Krystyna Tylkowska – Teatr jako zabawa

0
67

Krystyna Tylkowska

 

Teatr jako zabawa

(O Teatralnym placu zabaw w reżyserii Justyny Sobczyk)

 

  Czy można zainteresować teatrem dzisiejszych młodych widzów? Czy w obecnym świecie da radę wychować przyszłych bywalców teatralnych, którzy uczestnictwo w kulturze uważają za jedną ze swych naturalnych potrzeb? Instytut Teatralny na bieżąco podejmuje działania, mające zmienić powyższe pytania w osiągnięty cel.

  Jednym z istotnych przedsięwzięć Instytutu jest przypomnienie postaci i spuścizny Jana Dormana. Ten wybitny twórca, pedagog i teatrolog  ciągle jest niemal  nieznany w Polsce.  W rozmowach o teatrze dziecięcym przez wiele lat nie pojawiało się jego nazwisko. Sama przyznam się, że studiując jakiś czas temu w Akademii Teatralnej ani razu nie usłyszałam o Dormanie. A szkoda, gdyż przemyślenia, doświadczenia i metody założyciela i  wieloletniego dyrektora Teatru Dzieci Zagłębia wydają się ponadczasowe, atrakcyjne i nośne również dzisiaj, czego najlepszym dowodem jest spektakl Teatralny plac zabaw. 

   Jego twórcami są młodzi ludzie z Instytutu Teatralnego. Reżyserią zajęła się Justyna Sobczyk, dramaturgią Justyna Lipko-Konieczna.  Do współpracy zaproszona została szóstka aktorów, co stanowi podwójną obsadę pojedynczego przedstawienia. W każdym bowiem występuje troje artystów, wcielających się w poszczególne role.

  Rzecz dzieje się w…cóż, trudno jednoznacznie stwierdzić. Mamy tu bowiem do czynienia ze spektaklem objazdowym. Niekiedy wprawdzie można zobaczyć go również  w siedzibie Instytutu Teatralnego, ale przede wszystkim twórcy jeżdżą z nim po szkołach  całej Polski. Przyjmijmy więc, że miejscem akcji jest duża sala (najczęściej gimnastyczna), na co dzień nie bardzo kojarząca się z teatrem. Przygotowania wyglądają tak, że młodzi odbiorcy (są nimi uczniowie młodszych klas szkoły podstawowej) nie potrafią ich skojarzyć ze swoją dotychczasową wiedzą dotyczącą teatru.

 Oto ktoś  pyta, który kolor wolą- żółty, czy niebieski. W tym kolorze otrzymują bilet na przedstawienie, a raczej ogromne bilecisko formatu A4. Nie koniec na tym. Papierowa płachta, uprawniająca do obejrzenia spektaklu musi zmienić się w czapkę. Dzieci, które nie wiedzą, jak takiej zmiany dokonać dostają odpowiednie instrukcje. Następnie widzowie wystrojeni w te własnoręcznie wykonane nakrycia głowy idą po linii w takim samym kolorze. Oprócz kolorowej linii prowadzi ich coraz bardziej przybliżająca się muzyka akordeonowa. Później muszą przejść jeszcze przez brzuch dziwacznego konia na kołkach, by znaleźć się w znanej- nieznanej przestrzeni teatralnej. Po obu jej stronach leżą kolorowe poduszki. Oto mamy dwa sektory- jeden dla widzów gustujących w żółciach, drugi dla tych wolących błękity. Teraz siadają naprzeciwko siebie. Wkrótce będą ze sobą rywalizować. 

  Przestrzeń pomiędzy jest prawie pusta, jeśli nie liczyć dziwnej karuzeli i dwóch kaczek, a raczej „kaczko-taczek” na wielkich, rowerowych kołach. Jedna z nich (jakże inaczej) jest niebieska, druga żółta.

  Trójka aktorów, przygrywająca dotąd rozsiadającej się wygodnie publiczności zmienia się teraz w trójkę rozbrykanych dzieciaków. Zanim jednak to nastąpi, w magiczny świat teatru wprowadza wszystkich cytat z Hamleta. Oto do Elsynoru przybyli aktorowie, którzy pragną zabawić wszystkich swoją sztuką. Muszą być powitani z należnym ceremoniałem. Wstęp nader poważny, prawdopodobnie dla wielu młodych widzów jest to pierwsze zetknięcie z Szekspirem.

  Później wszystko odbywa się za pomocą prostych słów, rytmicznych powtórzeń, cyklicznych gestów, wreszcie wyliczanek. Najpierw trójka „dzieci” kłóci się o to, która kaczka jest ładniejsza, znajdując powierników w widzach, w zespole „żółtych” i „niebieskich.” Mamy tu typowy niekorzystny układ. Aktor, który nie ma „swojej” kaczki próbuje zasilić raz jeden, raz drugi zespół, po czym zmienia niewinną rywalizację w kłótnię, w walkę. Sceny znane z codziennych podwórkowych zabaw obserwowane z boku wzbudzają w dzieciach refleksje. Nie potrzeba moralizowania, można zaufać młodym widzom, że wyciągną słuszne wnioski.

 Ale oto kłótnia zasiała ziarno niezgody, czego rezultatem ma być wojna. Poduszka odpowiednio założona na głowę czyni z jednej z aktorek admirała. Admirał tworzy szyki z ołowianych żołnierzyków i zapowiada wojnę na  godzinę szóstą. Sytuacja staje się groźna. Widzowie wraz z aktorami naradzają się, jak jej zapobiec. Najpierw przestawiają wszystkie zegary, aby każdy pokazywał inną porę. Przebiegły admirał postanawia jednak skorzystać z zegara słonecznego. Wówczas jedyną szansą na uniknięcie wojny jest odwołanie się do jego serca. Dłonie admirała zmieniają się w słuchawki telefoniczne, przez które aktorzy próbują połączyć się z sercem  Próba kończy się powodzeniem, wojna zostaje odwołana. Karuzela, stojąca na środku kręci się z radością. 

 Następuje czas spełniania marzeń, kiedy to każdy, niezależnie od wieku może włożyć na głowę złotą koronę i przyznać się, co mu w duszy gra. Symbolem przenoszenia pragnień do świata rzeczywistego staje się mały, brązowy konik.

 Później pojawia się na scenie marionetka, przedstawiająca Jana Dormana. Sympatyczny pan z życzliwością przygląda się swojemu- nieswojemu spektaklowi. Pomaga uwierzyć, że marzenia są po to, aby je spełniać, że wszyscy są ważni, wyjątkowi, no i wszyscy mogą być artystami.

 Na koniec nie ma braw, tylko każdy widz musi „przybić piątkę” z aktorami i znowu przejść przez brzuch konia do swojej rzeczywistości.

 Widzowie, zgodnie z koncepcją Dormana, nie śledzą więc logicznej fabuły. Opowiedziana historia może się wydawać ciągiem afabularnym, czymś przypominającym sen, albo dziecięcą zabawę pełną emocji i nieoczekiwanych zwrotów akcji.  Ponieważ spektakl jest bardzo otwarty na widza i jego improwizację trudno przewidzieć, co po kolei będzie się w nim działo.

  Ogólny trzon scenariusza powstał na podstawie trzech spektakli założyciela będzińskiego teatru- Kaczka i Hamlet, Konik oraz Która godzina. Warto jednak podkreślić, że twórcy nie widzieli tych spektakli, znają je tylko z różnych relacji. Ich przedstawienie jest więc bardziej wyobrażeniem, interpretacją, nie rekonstrukcją teatralnych dokonań Dormana. Jest też rodzajem rozmowy, dyskusją z człowiekiem, którego nie mieli okazji poznać. 

  Przedstawienie oczywiście stało się okazją, by wykorzystać, wypróbować zdobycze i odkrycia dyrektora Teatru Dzieci Zagłębia. Teatr więc jawi się tutaj jako zabawa, coś niegotowego, improwizowanego, rodzącego się tu i teraz. Wykorzystane zostają wyliczanki, a także pewne rytuały dziecięce (np. aktorzy witają się i żegnają w sposób podpatrzony u dzieci). Spektakl jest czymś, co się zmienia, ewoluuje, pod wpływem kolejnych widzów. No i cytaty z klasyki, stanowiące pierwsze zetknięcie, oswojenie z nią, tak dalekie od nudnego przerabiania lektur w szkole.

  Teatralny plac zabaw to zresztą tylko część projektu. Drugą równie ważną są warsztaty dla nauczycieli. Mają one na celu pokazanie możliwości pracy nad tym spektaklem (co można zresztą wykorzystać podczas interpretacji innych przedstawień obejrzanych wspólnie z klasą, albo przerabianych lektur). Warsztaty służą również pokazaniu nauczycielom, jak ważnym elementem życia jest teatr i w jaki sposób wykorzystać go do rozbudzenia dziecięcej wyobraźni. Bardzo oszczędna scenografia spektaklu pokazuje, iż teatr można właściwie stworzyć przy pomocy niewielu środków. 

  Stąd może tytuł przedsięwzięcia. Oto teatr staje się placem zabaw, czyli miejscem, do którego warto wracać. Pobyt na nim zawsze jest przygodą, za każdym razem nieco inną, mimo powtarzających się elementów. Teatr jest też przestrzenią, w której rozwija się wyobraźnia, w której można uczyć się zachowań społecznych, poznawać siebie i świat wokół.

 Spektakl uczy młodych widzów, że teatr może być czymś dla nich, miejscem, gdzie poczują się dobrze i pozostaje mieć nadzieję, że z tą nauką wejdą w dorosłe życie. 


Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko