Zenona Macużanka – Konstanty Ildefons Gałczyński – nasz wyrzut sumienia

0
393

Zenona Macużanka

 

Konstanty Ildefons Gałczyński – nasz wyrzut sumienia

 


Foto: Andrzej Wiernicki       Książka Anny Arno poświęcona Gałczyńskiemu jest bez wątpienia prawdziwym wydarzeniem literackim. Starannie opracowana, bogato udokumentowana rysuje drogę życia i twórczości poety bez przemilczeń, kamuflażu, jako ścieżkę pełną udręczeń od losu i w jakiejś mierze ze strony swego środowiska. Był obdarzony talentem ogromnym, umiał nim gospodarować i przy tym cieszyć się nim. Lecz jednocześnie tak się złożyło, że już w czasie uzyskiwania dojrzałości literackiej był bardzo samotny i liczyć mógł jedynie na wsparcie kolegów i przyjaciół z „Kwadrygi”, trochę ze strony wileńskich „Żagarystów”.

       Jedni i drudzy przędli cienko. Szczęśliwi byli ci, co liczyć mogli na mocniej już okrzepłych kolegów, jak choćby Czesław Miłosz na Jarosława Iwaszkiewicza. Za Gałczyńskim nie stał  nikt. W rodzinie też nie miał oparcia. Ze strony czołówki poetów skupionych wokół „Skamandra” a potem „Wiadomości Literackich” doświadczył obojętności. Podobno z niechęcią mówił o nim Antoni Słonimski.

            Na ogół biedował, lecz szedł własną drogą. Dość wcześnie, jak na poetę, się ożenił i to był największy i szczęśliwy dla niego uśmiech losu. Natalia kochała go z oddaniem i wiele zrobiła, aby bronić go przed własną lekkomyślnością i uzależnieniem. Utrwalała w nim przekonanie, że jego Muza darzy go szczodrze i że poezja jest najważniejsza. Dom a potem dziecko imieniem Kira domagało się nieustannej opieki i tego co się z domem wiąże. To wtedy skusili go działacze od Stanisława Piaseckiego. Wsparli opieką i dopomogli finansowo. Tak bywa, że czasem czyjaś złośliwość decyduje o krzywych ścieżkach innego człowieka. Fakt niechęci do poezji Gałczyńskiego tych, którzy wyznaczali wtedy kierunki rozwoju kultury w Warszawie, zadecydował, że ten niechętny polityce poeta, ujęty deklarowaną życzliwością a zarazem działając na przekór, jak mu się wydawało, swym oponentom, opowiedział się po stronie radykalnej prawicy i ogłosił to w znanym liście Do przyjaciół z ”Prosto z mostu”.

            Przyznajmy, był to ciężki okres w życiu warszawskiego środowiska literackiego. Tendencje faszyzacji życia w Europie miały miejsce w wielu środowiskach i krajach. Lewica była rozbita, próbowała się jednoczyć w sprzeciwie wobec tego, co działo się w hitlerowskich Niemczech. Ludzie lewicy świadomi kierunku niebezpiecznych tendencji na świecie byli bardzo słabi jako środowisko. Polskie społeczeństwo nie zdawało sobie w pełni sprawy, w jakim kierunku potoczą się w najbliższym czasie nasze losy. Ale tak było nie tylko w Polsce, o czym dowiedzieliśmy się już wkrótce. Epizod współpracy Gałczyńskiego z działaczami  endecji to wyrazisty dowód, jak bardzo naiwnym człowiekiem był ten poeta. Także gdy wypowiadał ostrą krytykę pod adresem ”Wiadomości Literackich” lub gdy wpisywał się w różne szerzące się szmoncesy na tematy żydowskie. W tym samym czasie mówił do swych bliskich: „z kim ja się związałem?”. Podobno przed Tuwimem klęcząc, mówił: ”Królu, przebacz”. Zagubiony, duchowo, samotny, ruszył, jak miliony polskich mężczyzn na spotkanie z wojną. Żegnające go ukochane dwie osoby, Natalia i Kira, zobaczą go dopiero za niemal siedem lat. W kilka tygodni po wyruszeniu poety na front do Anina przywiózł jakiś żołnierz kartkę z wierszem zawierającym przejmujące słowa: „ Kiedy się wypełniły dni / i przyszło zginąć latem / prosto do nieba czwórkami szli / żołnierze z Westerplatte”. Lata wojny spędził poeta w stalagu w Altengraben.  Po zakończeniu działań wojennych podróżował.

            Gałczyński w tym czasie postanowił zbadać, co słychać na zachodnim świecie. Nie śpieszył do Polski, może myślał o zmianie miejsca zamieszkania. To było przecież normalne w tamtym okresie. Wielu ludzi odkładało moment powrotu. Poza wszystkim działała świadomość, że teraz w kraju wszystko uległo zmianie. To był lęk przed nowym. Był poetą, lecz nie był dzieckiem. Zbyt dobrze pamiętał swe stosunki ze środowiskiem literackim. Swe nieprzemyślane egzaltacje polityczne. Czuł jak wielkie  zmiany w świadomości ludzi wytworzył holocaust. To był ogromny ciężar. Był wrażliwy, uczciwy. Niósł w sobie poczucie winy. A jednak, mimo szaleństw z kobietami, związek z Polską, językiem i kulturą kraju mówił mu, że poza Polską będzie wszędzie kimś obcym. Wiersze pisane w tym czasie przesycone są smutkiem. „Gdy wróci noc, znów pójdę sam / na pusty plac przy Notre-Dam / i cień mój pomknie za mną tam/ z wielką walizką rozpaczy” . Tak mówił w ”Notatkach z nieudanych rekolekcji paryskich”. To wszystko przeważyło. Powrót stał się koniecznością. Wrócił wiosną 1946r. Na szczęście kobiety, z którymi się wiązał, rozumiały go chyba lepiej niż on sam siebie. Rozstania i powitania odbyły się z właściwym dla niego poetyckim wdziękiem.

            Rzeczywistość tuż-powojenna okazała się chyba dlań szczęśliwsza niż przypuszczał. Wrócił na łono rodziny i przyjaciół. Szybko nawiązał współpracę z pismami; „Przekrój”, „Tygodnik Powszechny” i „Odrodzenie” otwarły przed nim swe łamy. Publikował nie tylko w prasie, książkowe wydania, których nie mógł się doczekać przed wojną, teraz przyszły szybko. Zaczarowana dorożka 1947 r. Niemal błyskawicznie osiągnął ogromną popularność, na spotkanie z nim przychodziły tłumy. To były spontanicznie rodzące się zjawiska na pograniczu kabaretu. Dla poety było to niebezpieczne, stwarzało rytm dnia przerastającego w codzienne świętowanie. Szczęśliwie lubił wcześnie wstawać i miał te chwile na wypełnienie czystych kartek papieru. Zielony był nie tylko atrament, lecz też pełne nadziei chwile na życie nieco uspokojone. Temu miało służyć przeniesienie się z rodziną do Szczecina. W końcu otoczenie zaalarmowane przez Natalię ostrym zasłabnięciem serca poety podjęło decyzję: rodzina osiadła w Warszawie przy Alei Róż. Od 1949 roku poeta mieszka w stolicy, ale całymi miesiącami przebywa na Mazurach w leśniczówce „Pranie”. Oderwanie od codzienności warszawskiej pełnej konfliktów dobrze wpływa na jego nastroje. Wiadomo, jak wielką rolę one grają w życiu poety. Powstają tu jego nowe niezwykle piękne wiersze i poematy; Niobe, Wit  Stwosz, Pieśni.

            Rosną w tym czasie wymagania sterników życia politycznego na przyśpieszenie procesu budowy nowego systemu w Polsce. Rozpoczyna się walka o realizm socjalistyczny. Na pierwszy plan wkroczy żądanie deklaracji politycznych. Poeta nie lubił deklaracji, choć to właśnie w jego wierszach pojawiał się bohater o rodowodzie proletariackim, zwykły człowiek warszawski. Ale nie o to chodzi ludziom kierującym nawą literacką. Odwracają się od do niedawna wyraźnie popieranego autora Zaczarowanej dorożki. Borejsza nie wspiera opublikowania poematu Niobe, napominając przy okazji poetę o powinnościach ideowych. Poeta, ale jednocześnie czołowy ideolog nowej polityki kulturalnej, Adam Ważyk wygłasza swą kwestię o kanarku, dając radę co należy z nim zrobić. To pewien szczegół tamtego czasu wart zapamiętania. Świat zna słynną bajkę wielkiego pisarza o słowiku, który swym śpiewem ratował cesarza. Był to opis sytuacji wywyższającej małą drobinę puchu, niosącą pociechę człowiekowi w nieszczęściu. Podobną „drobinkę” poeta radzi zniszczyć, rzecz jasna tylko w przenośni. Ale to jest obraz nierozumnego okrucieństwa, które było zawsze potępiane przez poetów (zastanawia, czy nie stąd m. in. płynęła siła późniejszej ekspiacji Adama Ważyka w Poemacie dla dorosłych!). Musiało to zaboleć Gałczyńskiego, musiał to też zapamiętać. Ważyka popierali też inni prominentni ludzie. Łagodził sprawę nawet Putrament, pamiętający go z lat działalności w Wilnie. Musi jeszcze kilka lat upłynąć, aby tamte nonsensy odeszły do historii. Tego  poeta już nie doczeka.

            Styl, własna niepowtarzalna poetyka, żart i nonsens drażnią polityków, niecierpliwią niektórych krytyków. Sprzeczności stanowiące o odrębności i niepowtarzalności autora Niobe umiał wtedy dostrzec Artur Sandauer, poświęcając mu dwa szkice krytyczne, zawierając w nich trafne uogólnienia. ”Nowator – rozmiłowany był w tradycji; poeta trudny – trafiał bezpośrednio do serc. Był artystą kameralnym zarazem i masowym; z równą lubością oddychał kurzem biblioteki co szosy. Zamiłowanie do tandety i do jarmarcznych świecidełek łączył z kultem wielkiej sztuki przeszłości”. Szkice te ukazały się jednak dopiero po odejściu Gałczyńskiego, a głos Sandauera nie mógł w tamtych latach wpłynąć na politykę kulturalną. Wszak ten krytyk był podejrzewany o formalizm. Natomiast Andrzej Drawicz rozumnie i rzetelnie dowodził w latach siedemdziesiątych w monograficznej książce, że poeta ten: ”Został wessany w krwioobieg współczesności, jego poetyckie substancje krążą tam już bezimiennie, mieszają się z innymi, tworząc nową jakość”. Krytyk ten związany ze środowiskiem STS-u dobrze czuł tę więź z autorem wiersza Serwus, madonna..

            Książka Anny Arno „Niebezpieczny poeta”  układa się w swoiste kalendarium życia i twórczości i niesie ogromny dramatyzm. Połajanki, konwentykle z domaganiem się samokrytyki, nawet tego cierpliwego i zgodnego człowieka mogły doprowadzić do głębokiej zapaści. Poeta był chory i znosił to wszystko fatalnie, pytał: „czego ode mnie chcecie?. Otrzymaliśmy dokładny opis wydarzeń, poprzedzających śmierć czterdziestoośmioletniego poety. Jego własne środowisko, a ściślej pewna część, bardzo dopomogło do smutnego końca jego życia. Szkoda tylko, że autorka nie wyjaśniła bliżej sformułowania „mafia”, użytego wobec ugrupowania pisarzy skupionych w „Skamandrze” i „Wiadomościach”.

Jarosław Iwaszkiewicz żegnał go słowami: „był żarliwy, był lekki, był mądry, był kochający – był pełnym człowiekiem i poetą doskonałym”.

 

    ———————————————————–

Anna Arno  „Niebezpieczny poeta” Wydawnictwo „Znak”. 2013.

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko