Rafał Sulikovski – Głos trzeciego. Dyskusja wokół polskiej literatury współczesnej.

0
96

Rafał Sulikovski


Głos trzeciego. Dyskusja wokół polskiej literatury współczesnej.

 

Jan CybisZ uwagą przeczytałem dwa świetnie napisane teksty, które tworzą ciekawy dwugłos na temat bardzo „miękki”: o polskiej literaturze, tej tworzonej po II wojnie, a zwłaszcza po upadku w 1989 PRL. Marek Jastrząb ocenia polską literaturę raczej negatywnie – przypominając linię Jana Błońskiego, który o ile pamiętam w jakiejś ankiecie w latach 90. (takich ankiet wtedy było w różnych pismach literackich mnóstwo) na pytanie, co zostanie z literatury PRL, odpowiedzieć miał po prostu: „Nic”. To także daleka kontynuacja głośnego w połowie lat 70. „manifestu” duetu Zagajewski i Kornhauser „Świat nie przedstawiony”.Jego twórcy stwierdzili, że polska proza nie ma kontaktu z prawdziwą rzeczywistością, którą w tamtych czasach były pierwszomajowe pochody, pewien ogólny entuzjam na fali życia na garnuszku Klubu Paryskiego, pewna międzyludzka wspólnota dążeń i pokoleniowych emocji. Autorzy oskarżyli ówczesnych twórców głównie o eskapizm – chowanie się, wręcz ucieczkę (fugę) w prywatność, historyzm, czasem w językowe akrobacje całej „szkoły Berezy”.

 

Drugi polemista, który dyskutuje na najwyższym możliwym poziomie, merytorycznie i bez emocji, stosując w dodatku podstawową zasadę metodologiczną w nauce – maksymalnie możliwą życzliwość wobec analizowanych poglądów (Jodkowski, 2007), wskazuje jedynie na pewne tendencje, procesy i długie trwanie literatury, przypominając choćby mało znany fakt z historii edytorstwa, że nakład pierwodruku paryskiego „Pana Tadeusza” liczył 300 egz. Główną tezą Leszka Żulińskiego, odsyłającego też do swojej strony internetowej, jest ukazanie pewnych dających się dostrzec z oddali lub z wyższego piętra obserwacji prawidłowości: oto w tym samym roku, kiedy drukowano Chłopów, naturalnym „tłem” dla tego arcydzieła były utwory słabe, a nawet – wręcz szkodliwe. I tak to jest od zarania literatury – przecież zanim ktoś spisał „Odyseję” przekazywano ustnie z pokolenia na pokolenie jakieś mity, podania, legendy, które miały różną wartość literacką. Autor, który potem przyszedł, nazwany „Homerem” to jakaś wybitna jednostka, która niejako „odcedziła” to, co w tych oralnych przekazach było cenne, resztę odrzucając. Podobnie postępowano na przykład przy ustalaniu kanonicznych pism chrześcijańskich – oddzielono wedle jednego kryterium różne rozumianej prawdy autentyki i „apokryfy”. Zresztą okazało się później, że niegdyś odrzucane utwory epigońskie, słabe, bajkowe czy zbyt fantastyczne też jednak coś wyrażają. Choćby przez określenie granicy piękna, stworzenie negatywnego wzorca: jak nie pisać. W ogóle ustalenie w humanistyce, co jest dobre, co prawdziwe jest szalenie trudne – i nie trzeba tutaj powoływać się na postmodernę i dekonstrukcję, wystarczy przypomnieć głośne polemiki i manifesty literackie (jakie dziś są w formach szczątkowych, niestety) z okresu międzywojennego, słynne wystąpienia grup literackich, począwszy od Skamandrytów, na awangardzie krakowskiej kończąc. Widać w tym sens, że prawda ma jakby naturę dialogową, a nawet czasem – kontrowersyjną. Jedno jest pewne: wszystkim piszącym cokolwiek i kiedykolwiek chodzi jednak o to samo – o wyjaśnienie „jak się naprawdę rzeczy mają”.

 

W tym sensie podobnie dziś działają redakcje literackie, z tym, że kryteria przyjęcia do publikacji w porównaniu z międzywojenną hossą pism literackich znacznie się dziś obniżyły. Rzeczywiście – każdy może pisać, więc faktycznie mamy poważny problem nadmiaru. Ów niedobry (a może dobry w jakiejś innej optyce?) nadwybór opisywał najlepiej swego czasu Lem, podając przykład frankurckich Targów Książki, gdzie co roku wystawia się kilkaset tysięcy nowych tytułów. Jak oceniał z kolei krytyk literacki Przemysław Czapliński, zajmujący się głównie prozą po 1990 roku, co roku w Polsce w obiegu oficjalnym (nie bibliofilskim ani amatorskim) ukazuje się około 25 tysięcy książek. Z tego cała krytyka literacka jest w stanie wstępnie przejrzeć z tego najwyżej połowę, a jedynie kilkadziesiąt powieści z tej masy przechodzi do rąk historyków literatury, co gorsza – wyłącznie do wstępnej fazy procesu historycznoliterackiego. Zdarzają się dwa typy pomyłek – przecenienie autora, najczęściej debiutanta oraz pominięcie późniejszych sław, nawet noblistów. Obecnie błąd numer jeden popełniany jest częściej. Co chwila ogłasza się, że już widać na horyzoncie ziemię obiecaną, podczas gdy to tylko piękna fatamorgana.

 

Spójrzmy teraz na szerszy kontekst: w każdej dziedzinie kultury i sztuki bywa podobnie, jak w literaturze. Mnożą się tedy pięciominutowe „sławy”, od celebrytów promowanych przez media poczynając na kulturze wysokiej kończąc (czy sława Piotra Rubika, autora kilkuset melodyjnych piosenek była trwała?). Tak jest wszędzie. Z danego pokolenia, dajmy na to lat 70. (rocznikowo rzecz ujmując) znajdzie się kilka procent populacji, która próbuje coś stworzyć w jakiejś materii – czy to będzie sztuka wizualna czy muzyczna czy literatura, to chwilowo nieistotne. I tak spośród licealistek, piszących kasandryczne wierszyki o chandrze po pierwszej randce, znajdzie się jakaś grupka zdolniejszych, która wystartuje w jakimś konkursie albo nawet wprost wyśle do wydawnictwa próbki swej twórczości. I tak dalej. Z tego zapewne jedna czy dwie osoby na cały region doczekają się debiutu. I to jest dopiero początek: przeważnie pierwsze książki autorów współczesnych przechodzą bez echa. Krytycy twierdzą, że najlepiej poczekać do trzeciej powieści czy tomiku wierszy. Stąd „debiuty pozorne”, „debiuty właściwe” czy „spóźnione debiuty”. To są normalne prawa socjologii literackiej – spośród debiutujących gros osób skończy na jednej książce, zwłaszcza w sytuacji negatywnej oceny krytyków, a szczególnie publiczności, choćby ekonomiczne czynniki były obiecujące. I dopiero ktoś, kto wyda drugą, trzecią rzecz, w dodatku przy zachowaniu stałej tendencji rozwojowej (każda kolejna książka co najmniej na tym samym poziomie, co debiut, a najlepiej „oczko wyżej”) może, ale powtarzam tylko może, ale nie musi zaistnieć wstępnie w świadomości czytelników mu współczesnych. Na tym etapie nie ma mowy o żadnych przekładach (czyli de facto wyjściu poza granicę kraju i języka), wejściu na listę lektur (choćby dodatkowych) czy o innych późniejszych formach wyraźnej ekspansji na drodze twórczej. I w tym sensie dopiero autorzy średniego pokolenia (jak Huelle, Chwin, Maj i kilkuset innych) zaczynają być rozpoznawalni, zaczynają być kojarzeni z czymś, z jakąś poetyką, coś znaczą, mają coś do powiedzenia. W ten sposób potwierdza się to, o czym napisał Leszek Żuliński – trzeba czasu, długiego czasu, który pokrywa wszystko szlachetną patyną.

 

Jednak sprawa nie polega bynajmniej tylko na zbyt krótkim istnieniu literatury roczników lat 60. (Stasiuk, Tokarczuk) w stosunku do wcześniejszych etapów periodyzacji literackiej. Oto należy cofnąć się do XIX wieku, żeby dostrzec pewien proces: oto w 1822 ukazują się – jak wiadomo – „Poezyje” Adama Mickiewicza. Nikt się nie spodziewa, że sto lat potem będzie się mówiło „my wszyscy z Niego”. Nikt nie wie, co tam jest. Tomik leży, tak jak dzisiaj na eleganckiej wtedy (o wiele bardziej) półce w księgarni, obok stoi stylowa latarnia gazowa, przechodzą setki osób codziennie. Tylko niektórzy dostrzegą oprawiony pięknie tomik, jeszcze mniej zapamięta autora, jeszcze mniej tytuł, jeszcze mniej… I tak jest wszędzie – nic nie poradzimy na statystykę. Co dopiero dziś – przecież wchodząc do pierwszej lepszej księgarni dostajemy kolorowego zawrotu, a wchodząc choćby do antykwariatu – jakże inna atmosfera, jakby tam już były rzeczy sprawdzone przez marudzący wiecznie czas.

 

W sytuacji, kiedy nawet dobry, niech będzie – sprawny krytyk nie wie, nie umie albo nie może powiedzieć jasno, co warto czytać, nie ma co się dziwić zwykłemu Nowakowi, że czyta, co popadnie, jeśli w ogóle coś czyta. Chodzimy do kina byle kiedy, na byle jakie filmy. Oglądamy przypadkowe wystawy, w filharmonii grają albo utwory za niskie albo za wysokie. Łamie się linia życiowa każdego czytelnika – następuje moment, kiedy z drogi, wytyczonej przez klasyków, schodzi się na nęcące blichtrem oryginalności i nowości bezdroża. Problem w tym, że czasem warto zejść z drogi, zwłaszcza jeśli jest to autostrada…

 

Podsumujmy póki co nasze ustalenia: po pierwsze rzeczywiście rację ma Marek Jastrząb, że jest źle. Pytanie tylko, od kiedy jest źle i czy tak będzie stale? Tutaj myślę, że faktycznie dokonania doskonałych poetów debiutujących około1956 roku pobiją cały dorobek pokolenia zjawiającego się w wolnej Polsce, nowej Polsce. Opowiadania Herlinga-Grudzińskiego czy późnego Iwaszkiewicza są zwyczajnie o wiele lepsze od całej prozy lat 90. Tyle, że przyczyny są również zewnętrzne wobec literatury – bo mimo wszystko za czasów socjalizmu pisarz był kimś, miał jakiś autorytet, ponadto miał o wiele lepsze zewnętrzne warunki publikowania (wyjąwszy cenzurę i paszport na komendzie, z tym, że cenzura paradoksalnie czasem mogła poprawiać jakość artystyczną, ponieważ autor musiał ćwiczyć język ezopowy, aluzyjny, wyrafinowany, aby zmylić cenzora), tzn. spore zaliczki na zamówione utwory, większe nakłady, możliwość pracy w terenie, wieczory autorskie, odczyty w domach kultury, itd. Oczywiście byli oportuniści, którzy pisali „pod komunę”, zgodnie z doktryną. Byli i tacy, co wyjeżdżali, pisali dla rodziny albo łamali pióra w proteście. Ale większość poszła drogą racjonalną: należy w każdej sytuacji zniewolenia pisać, jak najlepiej się umie i tyle. Nie o wszystkim i dziś można pisać – popatrzmy, o ilu sprawach się nie pisze, a powinno. Są też kwestie, które należy zostawić dla siebie. Ale dowolność tematyczna, jaką mamy obecnie oraz dowolność formalną (wolny wybór gatunku, stylu, sposobu kompozycji, itd.) należy mimo zastrzeżeń (że „to jest chaos”, że „brak punktów orientacyjnych”) ocenić in plus. Dobrze, że każdy ma potencjalnie otwartą drogę literacką – nie byłoby dobrze, gdyby o zostaniu pisarzem decydowało wylosowanie białej gałki albo referendum wśród czytelników, a tym bardziej – Internautów.

 

Problemy z literaturą polską w okresie ostatnich powiedzmy 60 lat zaczęły się – jak sądzę –pamiętą nieszczęsną deklaracją na Zjeździe Szczecińskim w 1949, kiedy proklamowano socrealizm jako jedyną promowaną formę pseudoartystyczną. To wtedy cofnięto jakby świadomie proces literacki do wczesnego pozytywizmu na poziomie „Siłaczki”, przy czym ta ostatnia i tak w porównaniu z produkcyjniakami socrealizmu wypada nadzwyczaj dobrze. Właściwie ciekawie zaczęło się dziać w polskiej literaturze po Październiku: pojawia się Hłasko, Stachura, potem Wojaczek, publikuje doskonały Miron Białoszewski (w 1970 publikuje świetny „Pamiętnik z powstania warszawskiego”), piszą Herbert, Szymborska, Różewicz, tworzą dramatopisarze (po wojnie próbuje poetyki sobie właściwej Jerzy Szaniawski, autor słynnych „Dwóch teatrów”; Jerzy Zawieyski – szereg dramatów o wojnie). Mamy Stryjkowskiego, Konwickiego, tworzą Hanna Malewska, Jan Józef Szczepański, gdzieś tam wyłania się powoli fenomen „poezji kapłańskiej” (Twardowski, Pasierb, itd.). To czas, kiedy trochę jednak sięgnięto do światowej literatury, w badaniach dowartościowano epoki romantyczne, np. zajmowano się „odkrytym” świeżo barokiem. Wszystko to jest normalne.

 

Jeśli rzeczywiście wojna wpłynęła na upadek polskiej literatury po 1989 roku, to chyba bardzo pośrednio, a historyk taką hipotezę by pewnie wyśmiał. To nie jest tak, że polska literatura i w ogóle światowa humanistyka XX wieku, a zwłaszcza obecna są takie, jakie są, bo w raju Ewa zerwała jabłko i podała mężowi. To trochę tak nie jest, że należy obecnych przyczyn szukać bardzo daleko wstecz. Proponuję zatem, abyśmy przyjrzeli się dekadzie 9 – czyli literaturze polskiej, jaką tworzono począwszy od zniesienia stanu wojennego (1983) aż po rok ’89, kiedy wszystkie mury runęły. Co zatem się działo wokół literatury i w niej samej wtedy?

 

Stan wojenny to czas literatury drugiego i trzeciego obiegu oraz emigracyjnego. Z konieczności uproszczono fabuły, aby podkreślić opozycję „dobrych” (solidarnych, szarych mieszkańców blokowisk, stojących codziennie o 5 rano po chleb w pawilonowych sklepach) i „ich” – „złych” z kręgu narzuconych traktatem w Jałcie służących Moskwy. Literatura w czasie jakiegokolwiek kryzysu nie może pozwolić sobie na wszystko to, na co może w czasie zwykłym, normalnym. Odpada więc wielopiętrowa fikcycjność, gra z odbiorcą, ironia, pastisz – wszystko ma służyć wezwaniu do oporu, wytyczyć granice dobra i zła, powielać schematy tyrtejskie (np. piosenki Gintrowskiego) i być do bólu proste, „czarno-białe”. Nie czas wtedy na niuanse, półtony, odcienie całej palety barw. Niestety, w czasie stanu wojennego poświęcić trzeba było estetykę, by wesprzeć etykę. W tym sensie faktycznie etyka ma prymat przed estetyką, co widać w czasach kryzysowych, jakie nota bene mamy dziś również, choć z zupełnie innych powodów.

 

Po zniesieniu stanu wojennego powstał nawet literacki „Raport ze stanu wojennego” Marka Nowakowskiego, powstaje też „Raport z oblężonego miasta” Herberta, „Oni” Torańskiej. Sytuacja trochę normalizuje się, bo nastaje pieriestrojka i glasnost (ale zarazem w 1984 dokonuje się tragiczny mord na księdzu Jerzym Popiełuszce, do dziś nie wyjaśniony do końca), a w Polsce w 1987 odbywa się narodowe referendum w sprawie II etapu reformy gospodarczej. W tymże roku ukazuje się głośny debiut Pawła Huelle „Weiser Dawidek”, uznany za najważniejsze wydarzenie tamtych czasów. Piszą nadal pisarze starszego pokolenia, choć przecież nie ma już Malewskiej, nie ma Iwaszkiewicza. Pisze pełną parą średnie pokolenie – Barańczak, Zagajewski i inni. I na tym tle stopniowo zaczyna wyłaniać się zmęczenie literaturą biograficzną, faktograficzną, nastawioną tylko na pełną prawdę historyczną i moralną. Pojawia się rok 1989 i pytanie, co dalej?

 

Dopiero na tle „zmęczenia autentykiem” (o karierze autentyku pisał Jerzy Jarzębski, o sylwie współczesnej w 1984 roku Ryszard Nycz) można próbować zrozumieć bujność ponowoczesnej, postindustrialnej twórczości. Etyzm, prezentyzm i poetyka uproszczona z lat 1976 (powstanie KOR) – 1989 (okrągły stół, wolne wybory 4 czerwca) się wyczerpały – wróg znikł, żelazna kurtyna upadła, paszporty powróciły z komendy do domów, narracja narodowa miała się ku końcowi. Prawdopodobnie z poziomu walki politycznej musiała przenieść się wtedy na poziom walki światopoglądowej – stąd niebywałe sukcesy masowej religijności, walka z mediami (z tego najczęściej z TVN i Polsat), walka z „wrogiem w ogóle”. Kiedy nie ma kozła ofiarnego, trzeba go znaleźć. Ale to dygresja.

 

Wracając do literatury, trzeba rzec, że nastąpiło swoiste odreagowanie w formie: powrotu fikcji, fabuły, zmyślenia, prób tworzenia metafikcji (i jej odmian), wzmożonej „literackości”, myślę tu głównie o intertekstualności, ironii, pastiszu, parodii, kolażu, przeróbek i niemalże „przepisywania”. Przecież, o ile pierwsza powieść Olgi Tokarczuk to zwykła bajka dla dorosłych o nawiedzonych szukających księgi w XVII wieku w górach, to już nominowana w 1998 do „Nike” arcypowieść, szalenie skomplikowana „Dom dzienny, dom nocny” coś jednak przynosiła – wymieńmy: piękny styl, ideę wolności, także dla kobiet, problem powstającego wtedy Internetu, peryferii i biedy, problem granicy i upiorów poniemieckiej przeszłości na Dolnym Śląsku, a do tego mnóstwo zagadnień metodologicznych, ściśle humanistycznych – poznanie przeszłości, problem czasu jako tkanki, a nie linii. To nie jest tak mało, zważywszy, że Polak czyta właśnie jedną książkę rocznie. Jeśli trafił na „Dom dzienny” to nie pożałował…

 

I do tego pojawia się mnóstwo innych autorów, niekoniecznie tych omawianych przez Uniłowskiego czy Czaplińskiego – pomijając skrajności (Gretkowska v. Wencel) to cała literatura „środka” – ani romanse czy kryminały dla kucharek, ani nie „Wojna i pokój”. Po prostu trzeba było wreszcie zagospodarować coś dla powstającej mozolnie „klasy średniej”, której reprezentanci ani nie chcą prymitywizmu, ani nie mają czasu na wysokie rejestry i kontemplację prawdy artystycznej w przeciągu długiego czasu.

 

Podstawa literackiej piramidy wygląda rzecz jasna marnie – to obszar jednorazowych „gotowców”, z obu stron – utwory ideologiczne, z tezą społeczno-religijną albo przeciwnie – jawnie „liberalizatorskie”, nastawione na konsumpcję, seks i zdrowie fizyczne po sam kres. Im wyżej piramidy, tym lepiej. Trzeba jednak uzbroić się w coś, co nazywa się decyzją albo zdolnością do wolnego wyboru, bez oglądania się na współczytelników. Niech sobie czytają, co chcą – my szukamy coraz wyżej. Co znajdziemy na wierzchołku piramidy? Coś na pewno.

 

I w ten sposób należy przyznać rację obydwu dyskutantom – Jastrząb broni klasyki, ukazując płyciznę współczesności, czy szerzej – dwudziestowieczności; Żuliński podkreśla, że perły leżą pomiędzy bagnem, wskazuje na wyspy czy oazy dobrej prozy pośród morza czy pustyni beztalencia albo psychopatycznych dorobkiewiczów. W porównaniu z klasyką cóż się ostoi? No, ale każda klasyka była niegdyś nowością … Ciekawe, jak reagowano na pierwodruk np. „Lalki” czy innych dziś uznawanych dzieł? Trzeba sprawdzić, wszystko można sprawdzić. Lecz zarazem wołanie Żulińskiego o cierpliwość ma wielki sens – trzeba zrozumieć, że po upadku Cesarstwa Rzymskiego nastały wieki „ciemne”, a renesans karoliński nadszedł dopiero w VIII w…, czyli po czterech wiekach. Przed odrodzeniem musiała być „jesień średniowiecza”. Dziś mamy najwyraźniej „jesień modernizmu” i potrzeba nam dużo, dużo wolnego czasu. Kraków był najpierw drewniany i nikt o to nie ma pretensji.

 

Niemniej należy też pamiętać, że automatycznie nic się nie zmieni. Inaczej mówiąc, dobrze, że powstał tekst Marka Jastrzębia, bo dzięki temu ktoś coś w ogóle robi, próbuje ogarnąć całość, a nie tylko jedno poletko. Bez woli wysiłku nic się nie zmieni. Tutaj jest miejsce dla elit, ale tych prawdziwych, nie medialnych. Potrzeba nam też mądrej polityki wydawniczej – literaccy head-hunterzy (gdzie jest dawny mecenat?) powinni szukać obiecujących stażystów na dziesiątkach portali, wyławiać, proponować napisanie czegoś. Jeśli potencjalny autor musi iść na 12 godzin do pracy fizycznej, to nic dziwnego, że nie mogąc skupić się tylko na pisaniu, twórczości, wydaje rzeczy słabe. Czy ktokolwiek w ogóle w Polsce policzył dobrych autorów? I ilu z nich jest w stanie przeżyć za honoraria autorskie? To są też ważne kwestie – nie chodzi o „robienie kasy”, ale o takie minimum płacowe, aby autor nie musiał się rozpraszać. Jest to banalne – autorzy piszą, jak piszą, bo nie mogą się tylko na tym skoncentrować. I właściwie tu leży chyba sedno sprawy… a przynajmniej jej istotna część.

 

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko