Rafał Sulikowski – Lectio-frenia. Lęk przed czytaniem, albo dlaczego ludzie nie czytają nic lub prawie nic, co zresztą na jedno wychodzi.

0
140

Rafał Sulikowski


Lectio-frenia. Lęk przed czytaniem, albo dlaczego ludzie nie czytają nic lub prawie nic, co zresztą na jedno wychodzi.

 

 

Głośne były nie tak dawno w Polsce „afery”, związane z publikacjami znanych bestsellerów, choć to słowo mylnie sugeruje, iż były to wszystko po kolei ksiązki „na sprzedaż”, „najlepiej się sprzedające”, ergo: bezwartościowe lub mało wartościowe. Od razu na marginesie pojawia się pytanie, czy każda dobrze sprzedająca się, popularna, znajdująca wielu czytelników, rzesze fanów, zakochanych, trochę jak w muzyce w swoich „idolach” książka automatycznie i z marszu musi oznaczać coś słabego, coś wyłącznie komercyjnego, napisanego „dla kasy”, zysku, czy choćby sławy albo prestiżu w świecie literackim. Aby sam czytelnik tej ‘próby” odpowiedział sobie na to proste w sumie pytanie, muszę zająć stanowisko jako czytelnik prawie zawodowy i początkujący twórca oraz badacz literatury w sporze o książki kontrowersyjne. Należą do nich dzieła Rowling o Potterze oraz dzieła Dana Browna. W` Polsce – zaryzykuję hipotezę – wywołano wokół tych utworów zbiorową histerię. W domyśle wskazano, że to „zła”, grzeszna literatura, niewarta lektury, strata czasu, a nawet – poważne niebezpieczeństwo dla zdrowia psychicznego. Niestety, w sporze tym stanowisko zajmowali ludzie, osoby publiczne, które nie mają przygotowania krytycznoliterackiego, nie skończyły przeważnie skomplikowanych studiów literackich, lecz pomimo to zabierały publicznie głos, odsyłając wszystkie dzieła wspominanej dwójki do diabła. I znowu niestety, jak to bywa w kraju przechodzącym od cenzury komunistycznej do wolności lektury (!), wielu ludzi zostało nabranych, uwiedzionych, ponieważ wmówiono im, że nie powinni tego czytać. Tak, zaiste, powinni czytać wyłącznie dzieła z „nihil obstat” albo „impromatur”, co na jedno wychodzi, i to na dobitkę nie wszystkie. Najlepiej, gdyby Polacy przestali cokolwiek czytać poza katechizmem oraz książkami o cudach.

 

Po tym dla wielu osób zapewne już samym w sobie kontrowersyjnym i dyskusyjnym wstępie przejdźmy ad rem. Zajmiemy się niedawanymi skandalami czytelniczymi, światem literackim, który nie zawaham się nazywać czasem „światkiem literackim” (nie chcę poprzesadzać i pisać o „półświatku literackim”), lecz przede wszystkim zadziwia mnie zacieranie granicy, wchodzenie w kompetencje ludzi zawodowo związanych z literaturą oraz permanentne wtrącanie się ludzi związanych ogólnie mówiąc z ruchami religijnymi w prywatne wybory czytelnicze wyznawców, „wiernych” (komu? Czemu?), wskazywanie im „słusznej drogi”, odbieranie zdolności samodzielnego i krytycznego myślenia. Jeśli mamy być krytyczni wobec „Kodu da Vinci”, to zasadne pytanie dotyczy faktu, że ten sam pożądany krytycyzm wobec wspomnianej powieści sensacyjnej ma być wyłączony np. (tylko przykładowo): na kazaniach, na lekcjach religii, w czasie przemówień sejmowych i ogólnie w trakcie recepcji wszystkich oficjalnych, związanych „umową bezkrytycyzmu” wystąpień osób publicznych. To samo dotyczy także i w dobie multimedialnej także gazet, dodatków literackich pism wysokonakładowych, często rzetelnie recenzujących powieści i poezję, w przeciwieństwie do gazet o profilu konfesyjnym czy wyznaniowym, które z zasady dzielą literaturę czy szerzej: piśmiennictwo na „prawomyślne” i „świeckie”. Jeszcze inaczej ten podział wygląda bardziej przerażająco: książki wydrukowane od czasu wynalezienia druku pod koniec średniowiecza dzielą się na „zgodne z magisterium” (nie z Biblią!) czy tradycją i „heretyckie”, schizmatyckie, „gorszące”, siejące defetyzm, rzekomo amoralne czy niemoralne.

To odwieczny problem. Niżej bardziej szczegółowo zanalizujemy cały skomplikowany mechanizm powstawania „indeksu ksiąg zakazanych” (oficjalnie zamknięto go w 1962 roku przez Pawła VI), czyli słynnego od XIII wieku „index librorum prohibitorum”. Prohibicja literacka ma długą i ciekawą tradycję. Nie jest naszym celem atakowanie kościołów czy kogokolwiek. Motywy, jakimi kierują się ludzie ostrzegający przed ‘magią w Potterze” czy „kłamstwami da Vinci” są głęboko psychologiczne: to ludzie działający w trosce o dobrostan duchowy czytelników, lecz ich gorliwość w prowadzeniu czytelników na literackiej smyczy przeradza się w nadgorliwość człowieka w dawaniu świadectwa o miejscach, w których przebywał podczas śmierci klinicznej. Nadgorliwość to jak wiadomo starsza siostra faszyzmu.

Aby zrozumieć całą współczesną aferę z literaturą fantasy i powieściami historyczno-fantastycznymi Browna, należy zacząć od Adama i Ewy.

Cenzura nie narodziła się od razu. Początkowo z powodów technicznych, trudności z zapisem przed wynalezieniem papirusu, a potem pergaminu, pisano mało, zatem siłą rzeczy sprawy istotne. W sytuacji, kiedy największe dzieła ludzkości, jak „Odyseja”, powstawały niejako zbiorowo, na kanwie opowieści ustnych, redagowanych potem przez jakiegoś umownego „Homera” (znana w XIX wieku „kwestia homerycka”), nie było mowy o żadnej formie cenzury. Opowiadano sobie od zarania dziejów przeróżne legendy, klechdy, baśnie, mity, przekazy rodowe, rodowody genealogiczne, a także różne zaszyfrowane teksty dla potrzeb raczkującej dyplomacji. Cenzura na dobre powstała w okresie, kiedy coraz bardziej utwór był samodzielny i nie jest prawdą, głoszoną w szkole, że w średniowieczu pisano „ad maiorem dei gloriam”, że wszystkie dzieła były anonimowe, nie podpisywane ze skromności, co miało się zmienić w indywidualistycznie nastawionym renesansie. Jeszcze w starożytności wiemy konkretnie, kto jest autorem „Uczty”, a kto „Antygony”. Spory toczyły się natomiast jeśli chodzi o księgi nazywane natchnionymi, „pismami świętymi”, tak było z kwestią autorstwa niektórych pism Nowego testamentu.

Pierwszą formą cenzury literackiej było ustanowienie ostatecznego kanonu i układu chronologicznego Pisma Świętego. Jak to było w innych kulturach (Koran, Tora, Talmud), tego nie wiem. Jeśli chodzi o Biblię (grec. Biblia – księgi, pisma) jest to wyselekcjonowany zbiór 72 pism różnej długości, gatunku, powstających w różnych czasach mniej więcej od 2000 r. p.n.e. aż do Apokalipsy, czy Objawienia św. Jana na wyspie Patmos, dokąd na starość został zesłany. Pierwsza księga Biblii – Księga Rodzaju – opisująca stworzenie człowieka, upadek i zapowiedź pomocy i ratunku – to około XVIII w. p.n.e. Apokalipsa to koniec 1 w. po Chr., ostatnia, najbardziej hermetyczna i mistyczna, nasycona symbolami, stąd rzadko czytana i nie polecana wiernym „niedzielnym” księga, opowiadająca o końcu czasów i drugim przyjściu Chrystusa. To, co dotąd powiedziano to pozorna dygresja: długo, przez jakieś 4 wieki Ojcowie Kościoła zastanawiali się, co jest natchnione, pochodzi rzeczywiście od Boga, nie jest ludzkim wymysłem, jak w licznych innych „alternatywnych” pismach, nazwanych „apokryfami”. Pośród mrowia tekstów choćby dotyczących życia i śmierci Jezusa z Nazaretu wybrano tylko cztery teksty, które formą przypominają literaturę faktu (dokument), a objętością – nowelkę czy opowiadanie. Wybrano je z różnych względów, które tutaj nie są istotne, lecz to pokazuje, że Biblię nie tyle zredagowano, ile ułożono, skompilowano z autentycznych tekstów. I powstała dostojna, licząca tysiąc stron, pisanych małą czcionką z ponumerowanymi wersetami i komentarzem teologicznym (w katolickich wersjach) Księga nad księgami (jak pisała Anna kamieńska), która jest najbardziej rozpowszechnioną księgą na świecie, przetłumaczoną na tysiące języków. Nie chodzi o to, że dokonano manipulacji – odsączono po prostu to, co było fantazją apokryfistów (mały Jezus, który z gliny tworzy wróbla, itd.) od realizmu, jaki bije z każdego zdania każdej ewangelii, zwłaszcza synoptycznych.

Tak powstała cenzura. Niszczono i palono księgi „pogańskie” (paganus – wieśniak, nieuczony, prostak) jako „bezbożne”, bo politeistyczne, sławiące dzieła stworzone (matkę ziemię, ciała niebieskie, astrologię, magię, etc.), w ten sposób rozumując: „jeśli jakieś dzieło nie zgadza się z Koranem jest złe i trzeba je spalić. Jeśli się zgadza – jest niepotrzebne”. W ten sposób podobnie rozumując chrześcijanie, których jako „pierwszych” obecnie się nostalgicznie gloryfikuje, spalili nieodwracalnie bibliotekę aleksandryjską, zawierającą około 700 dzieł, zapisanych różnymi technikami: tabliczki kamienne, drewniane, gliniane; pismo węzełkowe, papirus, zwoje, pergamin, inne. Ludzkość poniosła stratą, której żadna najnowocześniejsza archeologia nie zrównoważy.

Za`ST przyjęto, że nie wolno zajmować się wiedzą ogólnie mówiąc „tajemną”, „zakazaną”, „hermetyczną”, bo sprzeciwiało się to pierwszemu przykazaniu dekalogu. Tyle, że w rzeczywistości kapłani obawiali się utraty wpływów, gdyby zwykli śmiertelnicy weszli w posiadanie wiedzy, której strzegli oni, jak świętego ognia. Chroniono wiedzę astronomiczną, dzięki której kapłani mogli sterować tłumem. Opisał ten fakt świetnie już w XIX wieku Bolesław Prus w znanej powieści „Faraon”.

Religie monoteistyczne oraz wielkie systemy totalitarne (komunizm, faszyzm, autorytaryzm) cenzurowały prawie wszystko. Za czasów komunistycznych istniał Urząd Kontroli Publikacji i Widowisk, zwany potocznie „cenzurą”. Od decyzji cenzora, podyktowanej często kaprysem albo złym biometem zależały losy książki potencjalnego autora. Najczęściej cenzura była prewencyjna – nie dopuszczano do druku całości (przemiał) albo cenzurowano fragmenty, które zaznaczano kropkami. Takie wykropkowane miejsca raziły estetykę utworu oraz powodowały niemiłe uczucia estetyczne u odbiorców (co też tam było?). Cenzura represyjna (palenie książek, skazywanie autorów, jak Salmana Rashdiego za fragmenty „Szatańskich wersetów”, bluźnierczych zdaniem muzułmanów wobec świętego Koranu) zdarzala się w hitlerowskich Niemczech. Co ciekawe, gdy zastanawiano się nad wpisaniem „Mein Kampf” na Index Librorum Prohibitorum, ostatecznie uznano, że autor, Hitler, objął władzę legalnie, a wtedy panowały powszechne urojenia, że każda, nawet zła władza, pochodzi od Boga.

Zostawmy jednak Hitlera. Zajmijmy się najnowszymi rewelacjami krytyków, uznających, że pewne książki są passe. Poprawność polityczna każe omijać książki, które ukazują niekoniecznie chwalebny obraz zachowań polskich wobec nacji żydowskiej podczas II wojny. Poprawność każe pisać z drugiej strony o gejach w sposób „poprawny”, to samo dotyczy innych wykluczonych, w ogóle wszystkich Innych, czym przejmuje się postmodernizm. Poprawność zakazuje potępiania aborcji, a z drugiej strony nie wolno czytać Pottera, no bo tam jest ta straszna, okropna, diabelska czarna magia, która może (!) zaprowadzić człowieka do piekła. Przy zdrowych zmysłach byli „krytycy” z różnych, głównie prawicowych środowisk, głoszący, że za karę przeczytania Pottera czytelnik dostaje się we władzę siły nieczystej. Krytyk rosyjski zafascynował mnie rewelacjami na temat mojej ulubionej powieści Mistrz i Małgorzata, którą nazwał „powieścią satanistyczną”.

Wszyscy odsądzają niektóre modne książki, zwykle ich nie przeczytawszy ani nawet nie przewertowawszy. Tak dzieje się ze słynnym „Kodem”, który dla wielu ludzi stanowi obrazę boską tylko dlatego, że ośmielono się ukazać błędy Kościoła w przeszłości – m.in. dyskryminację kobiet. Po co i za co w takim razie Jan Paweł II przepraszał świat w imieniu Kościoła obrządku rzymskiego na progu nowego milenium? Tak sobie gwoli zabawy? Tak po prostu przeprosił, a w duchu myślał co innego?

Przede wszystkim literatura to pewna umowa z czytelnikiem, że kupuje bajkę, dzięki której może zapomnieć o staniu przez 8 godzin przy taśmie w firmie cateringowej. Literatura epicka, powieściowa, jak już dawno zauważył Ingarden ani nie jest prawdą w sensie klasycznej teorii korespondencyjnej (zgodność z rzeczywistością zewnętrzną), ani nie jest kompletnym kłamstwem, oszustwem czy tym bardziej jakimś uwiedzeniem czy omamieniem. Istnieje zresztą w czytelnikach amatorach naturalna potrzeba „oderwania się” od znanych „prawd”, czy to politycznych, historycznych czy religijnych. Nie da się budować literatury na samej prawdzie. Nie można podawać autora do sądu za to, że obraża uczucia religijne, bo wymyślił sobie w chwili natchnienia, że Jezus miał dziewczynę, bo to nie ten poziom dyskusji. Gdyby to napisał zawodowy, a co nadto poważny, liczący się historyk musiałby podać dowody, że Jezus miał żonę, że dał początek Merowingom, etc. Ale prozaika, w dodatku literatury w tym wypadku napisanej wybitnie, lecz nadal niskiego rejestru (sensacja) to nie obowiązuje – może pisać, o czym chce. Nikt nie krzyczał na Stanisława Lema za jego jeszcze bardziej fantastyczne pomysły. Ale to nie wszystko.

Nowe teorie fikcji doceniają je. Mówi się w teorii literatury, że fikcja może zawierać prawdę, tyle, że inną, artystyczną, umowną albo psychologiczną. Można się wiele dowiedzieć o horyzontach Browna, jego pasji, zainteresowaniach symboliką, która i temu nikt zdrowy nie zaprzeczy zawsze istniała, nawet w chrześcijaństwie jest pełno mistyki, ukrytych znaczeń, symboli. Faktem jest, że istniały i istnieją różne tajne kluby, stowarzyszenia czy sekty. Faktem jest, że wiele postaci z tła w Kodzie to postaci autentyczne, a obraz da Vinci rzeczywiście jest dziwny i to mówi niejeden historyk. Nie można z góry zakładać, że jak autor pomyli się w jednym szczególe, zwłaszcza nieistotnym, to wszystko jest błędne. Powieść Browna ćwiczy selektywność i krytycyzm czytelników – jest tam sporo ciekawych wiadomości z różnych dziedzin humanistyki, szczegółowych spostrzeżeń, wyjaśnień rytuałów. Jest tam spora dawka humoru, ironii, sceptycyzmu, tak potrzebnego w dzisiejszym zbyt już konserwatywnym – co zrozumiałe w czasie kryzysu – świecie. Daje do myślenia. Inspiruje. Pomaga spojrzeć szerzej, świetnie referuje ikony naszego obecnego świata finansjery, policji, uniwersytetów. Nie można uogólniać i skupiać się jednostronnie na kilku kontrowersyjnych zresztą tylko dla ludzi wierzących zdaniach i projektować je na inne partie tekstu. Źle odczytywano tę powieść – jednostronnie, nadmiernie selektywnie, z czepianiem się detali, a sama idea jest intrygująca: co by się właściwie takiego stało, gdyby Jezus kogoś kochał. Nawet podobno miłować jednego z uczniów. W dzisiejszych czasach o wiele bezpieczniej chyba byłoby, gdyby miłował szczególnie właśnie kobietę. Tym bardziej, że kobietom poświęcał mnóstwo uwagi, czemu wyraz dały płaczące niewiasty podczas ostatniej drogi. I to właśnie Marii Magdalenie miał ukazać się, gdy powrócił do życia. Ale zostawmy teologię. Jest jasne, że Brown zastosował strategię apokryficzną, znaną od wieków. Nie wszyscy muszą się ze wszystkimi zgadzać. Bardzo dobrze, że to napisał, a gdyby nie było tam ziarna prawdy, nożyce na stole nie odezwałyby się tak głośno…

 

Problem na linii religia-artyści nie jest problemem nowym. Już dawno zauważono, że artysta, który pisze w zgodzie z „magisterium” jest albo wtórny, epigoński albo zwyczajnie nudny. Niektórych powieści z nurtu „katolickiego” (wyjąwszy Malewską, Gołubiewa czy Kossak-Szczucką jako autorkę „Krzyżowców”) nie da się czytać lub ma się poczucie niedosytu. Artysta-katolik nie może po prostu pisać o wszystkim, o czym chce, może co najwyżej stare tematy ujmować w nowej formie i to nie każdej. Na liście lektur zakazanych znajduje się wiele uznanych potem za arcydzieła powieści. Czepiano się m.in. „Czarodziejskiej góry”, poezji młodopolskiej, a z drugiej strony utworów oświeceniowych (biskupa Krasickiego!) czy potem pozytywistycznych. Jednym dostaje się za promowanie materialistycznej wizji świata, innym za gnozę, heterodoksję czy samodzielne poszukiwania. Dziś raczej panuje histeria pod tytułem „nie myśl za wiele”, „prawda jest jedna”, „sola scriptura”.

W protestantyzmie, który zaczął całą histerię przeciw sztuce było jeszcze gorzej – sola scriptura: tylko Biblia, to jedno z czterech haseł reformacji, która wyrzuciła całą tradycję postpatrystyczną, a więc wszystkie komentarze późniejsze, dzieła Augustyna, Tomasza z Akwinu i innych świętych i mistyków, twierdząc, że fałszują oni czyste jak oryginał przesłanie Ewangelii. Dobry protestant w przeciwieństwie do katolika czyta ewangelie, ale nic poza tym. Na terenie Biblioteki Watykańskiej panuje ścisła kontrola wypożyczeń, nie tylko pod kątem czasu wypożyczenia i miejsca wykorzystania, lecz także kontrola merytoryczna. Nie każdy może czytać wszystko, co odsłonił jeszcze za czasów PRL Tadeusz Breza w powieściach Urząd oraz Spiżowa Brama. Jednak wtedy takie odsłanianie było niestety z drugiej strony na rękę władzom komunistycznym, bo podkopywało autorytet centrali kościelnej, czyli polskiego kościoła, bliskiego zawsze centrali w szczególności.

Nie dziwmy się, że ludzie nie czytają. To nie wysokie ceny odstraszają, lecz niezbyt mądre kazania niezbyt mądrych księży z ambon, zwłaszcza na prowincji, gdzie tam właśnie powinno się zachęcać do kultury obcowania ze słowem pisanym. W mieście wolność czytelnicza jest, zwłaszcza wśród młodych większa, ale paradoksalnie oni nie czytają też, tyle, że z zupełnie innych powodów. Natomiast najgorzej mają ludzie w średnim i starszym wieku, którzy wychowani w kulturze pisma chcieliby czytać, a zarazem są jako wrażliwi rozdarci między chęcią czytania a opinią ludzi zbyt religijnych. Bo wbrew pozorom można być nadmiernie religijnym.

Obawa przed herezją prowadzi do nerwicy lekturowej, a nawet paranoi. Oto wrażliwy czytelnik, dowiedziawszy się w kościele czy prawicowej organizacji, że nie wolno czegoś czytać, bo czymś to grozi, a on właśnie jest po lekturze danej pozycji, może mieć poczucie dyskomfortu czy poczucie winy. Niektórzy ludzie mają do tego stopnia przeczulony zmysł krytyczny, zwany w psychologii nad krytycyzmem, że odrzucają wszystko, co nie zgadza się z ich bezpiecznym światem. Nie przeczytają przenigdy Mistrza, bo gdzieś ktoś im powiedział, że to grzeszna książka, no, a nie mają tyle siły wewnętrznej i odwagi, że samemu sprawdzić. Nie sięgną po nic, czego nie ma na szkolnej liście lektur, no ewentualnie akademickiej. Opisywane sytuacje to skrajności, ale się zdarzają. Autorytet sakralny może wpędzić czytelników, lubiących czytać ciekawe, niebanalne, odkrywcze prace w coś w rodzaju „psychozy zakazanej wiedzy”. Objawia się to panicznym lękiem, że odkryje się dzięki lekturze coś, co wywróci cały światopogląd do góry nogami, że trzeba będzie coś w sobie zmienić, zrewidować, a nawet – zlustrować. I tak ma właśnie działać literatura, która nie ma pocieszać, że za dobre życie będzie czytelnik u aniołków, bo do tego się sprowadza większośc produkcji wystawianej w księgarniach religijnych, zwłaszcza protestanckich. Pełno tam ostrzeżeń już nie tylko przed Kodem, ale nawet…Watykanem. Dochodzimy do paradoksu. Następuje wielopiętrowa cenzura instytucji, która już sama wcześniej cenzurowała. Można to nazwać odwetem cenzurowym – wy nas cenzurujecie, to my was. Tak przecież od wzajemnej ekskomuniki zaczął się w 1054 r. w Konstantynopolu pierwszy, podstawowy rozdział chrześcijańska – schizma wschodnia.

 

Najważniejsze, że wyklinane od czci i wiary powieści (poezji tak się nie czepiamy) podnoszą poziom czytelnictwa w Polsce, gdzie od lat 90. następował głęboki, spowodowany alternatywnymi drogami kultury i popkultury kryzys lektury. Tego krytycy Browna i Rowling nie chcą, nie umieją albo dostrzegają, lecz jest to wedle nich nieistotne. Zresztą zejdźmy z tych dwu autorów, by przyjrzeć się, jak nieufnie religijni ludzie odnosili się nieraz do wierszy Miłosza, Herberta, że o Szymborskiej czy Różewiczu nie wspomnę. Najlepiej, gdyby wszyscy czytali Jana Dobraczyńskiego, jeśli już koniecznie muszą czytać cokolwiek poza Biblią. Tymczasem trzeba rzec jasno: Biblia nie da oczytania, ona spełnia inną rolę niż literacką, o czym zapomnieli z kolei twórcy teorii gatunków literackich w Biblii, traktując ją jak największe arcydzieło literatury kręgu śródziemnomorskiego i…nic więcej. Trzeba tedy oddzielić poziom lektury „oczytania”, obycia od funkcji religijnych tekstów świętych. I nie wmawiać ludziom, że to Biblia jest arcywzorem stylu, bo to akurat nie jest prawda. Napisana jest momentami bardzo karkołomnym stylem, wyjąwszy może opowieści ewangeliczne.

W życiu można czytając jedną książkę dziennie, przeczytać około 7-12 tysięcy powieści. Lepiej przeczytać ważne arcydzieła z całego świata, a co najmniej z Europy niż poznawać wszystkie utwory jednego kraju czy co gorsza wszystkie teksty z jakiejś jednej epoki. Trzeba mieć szerokie horyzonty. To daje wolność lekturowa, o którą zawalczyliśmy w niniejszym eseju. Życzę oduczenia się wszystkim lęku przed opinią tzw. „domorosłych autorytetów” i lęku przed słowem pisanym. Ono naprawdę nie gryzie. A jeśli czasem dokuczy, to znaczy, że literatura bywa też potrzebną gorzką pigułką na nasze duchowe schorzenia początku dwudziestego pierwszego wieku.


Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko