Jan Stanisław Smalewski – Minął tydzień – Na świętego Dygdy

0
320

Jan Stanisław Smalewski



Minął tydzień

Na świętego Dygdy

 

Józef Chełmoński            Rozpoczynając ten felieton mam dylemat. Czy chcąc się utrzymać w nurcie poprzednich wynurzeń, powinienem pisać tylko o tym, co było w minionym tygodniu, czy też należałoby ponformować Czytelnika o tym, co działo się podczas mojego leniuchowania? Minęło bowiem dwa tygodnie, minął kwiecień, minęła majówka, a życie zap… jak BMW naszego rajdowca Roberta Kubicy i co tu ukrywać: co większy zakręt robi wielkie bum.

Pan Robert jest w tej dobrej sytuacji, że póki co wymieniają mu samochód na nowy i może zap… (mam na myśli tym razem to drugie, kulinarne słowo) dalej, a ja (czytaj też – my) po każdej kolejnej kraksie mogę (możemy) sobie tylko ponarzekać.

            Och życie! Nie pędź tak! – chciałoby się zawołać, lecz… byłoby to wołanie na puszczy, nie usłucha. Na szczęście trafił się po drodze większy kawałek weekendu, chociaż słowo szczęście jest tu zupełnie asymetryczne w stosunku do oczekiwań, jakimi nas wcześniej raczyli telewizyjni przepowiadacze pogody.

            Tak, tak, na dwa tygodnie przed weekendem TVN mamiła nas prognozami bajecznych, wręcz letnich temperatur. Zresztą Jedynka robiła to samo, a w Internecie powoływano się nawet na specjalistów z NASA i amerykańskie stacje meteo, które jak nigdy dotąd są rzekomo obecnie w stanie przepowiedzieć pogodę z wyjątkową dokładnością na wyjątkowo długi okres czasu.

Baju, baju. Nic się nie sprawdziło. Albo powiem tak: sprawdziło się, jak ich teorie o ocieplaniu się klimatu. Tylko nie wiem, nauka się myli? Czy może świadomie uprawiają taką propagandę, by nam robić wodę z mózgów? Albo na przykład celowo wprowadza się nas w błąd, by udupić krajową turystykę?

Że stałem się podejrzliwy? A co, mam do tego prawo, w poniedziałek skończyłem 67 lat, a taki wiek zobowiązuje. I niech mi Nikt z tego powodu nie składa gratulacji, bo jak się ma świadomość, że coraz mniej z tego pociechy, to i lepiej siedzieć cicho.

Tych zapowiadanych przez „Kręcika” upałów majowych to się nawet bałem. Bo pomyślmy – gdyby były już w maju, to co by mogło zdarzyć się w lipcu, sierpniu? W 2005 roku, jak fala upałów letnich rozlała się nad Europą Zachodnią, to we Francji (kraju znacznie zasobniejszym od Polski) doliczono się ponad 5 tysięcy zgonów ludzi po 65. roku życia. Ministerstwo Zdrowia przeprosiło potem Francuzów za brak skuteczności, a minister podał się do dymisji.

U nas trudno sobie wyobrazić taką sytuację. Zwłaszcza, gdy słyszy się z ust jednego z polityków lewicy, że emeryci coraz bardziej obciążają polską gospodarkę. Zatem emerycie czy chcesz tego, czy nie, obciążasz.

Zapewne dlatego nasze ministerstwo zdrowia przeprowadza u… starszych pacjentów badania jelit. Zupełnie przypadkowo w kwietniu zauważyliśmy z żoną w oknie naszej przychodni NFZ plakat o wykonywaniu bezpłatnej kolonoskopii. I oboje zwróciliśmy tylko uwagę na dolną granicę: od 50 roku życia.

– Nie dość, że bezpłatnie, to jeszcze bez kolejek? Trzeba z tego skorzystać. Chodź, wejdziemy do przychodni, zapiszemy się – namówiła mnie małżonka.

Weszliśmy, oczywiście. I wyszliśmy z niczym. Pielęgniarka najpierw sprawdziła nasze identyfikatory, a potem popatrzyła z politowaniem.

– Trochę się państwo spóźnili. I nie doczytaliście tego, co jest na plakacie. Przykro mi, ale… badania obejmują grupę wiekową od 50 do 65 roku życia.

Naprawdę poczułem się głupio. – To znaczy, że po 65 roku życia?

I jak tu się łudzić, że będzie lepiej?

Lepiej to już było – odpowiadam ustami pewnego starszego jeszcze ode mnie polityka lewicy. Na szczęście służba zdrowia też się starzeje. A ja jej życzę tego samego, czego i ona mi życzy. A my lepiej wróćmy do majówki.

Ciekawe, jak po niej czuli się wszyscy ci progności i przepowiadacze, którzy zepsuli nam plany wyjazdów w góry i nad morze, a zwłaszcza obiecywane sobie, ile to nasze ciało – umęczone wyjątkowo długą zimą – skorzysta z majowej wolności. Ja czuję się zawiedziony.

Jak oni wszyscy czują się teraz po minionym weekendzie? Czy może tak, jak nasz prezydent, któremu pogoda popsuła święto flagi? Czy może jak premier, kiedy przypomniano mu, że podczas obejmowania władzy przed laty obiecywał narodowi niezbędne zmiany w obecnej ustawie zasadniczej, która – przypomnę – ma już 16 lat i sporo niesprawdzających się (czytaj też: mało przydatnych) zapisów?

No cóż, miejmy też świadomość, że z podjęciem takiej nowej ustawy, nie mówiąc już o jej nowoczesności na miarę wieków, jak to miało miejsce z Konstytucją 3 maja, nie byłoby łatwo. Przypomnijmy: Stanisław August użył swoistego fortelu. Uchwalił konstytucję pod nieobecność największych sejmowych krzykaczy. I w tajemnicy przez Katarzyną Wielką. No, ale nasz premier, przepraszam, to Stanisławem Augustem nie jest.

A z konstytucją to mniej więcej jest tak, jak z tą starą gałęzią na drzewie. Dopóty przeszkadza, dopóki się na niej nie usiądzie (weź ją podetnij wtedy).

A szkoda, bo przydała by się taka teraz konstytucja, co by współczesne liberum veto wszystkich przeciwko wszystkim wymiotła z sejmu. Przydałaby się taka, oj przydała, co by ścieśniła trochę pustą przestrzeń między ławami rządowymi i parlamentem, bo często aż żal patrzeć, ile nadaremno na przykład się tam światła marnuje.

A ile zbędnych pieniędzy idzie na senat? Przecież u jego podwalin historycznych leżały: wiek i rutyna. To miało wpływ na ostateczną wersję podejmowanych ustaw, a nie sama grzęda, jak w kurniku. Skoro teraz już ani wiek, ani rutyna nie mają wpływu na mądrość , skuteczność, trafność itp., no to po co to nam?..

           

            A nawiązując do telewizji i Internetu, możesz się Czytelniku ze mną nie zgodzić, już nie tylko coraz więcej w niej reklam, ale i… propagandy. I nie byłoby wcale złe, gdyby tak jak przy produktach spożywczych, zacząć stosować podawanie konsumentowi zawartości właściwych treści, w stosunku do innych wypełniaczy. Może byśmy wtedy doszli do tego, ile jest procent prawdy w podawanych nam informacjach, czyli w rzekomo serwowanej nam prawdzie.

            Prawda, że świadomość tego ile jest % prawdy w prawdzie w wielu przypadkach poprawiałaby nam samopoczucie?

            Ostatnio, przed weekendem, gdy w Intermarche z uporem maniaka wczytywałem się w informacje biegające jak małe, czarne mróweczki po etykietach produktów spożywczych, moja żona z przekąsem zauważyła:

            – Przecież ci mówiłam, żeby zjeść całą jedną kiełbasę, musisz sobie kupić dwie.

Uśmiechnąłem się tylko, bo nie miała racji. W śląskiej było 60% kiełbasy w kiełbasie. Z zadowoleniem więc włożyłem do koszyka, co już z wędlin włożyć miałem i podszedłem do półki z przyprawami. Patrzę, jest chrzanik w słoiczkach znanej firmy więc go bach do koszyka na kiełbasy i podążam w stronę żony, która przebiera w słodyczach.

– A sprawdziłeś, ile jest procent chrzanu w chrzanie? – z kąśliwością zapytała moja połowica.

W przekonaniu, że to typowa kobieca reakcja na moje nowe metody badawcze, postanawiam zrobić jej przyjemność i podtykam słoiczek z chrzanem pod nos, z którego jeszcze nie zdążyłem zdjąć okularów.

– Ludzie! – wołam na cały głos, nie dowierzając własnym oczom. Na etykiecie stoi jak byk – 60% zawartości chrzanu.

Tylko tyle chrzanu w tym chrzanie?! Co oni chrzanią?!  – wydzieram się, wzbudzając zainteresowanie znajdujących się w pobliżu klientów supermarketu.

Skoro zatem nawet chrzan jest do chrzanu, nie dziwcie się, że i prawda, jaką nam serwują na co dzień w telewizji i Internecie, nie odbiega od przyjętych reguł.

Kiedy będzie lepiej? – pytam sam siebie i odpowiadam pamiętnym sloganem mojej babci – Na świętego Dygdy.

Młodzi może tego nie wiedzą, kiedy obchodzi imieniny Dygda, zatem wyjaśnię, iż nie o imię tu chodziło, ale o rym. Na świętego Dygdy to po prostu nigdy.

Zatem na świętego Dygdy poprawi się sytuacja w służbie zdrowia. Gdyby chciano coś zmienić, należałoby coś zrobić z lekarzami rodzinnymi. To znaczy po pierwsze – podnieść im pensje, żeby naprawdę leczyli, a nie tylko wypisywali recepty. Na pensje dla lekarzy rząd nie ma pieniędzy więc zezwala, by dorabiali prywatnie (bo na wypisywanie recept dużo czasu im nie potrzeba). Koło zupełnie się zamyka wówczas, gdy przyjrzymy się statystykom obrazującym liczby posiadanych w kraju specjalistów w stosunku do potrzeb szpitali. Przypomnijmy: większość z nich leczy za granicami Polski, za zagraniczne pieniądze. -, A kto ich tam wysłał?…

O majątku NFZ, jego rozbudowanej administracji wolę w tej poweekendowej atmosferze nie wspominać, żaden rząd tego obecnie nie udźwignie.

Na świętego Dygdy będzie też lepiej w naszej gospodarce. I także na świętego Dygdy będziemy jeść zdrowszą żywność. Zarzekam się, nie jestem żadnym specem od napraw, ale moje doświadczenie (67 lat) podpowiada mi, że żaden rząd z udziałem biednych chłopów  w koalicji (bo biedny chce najpierw biedę zlikwidować u siebie) nie przeprowadzi udanych reform w  biednym kraju. I aż boję się pomyśleć, co będzie za kilka lat, jak skończą się fundusze unijne…

Wiem, pisałem już o zdrowej żywności, ale nie sposób nie wspomnieć o czymś, co ma wątek rozwojowy. A ta sprawa ma taki. Na zachodzie Europy dawno by zmienili ministra rolnictwa, a kto wie, czy i nie ministra zdrowia, gdy u nas wciąż zamiata się pod dywan.

W znanej mi jednostce wojskowej w Ustce po niemal miesięcznej gehennie żołnierzy karmionych pulpecikami ze słoików, które i tak zresztą wędrowały do pojemników z odpadkami, wreszcie zaczęto serwować żołnierzom normalne kotlety.

Przeprowadzono nowe przetargi, wygrała firma byłego senatora Stokłosy i… wszystko wróciło do normy.

Do rzekomej normy, bo panowie badacze od „pisma świętego” – przepraszam, zapędziłem się nieco – od mięs i wędlin stwierdzili zgodnie: „Takie praktyki wkręcania w świeże wędliny przeterminowanych (czytaj śmierdzących) mięs stosuje się niemal w całym kraju od wielu lat”.

Zatem jak długo trwa ten proceder? I czy to oznacza, że znów nie będzie winnych?

Wiedzą już coś o tym lekarze, którzy nagle zrozumieli, skąd w Polsce wzięły się epidemiczne wręcz ilości schorzeń przewodu pokarmowego, białaczek i niestety różnych postaci raka także, w tym dotykających coraz częściej dzieci.

Od około dziesięciu, zdaniem innych – ośmiu lat tak się dzieje. I nic nie zapowiada rychłej zmiany. Enigmatyczna zapowiedź premiera utworzenia ministerstwa (instytucji) nadzorującego producentów żywności, jak na razie była kwietniowym bączkiem puszczonym cicho pod pierzynką chmurek.

Jak zatem ufać, że poprawi się stan naszej – obsuwającej się już (co raczyła zauważyć Unia Europejska) – gospodarki? Czy podniesie się poziom naszego eksportu? – Na świętego Dygdy.

Na zakończenie pozwolę sobie raz jeszcze powrócić do minionego weekendu. I do tych łez wylanych ostatnimi czasy przez chmurzyska nad Polską. „Mokry kwiecień, ciepły maj (oby!), będzie żytko niczym gaj”. Może to dobry prognostyk? Byłoby 100% żyta w życie. I w pszenicy 100% pszenicy. No i tyleż chleba w chlebie…

Że się rozmarzyłem? Marzenia jeszcze nikomu nie zaszkodziły. Także emocje. A już takie, jakie u milionów widzów lejących łzy wzruszenia nad losami Ani wywołał zakończony w minionym tygodniu w TVP1 serial o Annie German, na pewno mogą tylko wzmocnić naszą narodową wrażliwość i troskę o drugiego człowieka.

I co prawda moje krytyczne oko nie zawsze zgadzało się z powszechnymi odczuciami odbiorców, w filmie można było dostrzec wiele płycizn (ja osobiście próbuję je tłumaczyć potrzebą utrzymania formy serialu),  chwała reżyserom i aktorom za ich zaangażowanie, dzięki któremu telewidzom chociaż w tych momentach (oglądania filmu) udawało się nie nudzić.

           

 

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko