Rafał Orlewski – Trakt do niedostępnych brzegów

0
194

Rafał Orlewski


Trakt do niedostępnych brzegów

 

„Chciałbym opowiedzieć ci o nocy…”. Tak się zaczyna pierw­szy wiersz nowego tomu Andrzeja Dębkowskiego. I – otwarcie tego po­etyckiego traktu. Dokąd? To poeta wykłada już w tytule książki. Za­danie wręcz hiperboliczne, bo – mon Dieu – takich brzegów jest mnóstwo. Czy ktokolwiek jest w stanie do nich dotrzeć? Najdłuższe życie jest zbyt krótkie…

A przecież poeta chce opowiadać o nocy panującej wciąż wśród ludzi. Motyw nocy – wszystko jedno, jakim słowem, jaką metaforą wyrażony – jest w zasadzie dominujący w tej poezji. To nie tylko noc, wieczór, otchłanie, gęstniejąca ciemność, przyciemniona twarz, czy własny cień. To także mrok śmierci, strachu, gniewu, nienawi­ści, tułaczki, niepokoju, różnych zagrożeń – losowych i wygenero­wanych przez ludzką pychę. To obrazy marzeń niespełnionych, gdyż najczęściej nierealnych albo zdeterminowanych przez największego mistrza okrucieństwa, czyli przez los.

Tymczasem poeta nie może abstrahować od tego, z czym ma do czynienia na co dzień, od czego nie da się uciec, dopóki się żyje. A są to doznania i doświadczenia z reguły bolesne, wyżerające na­dzieję niczym korniki zdrowy pień drzewa. I to nie są kwestie li tylko zrodzone w danym człowieku, choć i od takich nie jest się wolnym, ale też pączkujące i piętrzące się w życiu zbiorowym, od czego poeta nie może się uwolnić jako człowiek wrażliwy (więc też podmiot liryczny jego utworów), nie może ich odrzucić ani się pozbyć. Twórca czujący i myślący nie może po prostu powiedzieć: „Co mnie to obchodzi, nie moja sprawa”.

Już we wspomnianym, otwierającym tomik wierszu uderzają nas wstrząsające wersety, nawiązujące do tragicznych faktów z XX wie­ku: „…jaka jest różnica między śmiercią w zamkniętej stodole / a ro­zerwaniem przez minę na pustyni / między Eufratem a Tygrysem?”. I go­rzka konkluzja, której sens jest znany od tysiącleci, a mimo to ludzie ludziom nadal zadają i mnożą cierpienia. Dlaczego? Bo „Strach wiedzie do gniewu / gniew do nienawiści / nienawiść prowadzi do cierpienia”.

Teraźniejszość – powiada poeta – też nie może znaleźć miej­sca odpoczynku od tej żądzy. Bo jaka ona jest? Taka, że człowiek boi się umierać, bo nie wie, czy ziemia, po której chodzimy, jest „jeszcze moja”, nasza. Bo nawet nie mamy czasu „na przelotne zna­jomości”. Nie tylko na nie, drogi Poeto – rozbiły się więzi towa­rzyskie, przyjacielskie, nawet rodzinne. Kto do kogo pisze, kto rozmawia z bliskimi i znajomymi, skoro żywą wymianę zdań przegna­ły sms-y oraz bełkot skróconych słów, zmieszanych z rąbanką ob­cych języków? O pisaniu listów nie ma co wspominać, bowiem co zna­czy jakiś ostatni Mohikanin epistolografii? Tyle, co kropla wody w oceanie. O relacjach interpersonalnych można usłyszeć, a i to niezbyt często, w żargonie naukowym – na potrzeby teorii…

Świat ma to do siebie, że się zmienia. Szkopuł w tym, jak się zmienia: „wszystko ulega deformacji / czasem nawet przekształca”. Jak zatem wyglądają „wyspy szczęśliwe” – owo zazwyczaj nierealne marzenie? Ano tak, że „wrażliwość nie jest w cenie” (nie tylko na poetyckiej giełdzie, jak chce poeta). I tak, że z apologii ojczy­zny wyrażonej przez Norwida o kraju, gdzie „kruszynę chleba” trak­towało się jak świętość, niewiele dziś pozostało. Dębkowski poda­je to łagodniej: „Norwidowe miłowanie… jest dzisiaj mniej ważne niż niepewność / która nie pozwala podać ręki obcemu człowiekowi / i wyrzuca go na bruk”.

Toteż autor, cytując Henryka Michaux, iż „poezja jest podarunkiem natury”, oświadcza z gorzkim smutkiem: „Ja przestaję w to wierzyć!” Jednak Dębkowski nie jest katastrofistą ani nie hołduje nihilizmowi, którym wielu modnie się zachwyca. Nie jest, albowiem wierzy w siłę poezji, dziś spychanej do „niszy”, a nierzadko trak­towanej z pogardą: niby co masz z jej uprawiania?… Siła poezji – mówi autor – to „powrót do pytań najprostszych / o potrzebę i cel tworzenia”. To jest warunek powrotu twórcy do stanu suwerenności – postulat, który należy odnieść nie tylko do twórczości, ale w ogóle do wszelkich przejawów życia społecznego, więc do przywraca­nia człowieczeństwa, tak powszechnie rozmienianego na blichtr, a nawet na mnożące się absurdy.

Degrengolada ducha pod przemocą żądzy posiadania za wszelką cenę – stąd sprowadzenie intelektu i dobrych idei do ubóstwienia pieniądza – powoduje rozprzężenie więzi międzyludzkich, niwecze­nie szlachetnych uczuć, kpienie z rozsądku, traktowanie ludzkiego życia jako najtańszy towar. Ale twórca, zwłaszcza poeta, nie włą­cza się w powszechną zgodę na ten stan rzeczy. Nie jest bowiem au­tentycznym poetą ten, kto wraz z upływem czasu pozbywa się prosto­ty i świeżości własnego dzieciństwa. Ktoś powiedział, że dobry po­eta jest dzieckiem podszyty. A to znaczy, że np. w dojrzałym ży­ciu nie pozbył się marzeń. W jednym z wierszy tego zbioru spoty­kamy taki minidialog:

 

– Słyszysz, zapomnij dziecięce zabawy.

– Tak, Panie. Słyszę… jakże być Ikarera?

 

Ikar to symbol pragnienia wzlotów. Rezygnacja z tego prag­nienia to zduszenie w sobie talentu. Tylko, jak w opisanych wyżej warunkach społecznych podjąć wyzwanie twórcze z nadzieją, że się je zrealizuje? Cóż, dzieje literatury dowodzą, że drogi poetów za­wsze były wyboiste. Mało: poeta wciąż komuś przeszkadzał – tylko dlatego, że był poetą. Jan Parandowski pisał: „Dopóki pisarz żyje, czepiają się go pretensje i wymagania chwili bieżącej (…). Zaw­sze kogoś drażni, gorszy, obraża, oburza, zawsze komuś zawadza”. W prostackim mniemaniu mierzy się dążenia i dokonania twórcy wła­sną miarą, czyli zdobywaniem dóbr materialnych, dziś popularnie zwanym ich „chapaniem”. Kogo, tak jak poetę, bolą porażki ogól­ne? Zdecydowaną mniejszość. Pamiętam słowa mego dziadka, urodzone­go jeszcze w XIX wieku: „Kogo nie boli, temu powoli”. Przeżywając śmierć przyjaciela-poety, usłyszałem: „Co się tak przejmujesz, to obcy człowiek”.

Jeśli tak by traktować poetę i poezję Dębkowskiego, to proszę prze­czytać jego wiersz „W poszukiwaniu śladów”, a w nim tę strofę:

 

Pamiętam tę małą fotografię

starą, zniszczoną, z oderwanym

rogiem i śladami po krwi,

którą przez te wszystkie lata

tuliła z namaszczeniem

babcia.

 

To wiersz o jednym z tych rodaków, którzy padli w sen wiecz­ny w zbiorowych grobach na obcej ziemi, zabici strzałem w tył gło­wy. Dlatego autor, już nie postulując, pyta: „kto o nich pamięta / kto podleje kwiaty / na ich grobach / zakazaną wodą / kto zadudni w wer­bel / odda salut / ostatni”?

W innym wierszu dodaje: „policz / ile zo­stało nam ran / aby uwierzyć w całość ocalenia”. Liczenie ran jest niezbędne nie tylko dla pamięci. Ale to nie wystarczy, jako że nie bardzo mamy chęci do pozytywnej zmiany „oblicza tej ziemi”. Poeta trafnie diagnozuje: „zamykamy nienawiść / w szufladach przyzwycza­jeń”. Nie tępimy ani w sobie, ani w społeczeństwie chwastów niena­wiści, lecz je skrywamy – bo a nuż się przydadzą, więc trzeba mieć je pod ręką… „Sprzedajemy godność / w interesie życia”. Życia?!

O motywie przemijania, obecnym w każdej poezji, więc i w tym zbiorku, dałoby się napisać osobne rozważania. Lecz także o wielu innych, zawartych w tej zgęszczonej treściowo i semantycznie, ale jasną polszczyzną wyłożonej poezji: o subtelności uczuć miłosnych, o sprzecznościach egzystencjalnych człowieka, o amplitudzie prze­żyć i zdarzeń bieżącej codzienności oraz przywoływanych z pamięci, o odwiecznych pytaniach, na które nie ma zadowalających odpowie­dzi (np. jakie jest moje życie, skoro „Każde moje miejsce / jest poza nim…).

Niewielki objętościowo, liczący zaledwie 41 utworów tomik Andrzeja Dębkowskiego jest poezją głęboko humanistyczną poruszającą myśli, jak też dziełem, które cieszy ducha ucztą estetyczną oraz godnym po­dziwu panowaniem nad słowem poetyckim. To jest, przy zachowaniu prostoty, czysta i urzekająca polszczyzna, jej górna półka – poe­zja. Co nie znaczy, że te wiersze są łatwe w odbiorze. Jeśli nie zanurzysz się w nich, nie uruchomisz swej wyobraźni i wrażliwości na słowo, to nie poczujesz ich smaku i machniesz ręką w geście re­zygnacji, że – trudne to jakieś, nie rozrywkowe…

Chciałbym zakończyć tę refleksją przytoczeniem wiersza, któ­ry na pierwszy rzut oka wydaje się jedynie poetyckim obrazkiem z dzieciństwa, a przecież zawiera kwintesencję tego, co tu zanoto­wałem z wrażeń pulsujących we mnie podczas lektury nowej odsłony twórczej zelowianina, obdarzonego iście renesansowymi przymiotami – poety, eseisty, krytyka, dziennikarza, wydawcy, redaktora naczel­nego „Gazety Kulturalnej”, na łamach której publikują twórcy z ró­żnych stron świata. Oto ów krótki wiersz ze str. 34:

 

DZIECIŃSTWO

 

Dwadzieścia lat temu

dookoła mojego domu

rosły kartofle,

na bosaka chodziliśmy na ścierniska –

dzisiaj stoją bloki.

Dwadzieścia lat temu

dookoła mojego domu –

mieszkali ludzie.

 

Chciałoby się dodać: ludzie, a nie biologiczne ich kształty.

 

________________

Andrzej Dębkowski, „Do wszystkich niedostępnych brzegów”. Redakcja, zdjęcie na I stronie i projekt okładki: Autor. Zdję­cie na IV stronie okładki: Barbara Medajska. Wydawni­ctwo Autorskie Andrzej Dębkowski, Zelów 2013, s. 64.

 

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko