na kilku późniejszych. Dlatego muszę ja poruszyć ten temat.

   Choćby to: idzie  rodzina z dziećmi wzdłuż stoisk marketu i wszyscy zaopatrzeni w wykałaczki nabijają na nie   tu suszoną śliwki, tu morelę, orzecha, i zajadają. Czego uczą dzieci? Radzenia sobie w życiu? Po prostu: złodziejstwa! Potem widzi się, że wielu kupujących bez przerwy porusza szczękami, bo tu urwą winogronko, tam rozedrą woreczek z orzeszkami, pudełko jagód i zajadają.  Wymieniają w pojemnikach  małe jaja na duże i zabierają. Zysk: 5 groszy tu,  10 tam. W sumie dziadostwo. Nawet personel sklepu się w to nie miesza. Tylko gdzie tu poczucie godności? Gdzie spokój  ducha, jaki cechuje człowieka uczciwego? Czy taki drobny złodziejaszek nie ma potem kompleksu niższości? Chyba zatracił swe człowieczeństwo.

  I o to mi właśnie chodzi o poczucie człowieczeństwa, o wielkość człowieka. Uczono nas, że Bóg stworzył człowieka na swe własne podobieństwo. A któryś z tych, którzy wykreślają słowo Bóg, mówił: Człowiek to brzmi dumnie.

Ile poczucia dumy mają te wszystkie złodziejaszki? Tak, nazywajmy  te rzeczy po imieniu.  Dlaczego zastępować to eufemizmem, jako zorganizowanie sobie czegoś, cwaniactwo itd. To kradzież! I nie usprawiedliwiamy tego biedą.

  Nie wyglądała na biedną wytwornie ubrana w futro pani lat około czterdziestu o wyglądzie intelektualistki na  eksponowanym stanowisku, która w zeszłym roku zważyła sobie na warzywnym w tymże Auchan trzy granaty, nakleiła cenę i, nie  zawiązując woreczka, zawróciła, by ich sobie dorzucić, a wyciągając rękę, spostrzegła, że ją obserwuję, więc odeszła. Zawstydziła się? Raczej nie. Skoro ma się już takie kombinacyjki we krwi, to tylko złości, gdy się nie uda.  

  Nie z biedy ukradła mi eleganckie rękawiczki z granatowego zamszu, z kieszeni płaszcza   zaraz na początku studiów w stołówce akademika gdy na moment odeszłam oddać naczynia. Takie rękawiczki,  zwane: reniferki były wtedy raczej rzadkie. Poznałam je potem na rękach owej brzydkiej, przysadzistej dziewczyny o czarnych włosach, jaka wtedy usiadła na moim miejscu, ale  głupio mi było ją zaczepić. Przychodziła, jak i ja,  na obiady z zewnatrz, więc nie była biedna, skoro nie dostała akademika. Pod koniec studiów ktoś zaraz sprzątnął  za mną rękawiczkę,  gdy wypadła mi  na schodach tego samego akademika. Na co komu przydała się jedna rękawiczka? Widocznie zmysł do przywłaszczania sobie rzeczy innych ludzi jest silniejszy niż poczucie logiki, nie mówiąc o uczciwości.

  Niedawno w szpitalu widziałam kobietę  lat może 70, jak weszła w płaszczu na korytarz i  uchyliła drzwi pierwszej sali od schodów, a na mój widok niepytana zaczęła się  pospiesznie tłumaczyć, że szuka sali 305. Na tych drzwiach było wielkimi cyframi: 330. Czytać nie umiała? Nie! Na drugi dzień ukradziono mi  torebkę.  Złodzieja zdążyłam spłoszyć, by nie ponieść większych strat. No i co, był tam świetny personel, lekarze i pielęgniarki zupełnie jak z serialu „Na dobre i na złe” – sympatyczni, fachowi, oddani pacjentom. Tylko korytarzami krążyli nieznani osobnicy, niby z wizytą do chorego, i kradli.

  Niesmakiem napawa mnie ten temat. Osobie pretendującej do opiewania wyższych stanów ducha, do obcowania z poezją, filozofią, arcydziełami literatury i wszelkimi mądrościami tego świata, zawartymi w książkach, nie przystoi zajmować się tak przyziemnymi sprawami, wręcz wstydliwie pomijanymi. Personel marketu  przymyka wielkodusznie na te sprawy oko, tymczasem ja biorę je na warsztat.

  Długo się wahałam. Wolałam jak inni pisać o książkach, podniecać się hasłami walki na Ukrainie, współczuć pokrzywdzonym. Jak to ładnie, szczególnie gdy przeżywa się te wszystkie zachwyty czy stany współczucia w domowym zaciszu, popijając herbatę, podpisując tylko listy poparcia czy protestu lub asygnując na to niewielkie sumy pieniężne.

  Ale mnie wciąż niepokoi, jaka jest nasza społeczność, inni ludzie, którzy nas otaczają? Mówi się, że nie czytują książek. Że obce im wysublimowanie duchowe, a ich potrzeby są bardziej fizjologiczne, czyli jedzenie, spanie i to wszystko, czego   wymaga ciało. Według ich gustów oblicza się oglądalność programów w telewizji i dobiera repertuar. Ci decydują o naszym rynku wydawniczym, bo skoro nie kupują ambitnych książek, to wygląda, że te książki są niepotrzebne. A nie kupują, bo raczej nie czytają książek.  A duch? Dusza? Umysł? Kto  w to wierzy? Kto się tym przejmuje?

  Z tym czytaniem to również uproszczenie. Przed laty prowadziłam badania wśród kandydatów na stanowisko: suwnicowy, wózkowy i pracownik na wysokości, czy nadaje się tam i nie spowoduje wypadku. Badania wykonywanie tygodniami dzień po dniu były strasznie nudne, więc gdy badani wypełniali odpowiednie kwestionariusze, ja z koleżankami skracałyśmy sobie czas rozwiązywaniem krzyżówek lub grą w inteligencję, podobną do scrabli. Czasami w podnieceniu robiłyśmy to zbyt głośno. Jakie było nasze zdumienie, gdy kiedyś kandydat na suwnicowego zaczął nam podrzucać najtrudniejsze hasła. Okazało się, że ten robotnik był mądry i oczytany. Panie z biblioteki potwierdziły nasze spostrzeżenie. Wielu robotników czytało książki, a szczególnie już na emeryturze. Jak jest teraz, nie wiem.

  Dlatego nie wolno uogólniać tez o społeczeństwie, bo to często uproszczenia aż nieprawdziwe.

  Przed wojną powstawały w Polsce Uniwersytety Ludowe, które miały za zadanie dostarczać wiejskiej młodzieży strawy duchowej i wyrabiać w niej potrzeby wyższego rzędu, a więc rozbudzać zainteresowania intelektualne obok praktycznych, potrzebnych do życia na wsi. W ramach Uniwersytetów Latających rozwożono po wsiach książki, przyjeżdżali z wykładami ciekawi ludzie. Dokształcano tak wiejską społeczność.  Tamte hasła i zamiary padały chyba na podatny grunt, bo młodzież łaknęła wiedzy. Wykształcenie było czymś pożądanym, godnym najwyższego szacunku. Ludzie garnęli się do wiedzy i szanowali wykształconych.  Społeczeństwo  było mniej skażone nieuczciwością, cwaniactwem czy cynizmem. Wierzyło w mądrość, naukę, zasady moralne, przykazania. Jeszcze tak wielkiej wyrwy w ich zasadach nie zrobiła wojna, gdy należało kombinować. Ani trudne lata stanu wojennego, czasu kolejek i pustych półek, gdy znów wygrywał co bardziej przebiegły. Ani entuzjazm – już po transformacji – dla obrotnych cwaniaków, którzy sobie w nowym ustroju poradzą. Radzili sobie, owszem, tylko niejeden wykiwał bardzo wielu naiwnych i poczciwych.

  Ja długo powtarzałam, że ludzie bez zasad, to ci, co nie czytują powieści. Teraz nie jestem tego tak pewna, bo zbyt mało ludzi je czytuje. Niby z powodu braku czasu, ale i wielu innych bardziej pociągających zajęć. Trzeba uprawiać sporty, uczestniczyć w życiu portali społecznościowych, a jeśli już czytać, to nie to co jakiś autor sobie wymyśla, ale literaturę faktu. No tak, tylko ta dostarcza nam głównie wiedzy, rozbudowuje tylko  umysł, ale ducha tak, jak dobra powieść, nie kształtuje.

   Tu przypomina mi się jakaś opowieść Marii Kuncewiczowej o wujku, który pogardzał powieściami. Potem wziął sobie za żonę kobietę, jaką często opisują w powieściach jako femme fatale. Gdyby biedak czytywał powieści takiego błędu by może uniknął, a tu źle się to skończyło.

   Kiedyś na wsi czy w małym miasteczku panowały  bardziej rygorystyczne zasady moralne. Złodziej i każdy nieuczciwy  był wytykany palcami, bo moralność tej społeczności kształtowała się w pogaduszkach i ploteczkach  przekazywanych od ucha do ucha na przyzbie przy płocie lub trzepaku. Każdy bał się jak ognia, żeby nie wzięto go na języki. Liczono się z powszechną opinią. A w domu ze zdaniem rodziców, dziadków, ciotek. Jeszcze ja powojenna, a wychowana w mieście 70-tysięcznym mogę coś o tym powiedzieć. W dzielnicy gdzie mieszkałam z rodzicami stały bloki na 12 mieszkań, otoczone ogródkami kwiatowymi,  i większość mieszkańców znała się choćby z widzenia. Gdy przyjeżdżałam potem nieznane mi panie zatrzymywały mnie na ulicy i dopytywały o zdrowie mamy i dlaczego przyjechałam. Nie robiły tego z wścibstwa, ale z życzliwości. Udzielały  przy tym dobrych rad i życzyły wszystkiego dobrego. Dobrzy ludzie w niedużym mieście. Ale to tam ukradziono nam w samą Wielkanoc dwa koła od samochodu, a mamie wciąż wyrywano z ogródka pod oknem najładniejsze kwiatki. Są więc ludzie i ludziska. Jednak starsze panie dobrze śledziły zza firanek, jak się zachowują dziewczęta spacerujące z chłopakami po ulicy. Nie daj Boże, by któraś była zbyt swobodna.

  Czy my teraz nie jesteśmy zbyt  pobłażliwi, zbyt tolerancyjni dla braku zasad, choćby takich jak nieuczciwość, czy dziadowanie w marketach w postaci podkradania i podjadania. Przecież kiedyś mówiło się: Od rzemyczka do koniczka. Małe grzeszki znieczulają sumienie i prowadzą ku większym. Czemu się o tym nie mówi? Martwimy się o wycinek spraw społecznych czy psychologicznych, o wychowanie seksualne młodzieży, o właściwe odżywianie, odchudzanie czy kształtowanie sylwetki, o tolerancję, ale kto mówi o siódmym przykazaniu: nie kradnij? Kto o uczciwości?

  Gdzie się podziały słowa: przyzwoitość, uczciwość, nie wypada, honor, dama, gentleman? Wyszły na dobre z mody wraz z tym, co oznaczały?  Rzadko teraz ktoś powie, że tak się  nie robi, bo to nieelegancko. Zbyt łatwo wszystko rozgrzeszamy. I nazywamy pijaka kimś z problemem alkoholowym, a nieuczciwego – cwaniaczkiem. Póki nas nie oszwabi.

  Nie wstydźmy się drobnej nieuczciwości nazywać złodziejstwem. Niech złodzieje się wstydzą. I  ci na wielką skalę, co wykiwają klientów swego parabanku, i ci mali, gryzący  cukierki z rozerwanej torebki w markecie.  Powiedzmy takim zawsze: oj brzydko, brzydko!

  Krystyna Habrat

  

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko