Maciej Andrzej Zarębski – Nauczyciel i Przyjaciel

0
48

Maciej Andrzej Zarębski

 

 

Nauczyciel i Przyjaciel

 

 

 

Adama Bienia poznałem przed laty w Przasnyszu u znajomych moich teściów. Było to w czerwcu 1968 roku na imieninach pani Janiny Kalinowskiej. Pamiętam doskonale ten wieczór. Spędzałem pierwszy bodajże urlop wrodzinnym mieście mojej przyszłej żony. Tego dnia zostaliśmy z całą rodziną zaproszeni na przyjęcie imieninowe. Gospodyni już od progu konfidencjonalnym tonem oznajmiła iż są wszyscy, także gość honorowy – Adam Bień. Słyszałem wcześniej, że to bardzo zdolny prawnik, minister Rządu Londyńskiego, uczestnik „Procesu Szesnastu”, więzień Łubianki, „zesłany” obecnie do pracy na prowincji. Zostałem przedstawiony towarzystwu. Przy stole toczyła się właśnie żywa dyskusja na tematy wojenno-okupacyjne. Brylował starszy przystojny mężczyzna, żywo gestykulujący, którego wypowiedzi wszyscy słuchali z atencją i niekłamanym zainteresowaniem. Był to mecenas Adam Bień. Zapamiętałem jego baczne spojrzenie, taksujący, przenikliwy wzrok. Elegancki, towarzyski, zwracał na siebie uwagę. Jego postać, a szczególnie wypowiedzi, świadczące o głębokiej przenikliwości politycznej i znajomości tematu, wywarły na mnie niezapomniane wrażenie. Trzeba pamiętać, że były to czasy, kiedy nasze pokolenie uczono zakłamanej historii, a prawda historyczna była na cenzurowanym. Tu zaś miałem przed sobą żywą historię, świadka iuczestnika wydarzeń, októrych oficjalnie nie wolno było mówić. Patrzyłem więc urzeczony na tego ministra Rzeczypospolitej Podziemnej i chłonąłem jego słowa.

 

Spokojnie i niezwykle rzeczowo udowadniał, iż napaść hitlerowska na Polskę we wrześniu 1939r. była błędem polityki władz sanacyjnych. Za największy grzech polskiej polityki zagranicznej w latach 1935-39 uważał – nieumiejętność prowadzenia dyplomacji w stosunkach ze wschodnim sąsiadem. Zapamiętałem dobrze jego słowa. Byliśmy zapatrzeni na zachód, bezgranicznie wierzyliśmy w sojusze z Francją i Anglią i nawet nie próbowaliśmy się układać z Rosją Radziecką. To my rzuciliśmy sobie w objęcia Niemcy i Sowiety. Niestety w latach 1935-39 zabrakło przywódcy na miarę Piłsudskiego. Mądrości politycznej Piłsudskiego nie odziedziczył Beck. Nie próbował w tym czasie żadnego manewru. Kiedy w latach 1937-39 trzeba było z obu sąsiadami rokować, kluczyć, grać na zwłokę, politykować, ustalić co za co, poco i kiedy trzeba pokazywać mocne strony Polski, Beck nie próbował żadnego manewru. (Józef Beck wg Bienia był olbrzymem wyniosłym, ale martwym). Wszystkie karty wyłożył (za wcześnie) na stół. Głośno i wyniośle, ale lekkomyślnie odżegnał się od jakiejkolwiek współpracy z jednym i drugim sąsiadem pozbawiając się a priori wszelkich atutów. W tej sytuacji dla obu stał się niepotrzebny i dla obu niewygodny. Więc szybko uzgodnili jego likwidację i 23 sierpnia przeciw Polsce padli sobie w ramiona… Nieprawdą było, że byliśmy, jak mówił Beck, zwarci silni, odważni. Nie starczyło nam przecież sił naprowadzenie wojny dłużej niż 10 dni… Praktycznie wojna dla Polski była skończona 10 września. A przecież sojusz wojskowy z Francją zobowiązywał ją do udzielenia pomocy czternastego dnia wojny. Podobnie z Wielką Brytanią. Czternastego dnia wojny Polska praktycznie już nie istniała… Czy można w tej sytuacji mówić o zawodzie Raczej obłędnych założeniach naszych przywódców odnośnie obiektywnej oceny naszej obronności. Potem dyskusję zamieniono na emocje kulinarne, rozmowy zeszły na tematy lżejsze i bardziej uniwersalne. I tu Adam Bień górował nad towarzystwem. Kiedy kończył się ten wieczór, nie przypuszczałem, że po latach losy moje i mecenasa zwiążą się na dobre i na dłużej, że będę miał możliwość prowadzenia z nim bezpośrednich dysput, że stanie się moim nauczycielem i przyjacielem.

W latach 70-tych przeniosłem się do Staszowa irozpocząłem pracę w nowo otwartym szpitalu. Jakie było moje zdziwienie, kiedy pewnego letniego popołudnia przemierzając staszowski rynek natknąłem się na… Adama Bienia. Był rok bodajże 1976. Mecenas wracał z pracy w Zespole Adwokackim. Poznał mnie i zaprosił do swego domu. Okazało się, że wybudował w Ossali, niedaleko Staszowa, dom i po przejściu na emeryturę osiadł na ojcowiźnie. Od tej pory byłem częstym jego gościem. Podczas niezapomnianych ossalskich spotkań zasiadaliśmy wygodnie w gabinecie gospodarza i sącząc wspaniałą domową nalewkę wiśniową, rozmawialiśmy całymi godzinami. Powoli poznawałem bogatą przeszłość Adama. Byłem pod przemożnym wpływem jego niezwykłej osobowości. Często podziwiałem jego zaradność życiową. Przez długie lata sam zaopatrywał dom, palił w piecu, pracował w ogrodzie, zapominając o tym, że już przekroczył osiemdziesiątkę. Nie lubił korzystać z pomocy – jeżeli, to w ostateczności. Odnosiło się wrażenie, że jest dumny z samowystarczalności ossalskiego domu. Nieraz odwiedzał go w tym czasie brat Józef – rozprawiali wówczas o przeszłości, szczególnie o latach okupacyjnych, Jędrusiach, o drodze do kościoła w Niekrasowie. Rozmowy nasycone były patriotyzmem, wielkim umiłowaniem ojcowizny – małej ojczyzny.

Próbuję usystematyzować zapamiętane fakty i dane z bogatego życiorysu Adama oraz przypomnieć sobie jego „złote myśli”, w które obfitowała każda nasza rozmowa. Z rozrzewnieniem wspominał czasy nauki szkolnej w gimnazjum carskim w Sandomierzu. Opowiadał o stancji prowadzonej przez wdowę po powstańcu styczniowym. Niezwykle opiekuńcza, wpajała młodym ludziom antyrusycyzm. Podobnie silne tradycje niepodległościowe panowały wdomu rodzinnym w Ossali.

Rok 1912 kojarzył się Adamowi z tajnym związkiem harcerskim. Pamiętał przyjeżdżających z Krakowa studentów, którzy pokazywali, jak posługiwać się bronią. W roku 1914 przystąpił do skautingu. I wojna światowa w1914 roku przerwała naukę, ale jesienią następnego roku był już uczniem nowo utworzonego polskiego gimnazjum. Należał do grupy aktywnych działaczy samorządu szkolnego (w przyszłości znanych działaczy ludowych). Razem z Bolesławem Babskim, Piotrem Banaczkowskim, Jerzym Zaleskim, Stanisławem Barańskim i Stanisławem Wójcikiem stworzył zespół, który wyruszał w każdą niedzielę na wieś, by wygłaszać odczyty o tematyce rolniczej, poruszające problematykę miejsca należnego rolnikowi wśród społeczeństwa polskiego. Z satysfakcją wspominał, iż należał do wszystkich organizacji młodzieżowych działających w gimnazjum. Współpracował z profesorem języka polskiego Aleksandrem Patkowskim w organizacji samorządu szkolnego (godzi się przypomnieć, iż Aleksander Patkowski to ojciec regionalizmu polskiego). Samorząd szkolny uczył pracy społecznej, przemawiania na zebraniach, wyrabiał lokalny patriotyzm, atakże utwierdzał młodzież w przekonaniu o rychłym nadejściu wolności. W szkole funkcjonowały kółka samokształceniowe, zktórych historyczno-literackie wyróżniało się szczególną aktywnością. W roku 1917 kółko to wydawało pismo „Spójnia”. Wcześniej młodzież redagowała inne pismo szkolne o nazwie „Przebłysk”. W obu tych pismach Adam Bień drukował felietony o różnorodnej tematyce, zaś jego kolega z ławy szkolnej Michał Dziadowicz pisywał wiersze i scenariusze sztuk szkolnych. W szkole bowiem działał teatr amatorski. Wystawiano m.in. sztuki Fredry. Zamiłowanie do teatru wszczepił uczniom sandomierskiego gimnazjum sam Patkowski.

W czerwcu 1920 roku Adam zdaje maturę. Świadectwo uzyskało wówczas jedynie ośmiu maturzystów na siedemnastu zdających.

W lipcu 1920 roku wyruszył wraz z kolegami jako ochotnik na wielką wojnę, by zdobywać wolność dla Polski. A szli na tę wyprawę pod wodzą człowieka, którego zawsze cenił iwielbił – pod wodzą marszałka Piłsudskiego. On był dla Polski mężem opatrzności – zawsze powtarzał: Polska wstawała zniewoli, a my razem z nią. To były historyczne chwile.

Pytany o granice Polski na wschodzie, pokazuje z dumą miejscowość Wilejki. Tam doszedł i tam była granica. Gdybyśmy mieli więcej siły, gdybyśmy mieli lepsze obuwie – śmieje się – zaszlibyśmy być może dalej. Ale i tak doszliśmy daleko – opowiadał z dumą.

Adam miał w swej bogatej bibliotece w ossalskim domu wszystkie książki marszałka i o marszałku.

Powojnie zapisał się na studia prawnicze na Uniwersytet Warszawski. Podczas studiów odezwała się wnim żyłka społecznikowska, brał czynny udział w akademickich organizacjach młodzieżowych. Równocześnie nie zaniedbywał działalności oświatowej nawsi. W latach 1922-24 był instruktorem kół młodzieży wiejskiej w Małopolsce. Jeździł po wsiach, brał udział w zebraniach wiejskich, zjazdach, organizował kursy doszkalające, wykładał geografię gospodarczą Polski w szkole rolniczej w okolicach Piotrkowa Trybunalskiego na kursie rolniczym. Angażował się całą duszą i umiejętnościami na rzecz podniesienia poziomu oświatowego polskiej wsi.

Po ukończeniu studiów prawniczych na Uniwersytecie Warszawskim, w1926 roku podejmuje pracę w sądzie w Warszawie jako aplikant. Zamieszkał w Milanówku, gdzie niebawem zakłada rodzinę. Z dumą mówił o szybkim awansie zawodowym. Był kolejno: asesorem w Warszawie, potem sędzią grodzkim w Grójcu, sędzią grodzkim w Warszawie, sędzią Sądu Wojewódzkiego w Warszawie, następnie sędzią Sądu Okręgowego w Warszawie, od jesieni 1938r. Do sierpnia 1944 roku.

Ale największe emocje wzbudzały w Adamie wspomnienia jego działalności w Związku Młodzieży Wiejskiej RP „Wici”. Kiedy opowiadał otych czasach, głos stawał się mocniejszy, młodszy, w oczach pojawiał się dziwny blask. Pamiętał zjazd założycielski Związku w czerwcu 1928 roku, podczas którego wygłosił referat programowy. Został wówczas wybrany wiceprezesem ZMW RP „Wici”, by po roku zostać szefem tej organizacji. Publikuje w pismach wiciarzy „Wici” i „Siew”, walczy o tożsamość ruchu młodzieży wiejskiej, o podniesienie poziomu oświaty i kultury na wsi. Wspólnie z Jędrzejem Cierniakiem zorganizował Instytucję Teatrów Ludowych, a w roku 1928 wydali razem pionierską pracę pt: „Teatry ludowe w Polsce”.

Poco to wszystko robił Zapytany odpowiada, że z wewnętrznej potrzeby. Popularyzował teatr po to, by ludzie zrozumieli poco on jest, jak funkcjonuje, że istnieje możliwość przekazywania głoszonych poprzez teatr ideologii.

Wybuch wojny we wrześniu 1939 roku przeżył bardzo. Miesiąc przed wybuchem wojny przebywał na wypoczynku w Muszynie, czując już narastające zagrożenie niemieckie. Podczas okupacji często przyjeżdżał do rodzinnej Ossali. Tu spotykał się z Władysławem Jasińskim, legendarnym „Jędrusiem”. Z jego następcą Józkiem Wiąckiem był poprzez matkę spokrewniony. Podczas pobytu w Ossali uwielbiał spacery aleją niekrasowską do kościoła na poranną mszę, spotkania z księdzem Janem Śmigielskim.

W marcu 1943 roku zostaje z ramienia SL „Roch” (chociaż twierdzi, że jako wiciarz) mianowany ministrem w Delegaturze Rządu na Kraj (kierował departamentem sprawiedliwości, oświaty, wschodnią komisją koordynacji ustawodawczej oraz komisją mniejszości narodowych), a w maju tego roku – pierwszym zastępcą Delegata Rządu. Był autorem Rozporządzenia Rady Ministrów z dnia 1 sierpnia 1944r. (Dziennik Ustaw nr 2 z2 sierpnia 1944r.) o zabezpieczeniu ziemi na cele przebudowy ustroju rolnego. Wydał wczasie powstania warszawskiego dwa Dzienniki Ustaw.

Odnośnie powstania warszawskiego – pytany o jego zasadność – niechętnie odpowiada. Myśmy dowiedzieli się (mowa o Delegaturze) o godz.12.00. (wybuchło jak wiadomo o17.00). Zakomunikował o tym delegat Jankowski, przekazał Bieniowi władzę cywilną i udał się do kwatery AK. Władzę cywilną Adam Bień sprawował od 1-go do18-go sierpnia, a miejscem urzędowania dowództwa cywilnego powstania była kwatera przy ul. Kruczej 17, w oficynie.

Ja wiem – mówił po latach – że powstanie nie osiągnęło dumnie zakreślonych planów politycznych, ani wojskowych, że przegrało, że zabiło 150 tysięcy ludzi, że zniszczone miasto straciło bezcenne dobra kultury. Naiwnością było liczyć napomoc Stalina. Przecież wyniszczenie ludności i zniszczenie Warszawy było mu na rękę. Ułatwiło w znacznym stopniu przejęcie absolutnej kontroli nad Warszawą i Polską.

Poupadku powstania Adam, poprzez obóz w Pruszkowie (zktórego uciekł), dotarł do domu w Milanówku, przy Podgórnej 38, gdzie czekała na niego żona Zofia idzieci: syn Janusz, członek AK, zaangażowany w owym czasie w wydawanie konspiracyjnej gazetki „Tu mówi Londyn”, córka Hania, harcerka Szarych Szeregów. Dom, jak zawsze, czekał na Adama. Tutaj rodzina Bieniów mieszkała od roku 1929, z tego domu Adam dojeżdżał od lat do warszawskiego sądu, tutaj przeżył wojnę i swą Wielką Konspirację, z tego domu w styczniu 1945 roku, po wkroczeniu wojsk sowieckich, rodzina została wyrzucona na pewien czas.

Wreszcie nadszedł marzec 1945 roku. Szesnastu polskich polityków, twórców państwa podziemnego, zwabionych zostało do Pruszkowa, wywiezionych do Moskwy, skazanych następnie w haniebnym procesie. Ci z niższymi wyrokami wkrótce powrócili (niektórzy potem w kraju padli ofiarą UB). Pięciu otrzymało wyroki wyższe: gen. Okulicki, delegat Jankowski, ministrowie: Bień, Jasiukowicz, Pajdak. Z tej piątki wróciło jedynie dwóch – Pajdak i Bień. Po powrocie do domu w sierpniu 1949 roku Adam dowiedział się od żony Zofii, jak wielką rolę w jego wcześniejszym wypuszczeniu zwięzienia odegrał Józef Niećko, wiciarz, ówczesny prezes „odrodzonego” PSL – jak o nim mówiono – drugi po Bierucie. Zofii Bieniowej udało się do niego dotrzeć i uzyskać pomoc. Nie wyparł się dawnej przyjaźni z Adamem Bieniem, z okresu, gdy obaj tworzyli „Wici”.

Dni po powrocie Adama były radosne i pełne nadziei, potem coraz trudniejsze. Odebrano mu prawo wykonywania wyuczonego zawodu, a następnie prawo jakiejkolwiek pracy. Później, współdzielni wydawniczej, wktórej pracowała żona, pozwolono mu wykonywać tłumaczenia zjęzyka rosyjskiego. Wroku 1953 otrzymał zezwolenie na pracę w adwokaturze, nie w Warszawie jednak, a na prowincji. Założył kancelarię adwokacką w Przasnyszu. Miało to być tylko krótkie rozstanie z rodziną, a stało się inaczej. Mieszkał i pracował w Przasnyszu do roku 1975, kiedy to przeszedł na emeryturę i przeniósł się do rodzinnej Ossali. Podjął jeszcze pracę w niepełnym wymiarze godzin w staszowskiej adwokaturze. Utrzymywał żywe kontakty z kolegami prawnikami. Dom na Ossalskim Zawierzbiu tętnił życiem ipracą twórczą. Przybrana wnuczka – Małgosia Sianoszek – malarka amatorka – przelewała na płótno ossalskie krajobrazy, znajome postacie. Sam Adam zabrał się do spisywania swoich bogatych w wydarzenia losów, co zaowocowało pozycjami książkowymi. W1981 roku Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza wydała pierwszą z planowanej trylogii część powieści biograficznej „Bóg wysoko – dom daleko”, obejmującą lata 1900-1920. Część druga „Bóg wyżej – dom dalej”, dotycząca lat 1939-1949, czekała na wydanie aż doroku 1991. W międzyczasie, w1987 roku w emigracyjnym wydawnictwie „Wici” w Chicago ukazała się jako „Więźniowie Moskwy”, a we wrześniu 1989 roku Staszowskie Towarzystwo Kulturalne wydało jej fragmenty zatytułowane „Wyprawa moskiewska”. Pracę nad trzecią częścią przerwała choroba autora. Materiały do niej zebrali, opracowali  iprzygotowali dodruku: córka Adama Bienia – Hanna Bielska i jej mąż Stanisław Bielski. Pod tytułem „Bóg dał – Bóg wziął” była promowana w maju 1998 roku, już po śmierci Adama.

Adam Bień nadal bardzo uważnie śledził polską scenę polityczną. Miał niezwykłe wyczucie, zmysł obserwacyjny, analityczny sposób przewidywania sytuacji, co przy olbrzymiej znajomości realiów czyniło go specjalistą od spraw polityki wschodniej. Potrafił bezbłędnie oceniać ludzi, dostrzegał i rozumiał procesy społeczne i wkrótce stał się swoistym autorytetem moralnym i politycznym. Był ciągle ministrem – Wszak nikt mnie – mawiał z uśmiechem – z funkcji ministra nie odwołał. Tak go więc nieoficjalnie (a czasami i oficjalnie) tytułowaliśmy.

Obserwując i oceniając polityków Bień coraz częściej wypowiadał się naróżne tematy. Coraz częściej też pod koniec lat 70. przybywali do niego ludzie z całej Polski. Stawał się powoli osobą publiczną. Nie odmawiał udziału w spotkaniach z szerszym gronem ludzi. Pamiętam, iż chętnie zgodził się na wygłoszenie referatu związanego z 50-leciem „Wici” wczerwcu 1978 roku. Powitałem go wówczas tytułując (uczyniłem to celowo) ministrem. Oczywiście nie odbyło się bez „rozmowy” w gmachu Komitetu PZPR na ul. Świerczewskiego w Staszowie. Ale tonie miało dla mnie większego znaczenia. Najważniejsze, że Bień pokazał się szerokiej publiczności.

Nadszedł rok 1980 – Bień przewidział swoim analitycznym umysłem nadejście nowej politycznej epoki, ale nawet on nie przeczuwał, że odwilż polska – bezkrwawa rewolucja jaką był strajk w Stoczni Gdańskiej, z jego konsekwencjami, nadejdą tak szybko. Gdy tylko wolność przyszła do Staszowa, poczuliśmy wiatr w plecy i dojrzeliśmy do powołania niezależnej organizacji społeczno-kulturalnej mogącej wyzwalać lokalne inicjatywy, dokumentować tożsamość regionalną idoprowadzić dopowstania regionalnego muzeum oraz niezależnego wydawnictwa. Wten sposób powstało Staszowskie Towarzystwo Kulturalne, do którego założenia programowe przygotował i statut opracował nie kto inny, tylko Adam Bień. Na Zjeździe założycielskim w maju 1981 roku został wybrany wiceprezesem Zarządu STK. Zdecydował się raz jeszcze realizować swoje pasje społecznikowskie, przekazać swoje doświadczenia, tym razem dla dobra swojej małej ojczyzny. Dzięki jego udziałowi wpracach Zarządu Towarzystwa, mogłem sprostać odpowiedzialnej funkcji prezesa I kadencji. Jego taktowi, bogatej wiedzy prawniczej iogromnemu doświadczeniu zawdzięczam dobry start Towarzystwa ipodjęcie wielu trafnych decyzji. Potrafił być doskonałym mediatorem. W jego domu każdego roku w dniu urodzin (14 grudnia) gromadzili się ludzie pragnący złożyć mu życzenia. Spotykały się więc osoby o różnych poglądach politycznych. Traktował ich jednakowo, często biorąc udział w gorącej, polemicznej dyskusji na różne tematy. Do niego należało ostatnie słowo, ocena, z którą zgadzali się z reguły wszyscy. Gdy w grudniu 1982 roku wyjechałem nakilka lat doLibii, Adam Bień należał do nielicznych osób utrzymujących ze mną kontakt korespondencyjny. Listy i pocztówki otrzymywane z Ossali zawsze były pełne życzliwości, życzeń szczęśliwego powrotu do kraju i zawierały krótkie, ale cenne komentarze do aktualnej sytuacji w kraju i regionie.

Popowrocie wroku 1986 do Staszowa jako pierwszemu złożyłem wizytę Adamowi Bieniowi. Otaczało go coraz większe grono sympatyków i ludzi żądnych prawdy historycznej. Zauważyłem, że jego autorytet znacznie wzrósł i nawet działacze partyjni coraz rzadziej wypowiadali się o nim krytycznie.

Wkrótce na Zjeździe STK w grudniu 1987 roku, kiedy to dane mi było powrócić na stołek prezesa, na mój wniosek Zjazd wybrał Adama Bienia prezesem honorowym Towarzystwa. Funkcję tę pełnił do śmierci, nigdy się jej nie wstydząc, chociaż nie zawsze eksponując tak jakbyśmy – my staszowianie – tego sobie życzyli. Na moją uwagę, że w wywiadach prasowych nie podaje swojej funkcji w STK, odpowiadał z uśmiechem bagatelizując sprawę – widzisz janie jestem ani staszowski, ani ossalski – jestem uniwersalny. I w tym znaczeniu miał rację…

Adam Bień stawał się postacią nie tylko popularną, ale również modną. Coraz więcej osób zabiegało ojego względy. Zaroiło się wokół niego od fałszywych przyjaciół, którzy ztej znajomości chcieli czerpać dla siebie profity, intrygami odsuwając osoby autentycznie mu życzliwe. Tego typu praktykom należy najprawdopodobniej przypisać przejściowe ochłodzenie stosunków między nami poroku 1994. Naszczęście mądrość Adama, którą zachował dokońca, potrafiła odróżnić fałsz odprawdy ipozwoliła zachować go wmojej pamięci jako nauczyciela iprzyjaciela. Mam mu tyle do zawdzięczenia. Nigdy nie odmówił mi swoich rad. To on nauczył mnie słuchać ludzi, być wyczulonym na ich potrzeby oraz utwierdził w wyniesionym z domu rodzinnego przekonaniu o wielkiej roli Piłsudskiego w polskiej historii. Adam na zawsze pozostanie moim mistrzem i nauczycielem. Przekazał miwiele wskazówek i doświadczeń życiowych, nauczył właściwego spojrzenia na sprawy małej i wielkiej polityki. To jemu zawdzięczam wiarę w sens różnorodnej ludzkiej działalności – dla ludzi i z ludźmi.

 

 

Fragment wspomnień Macieja A. Zarębskiego, prezesa Świętokrzyskiego Towarzystwa Regionalnego, z przygotowywanej do druku książki pt. Kolaże pamięci.


Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko