Krystyna Habrat – KOCZWARA

0
38

Krystyna Habrat


KOCZWARA


Kazimierz Hamada      Nagle gdzieś w dole, spomiędzy drzew, wystrzelił w górę pomarańczowy punkcik. Za nim drugi, trzeci… Wyłaniały się tak z zieleni pomarańczowe czapeczki dzieci z kolonii.  Po chwili  cała grupa pociągnęła sznureczkiem w górę stoku. 

  Wtedy  wróciło do mnie nieco zapomniane słowo: „Koczwara”. 

  Chyba nie ma takiego słowa. Zanim wyjaśnię, co znaczy, powiem, że  przyszło, kiedy odłożyłam czytaną książkę, by obserwować grupę  kolonistów w pomarańczowych czapeczkach, wędrujących już para za parą poboczem drogi na tle lasu. Przypomniało  to moje pobyty na koloniach.

  Pierwszy raz pojechałam nad morze po pierwszej klasie, gdy miałam siedem lat. Nie mogłam udźwigać walizki, bardzo tęskniłam za rodzicami, ale najgorsze było, że nigdy nie mogłam zjeść wszystkiego z talerza. Każdy posiłek był męką. Pamiętam dobrze, wszystkie dzieci zjadły,  ja dopiero w połowie i to, co mam w ustach nie może przejść mi przez gardło. A pani zerka w moją stronę. Pilnuje, żebym zjadła do końca. W każdą niedzielę  wszystkie grupy maszerowały parami przez las cztery kilometry do morza. W połowie drogi czekała na polanie ciężarówka i pani kucharka wręczała każdemu bułkę drożdżową. Wielką, prostokątną, rumianą, posypaną po wierzchu z kruszonką. Aż oczy się do niej śmiały. Jadłam ją i jadłam przez całą resztę drogi. Wreszcie inne dzieci  podskakiwały pośród fal, a ja ciągle jadłam tę już znienawidzoną bułkę.

  Ale morze naprawdę był bezkresne, niebieskie z białymi bałwanami, zupełnie jak z marzeń. A co najważniejsze, mieszkaliśmy w prawdziwym zamku z basztą, pośród rozległego parku. Dotąd  mam w oczach   ogromny  trawnik pełen stokrotek i drzewa dookoła, zdaje się brzozy, a na pewno wierzby płaczące. Za nimi   pobłyskiwały w słońcu strumyki..

  Pamiętam to dokładnie, bo nasza wychowawczyni, młoda dziewczyna o czarnych włosach i zdaje się nie bardzo ładna,  ciągle się tym wszystkim zachwycała:

 Dziewczynki! Popatrzcie tam! Strumyk wije się jak wąż.. A na grzbiecie ma wygięty łuk mostka. Piękne prawda?

 Tak!

 A jak się nazywają te niebieskie kwiatki?

 Żabie oczka…

 A tamte, też niebieskie?

 Niezapominajki.!

.  Pani uradowana intonowała:

  „Niezapominajki,   to są kwiatki z bajki.

   Rosną nad potoczkiem, patrzą żabim oczkiem.”

  Coś tu się nie zgadzało, ale nie było czasu się zastanawiać, bo przechodząc przez mostek, wyśpiewywałyśmy na całe gardło: „Zielony mosteczek ugina się!”

    Wreszcie pani przystawała i wyciągała notatnik.  Pośpiesznie szkicowała, to   co  takie piękne, co powinnyśmy podziwiać.

    Na każdym kroku odkrywała rzeczy godne podziwu  i utrwalenia. Raz  był to otulony błękitem niezapominajek łuk mostka nad błyszczącą strużką, to znów rozłożysta wierzba  przygięta do ziemi. Innym razem – wieżyczka drewnianego kościółka  stercząca ponad drzewami parku. Najczęściej zachwycał  panią widok rozfalowanych  pól z rozrzuconymi rzadko domostwami pośród zieleni i rzędy topól, hen na horyzoncie, niczym wbite w ziemię pióra. A gdziekolwiek poszłyśmy, zawsze w dali wyłaniał się zamek z basztą otoczoną ażurowym balkonikiem. Pani pośpiesznie szkicowała. Po chwili wpadała w popłoch, bo na balkoniku pojawiały się  czarne figurki z   lornetkami  w naszą stronę.

 Ach! – wykrzykiwała. – Już nas szukają! Dziewczynki, pośpieszmy się. No, ładnie, parami, bo nas obserwują!

  Chowała niedokończony rysunek i wracałyśmy na czekający obiad, podwieczorek, czy kolację. Tylko przed śniadaniem z braku czasu  nie wychodziłyśmy, a tak kilka razy dziennie wędrowałyśmy po okolicy, zataczając coraz odleglejsze kółka, aż trudno było zdążyć z powrotem. Pani chyba nie miała zegarka, ale  prowadziła nas ochoczo na wycieczki  nawet w czasie wolnym, pomiędzy ciszą poobiednią a podwieczorkiem, kiedy można było pisać listy do domu. Chyba dawałam radę  tak daleko chodzić, bo nadążałam za większymi ode mnie. Byłyśmy najmłodszą grupą i  ciągle się gdzieś zapodziewałyśmy. Pewnie dlatego, że w przeciwieństwie do starszych wychowawczyń, nasza czarnowłosa pani promieniowała takim entuzjazmem do wszystkiego, że maszerowałyśmy z nią ochoczo. Zarażała nas swym  niebywałym apetytem na   urodę świata.

   Na pewno mnie tym zaraziła, bo dotąd przechowuję w pamięci czarne słowo: Koczwara. Czemu czarne i co ono znaczy – powiem później.

  Byłam najmniejsza, ale  na ognisku mnie przypadła rola poprowadzenia całej grupy w inscenizacji słowno-muzycznej. Na próbach wszystko było dobrze. W ostatniej chwili usłyszałam tylko, bym  stanęła twarzą do pana kierownika i najważniejszych gości. Wtedy wszystkie tak  się ustawią po moich bokach.

  Ba, ale gdzie ten kierownik? – zmartwiłam się, wchodząc pierwsza w krąg ogniska. Znałam go dobrze od zawsze, mieszkał w sąsiednim bloku, ale rozróżnić go po ciemku w tłumie było trudno. Widać było tylko gorzejące ognisko i dookoła wielki kwadrat zgromadzonych osób. Same jasne, nierozróżnialne twarze i ciemne sylwetki. Weszłam odważnie na środek, a za mną coraz wyższe dziewczęta. Każda w białej bluzce, granatowych szortach z chorągiewką w  obu rękach. Wydało mi się, że  po jednej stronie zgromadzili się najważniejsi dorośli.  Ustawiłam przed nimi. Za mną wszystkie,   z tyłu i po obu moich stronach. Ktoś krzyknął coś rozpaczliwie. Nie trafiłam. Kierownik siedział z boku. Szybko się odwróciłam, jak trzeba, ale stojące obok koleżankom niełatwo przyszło przemodelować utworzona już figurę wyjściową.  Tkwiły  uparcie w złej pozycji. Usiłowałam przestawić je, wyciągając do nich  chorągiewki. Dobrze to pamiętam. Wreszcie podbiegła zakłopotana wychowawczymi i je poprzestawiała. Dalej poszło, jak należy. Odśpiewałyśmy i oddeklamowałyśmy swoje, poruszając do wtóru  chorągiewkami i już bez niespodzianek nasza najmłodsza grupa – pierwsza – wróciła na miejsce. 

 Były też wydarzenia gorsze. Któregoś dnia podczas ciszy poobiedniej, jedna z dziewcząt wyrwała nas z obowiązkowej drzemki głośnym płaczem. Szlochała wniebogłosy i bezładnie opowiadała  straszny sen, że zmarła jej mama. Ona od początku była dziwna. Starsza od nas, taka trochę, jak się wtedy mówiło, niedorozwinięta. Na koloniach była z młodszą siostrą, która była też po pierwszej klasie i opiekowała się tą starszą. Zapłakaną dziewczynę wraz z siostrą szybko zabrała do siebie  wychowawczyni. Po kilku godzinach wszystko wróciło do normy.  Udało się  biedną dziewczynę uspokoić. Nas również. Pewnie znowu zabrała nas na wycieczkę, abyśmy patrząc na  cudowne widoki zapomniały o mniej pięknej stronie życia.   Jakie to straszne, gdy coś takiego się przyśni! Dla dziecka to coś najstraszniejszego. Latami się ten  lęk od siebie odsuwa. Dobrze to znam, moja mama zmarła zeszłego roku. Ale jestem już mocno dorosła.  Całe życie się tej chwili bałam…  Wtedy,  po powrocie z kolonii  usłyszałam, że matka tych dziewcząt naprawdę zmarła kiedy były na koloniach. Tylko nie dopytałam, czy akurat tego dnia, gdy przyszła do starszej we śnie.

 Dni na koloniach płynęły szybko. Rano krótka gimnastyka, mycie po spartańsku nad długim korytem, do którego z podziurkowanej rury płynęła zimna woda, potem apel, śniadanie, wycieczki przeplatane  obiadem, ciszą poobiednią, podwieczorkiem i kolacją. Wreszcie apel, mycie i noc do spania.  Można się było przyzwyczaić. Tym bardziej, że przychodziły kochane listy z domu, od mamy i taty. Morze było tak wielkie i błękitne. A właściwie błękitno-zielone. Tylko trawnik z soczystą trawą i stokrotkami  zmienił się w wysuszone    siano. Cóż, tyle stóp co dzień go deptało.  Ale i tak było się jeszcze czym zachwycać.  

  Któregoś dnia trafiłyśmy podczas wędrówki na łan czerwonych maków, szafirowych chabrów i innych kwiatów we wszystkich kolorach.

 Dziewczynki – krzyknęła nasza pani z entuzjazmem. – Nazbierajmy kwiatów! Ubierzemy nimi ołtarz w  kościółku!.

Wkrótce każda z nas taszczyła olbrzymi, wielobarwny bukiet. Dotarłyśmy zadowolone do kościoła. Po drodze z pewnością wyśpiewywałyśmy ochoczo piosenki o niezabudkach czy makach. Kwiaty złożyłyśmy na boku ołtarza, a pani – ku mojemu  przerażeniu – weszła na ten ołtarz nogami i zaczęła  wyjmować  z wazonów lekko podeschnięte irysy i georginie. Nigdy nie widziałam, jak ubiera się ołtarz i pojęcia nie miałam, że na taką świętość można  stanąć.  Większe dziewczęta przynosiły wodę z pobliskiej pompy, inne pomagały układać nasze polne bukiety. Uwijały się, wyrzucały co niepotrzebne. Wreszcie, pamiętam, lewa strona ołtarza, była jako tako ustrojona w świeże czerwono-niebieskie kwiaty, gdy ktoś krzyknął, że czas na podwieczorek!  Wokół  ołtarza pozostał straszny galimatias: sterty  kwiatów, połamane łodygi, liście,  poprzewracane wazony, porozlewana woda, ale pani szybko zeskoczyła z ołtarza. Nie zatrzymywane umknęłyśmy do zamku.  Nie śmiałam myśleć, co powie osoba przychodząca  wieczorem na nabożeństwo.

  A nasza pani nadal prowadzała nas w czarowne zakątki i kazała je podziwiać. Udzielał się nam  ten entuzjazm i zachwyt. To  musi być piękne, bo pani tak mówi. I jeszcze  szkicuje to w notatniku. Zerkałyśmy jej przez ramię, gdy po kilku ruchach ręką na kartce wyłaniał się z zieleni nasz zamek z  basztą.

  Kto wie, ile  dziewcząt z naszej grupy kolonijnej zaraziło się pani  żarliwością do zachwycania się światem.

  A pani była młoda, czarnowłosa i nazywała się: Koczwara.

Wtedy byłam  za mała, by pod to nazwisko  podkładać szersze pojęcia, które się z tym kojarzyły, ale długo, wspominając tamte czasy, czułam jakby  ktoś kierował mną ku poznawaniu świata z jego pełną krasą.  Kojarzyło się to z obrazem czarnowłosej pani z notatnikiem w ręku i grupą dziewcząt pośród rozległych pól, gdzie z jednej strony z zieleni parku wyłaniała się wieżyczka zamku, skąd nas przez lornetki poszukiwano. Pani, w zachłanności na przeżywanie każdego  przejawu urody świata, pośpiesznie szkicowała niby ten sam, ale z coraz innej perspektywy, widok. Nigdy go nie kończyła, bo należało śpieszyć się do powrotu i niestety zostawić za sobą tyle aż  piękna.

Trzy, może cztery lata później, gdy już straciłam ową uroczą panią z oczu, dowiedziałam się, że wyszła za mąż, urodziła trojaczki i przy porodzie zmarła. Co z dziećmi – nie wiem. Nawet to, że od razu było ich troje świadczyło o jej   łapczywości wobec tego, co w życiu najwspanialsze. Tylko samo słowo „łapczywość” nie jest pozytywne, ale jak określić ogromny apetyt, zachłanność na to co najpiękniejsze? Dla mnie to: „Koczwara”.

 Tylko to słowo oprócz pogoni za urodą świata, oprócz wiecznego nienasycenia tym, nabrało jeszcze  czarnego zabarwienia, że się nie zdąży… Ale póki się trwa- jest pięknie!


Krystyna Habrat  

4.9.2010r.

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko