Bohdan Wrocławski: Zbynio

0
200

Bohdan Wrocławski


Zbynio

Adam Pociecha - Próba lataniaZbynio pomieszkiwał w młodości to tu, to tam, aż wreszcie u podstawy lat sześćdziesiątych zakotwiczył się na dłużej w Milanówku, małym miasteczku podwarszawskim, które powstało na dawnym szlaku kolei wiedeńskiej. Tu jego rodzice, mama i ojczym, mieli spory dom przy ulicy Chrzanowskiej, zajęty w okresie komuny przez licznie zasiedlonych lokatorów. Po długich zabiegach udało się rodzicom Zbyszka „wyrwać” dla niego jeden pokój z wspólną używalnością kuchni. Dziś wielu młodych, czytających ten tekst, nie zrozumie, że w tamtych czasach być właścicielem, a zarządzać własnością, to były zupełnie dwie różne nie przylegające do siebie sprawy.


Tak zakończyły się podróże Zbyszka po warszawskich sublokatorkach, waletowanie w akademikach, mieszkanie i spanie w różnych miejscach z torbą pod głową lub w nogach łóżka, w której to mieścił się cały majątek.


Zbyniu zamieszkał w tym swoim pokoju, oddalonym od warszawskiego centrum o pół godziny jazdy pociągiem PKP. Towarzystwa nie miał tu specjalnie żadnego oprócz Jurka Falkowskiego, nie znał miejscowych ludzi i nie bardzo garnął się do ich poznawania. Czas spędzał w Warszawie w towarzystwie takich samych jak on, piszących wiersze, szukających swojego miejsca w świecie literackim. Debiutował dość wcześnie, bodajże w 1958 roku. Dokoła niego było doborowe towarzystwo, w dużej części związane z kołem młodych, działającym przy warszawskim oddziale ZLP: Krzysztof Gąsiorowski, Jarosław Markiewicz, Krzysztof Karasek , Jerzy Górzański, Józef Gielo, Edward Stachura, Barbara Sadowska, Janusz Termer i wielu, wielu innych.


Lata sześćdziesiąte charakteryzowały się częstymi, towarzyskimi spotkaniami młodzieży piszącej. Trudno ukryć, że w trakcie tych spotkań  zazwyczaj obecny był  alkohol i to w niemałych ilościach. Tęsknoty do niego mocno zakorzeniły się w Zbyniu, znacznie później stanowiąc ogromną przeszkodę w jego życiu. Na różne sposoby, w różnych okresach próbował z tym walczyć, czasami odnosząc drobne zwycięstwa, częściej porażki. Z okresu młodości pozostał mu jeszcze inny, paskudny nawyk – palenie papierosów. Z tym już kompletnie nie mógł sobie poradzić. Palił prawie do ostatniej chwili swojego życie, aż przegrał ostatecznie nierówną walkę. Przegrał ją zbyt wcześnie. Dla siebie i dla nas, wszystkich tych, których pozostawił.


Poznałem go właśnie w Milanówku, a może trochę wcześniej. Nie pomnę jak doszło do naszego pierwszego spotkania. Byłem młodszy o sześć lat od Zbyszka i także próbowałem swych sił w literaturze, może bardziej w dziennikarstwie. Pisałem jakieś małe artykuliki do kilku gazet, recenzje plastyczne i inne zwane wówczas przez dziennikarzy” Michałkami”. Ot, taka dziennikarska sieczka. Widywaliśmy się często, mimo, że ja tłukłem się po świecie, zawsze mnie coś goniło, potrafiłem mieszkać w kilku miejscach naraz, w różnych miastach mając jakieś tam lokum. Najczęściej, oprócz Warszawy, siedziałem w Elblągu, ale przecież też w Gdański i Olsztynie. Jednym słowem nosiło mnie, mimo to ze Zbyszkiem z środowiska warszawskiego miałem w tym czasie najlepszy i najbliższy kontakt.


W zasadzie nie mieszkałem już w Milanówku, ale odwiedzałem tam moich rodziców i mojego pierwszego „literackiego” nauczyciela –  Lwa Kaltenbergha, który mieszkał w piwnicy przedszkola między stertami książek i pracował w tamtym czasie nad dwoma opowieściami o Wyspiańskim i Cyprianie Kamilu Norwidzie.


Zbyszek nieduży o okrągłej, ale z lekka wychudzonej twarzy, piwnych bodajże oczach, zawsze sprawiał wrażenie człowieka ciepłego, takiego, z którym chciało się być, chciało się rozmawiać. Nie, nie był typem wesołka, ale wesołość miał w oczach. Ci, którzy go pamiętają wiedzą, że najciekawsze w nim to były te oczy i ta twarz. Reszta była dodatkiem koniecznym, tyle, że bez specjalnego znaczenia, bez potrzeby zapamiętania. Ruchy powolne, ciut, ciut namaszczone. Od czasu do czasu uśmiech przypadkowy dość trudny do uchwycenia. Taki, który zanim zaistniał już chciał się usprawiedliwić z swojej obecności.


Z owego czasu lat sześćdziesiątych pozostało mi wspomnienie z naszego całkiem przypadkowego spotkania na dworcu w Milanówku. Padał drobny deszcz, była już prawie jesień. Usiedliśmy w przybrudzonej poczekalni czekając na pociąg. Zbynio miał ceratową teczkę i z tej teczki wyjął stertę maszynopisów. Ja wyjąłem z mojej torby podróżnej brulion z wierszami. Uciekło nam kilka pociągów, a my czytaliśmy i czytaliśmy. Wreszcie wylądowaliśmy u Zbynia na Chrzanowskiej i tak tam zostałem przez kilka dni.


Bolek Porowski, nauczyciel w latach sześćdziesiątych w szkole w Kałdowie, dzielnicy Malborka, człowiek piszący wiersze, urządził był, zorganizował sympozjum poetyckie na miarę całego kraju. Oj zjechało się tam towarzystwo niesamowite. Kilka dni trwały obrady na zamku, spotkania poetyckie, referaty, a wieczorami nocne Polaków rozmowy, często w towarzystwie dziewczyn.


Pewnego dnia, a w zasadzie nocy wylądowaliśmy w kilka osób w restauracji z dancingiem o pięknej nazwie Nad Nogatem. Pamiętam, że był tam Zbyszek, rej wodził jak zawsze Piotrek Kuncewicz, kobiety uwodził Edward Stachura zwany przez nas Stedem.  Nie pamiętam, czy był też z nami owego wieczoru Bolek Porowski, z którym przyjaźnię się do dziś i który  zamieszkuje nad morzem w swojej pięknej posiadłości w Piaskach u końca polskiej części Mierzei Wiślanej.


W każdym razie wieczór trwał do bardzo późnych godzin nocnych. Nie będę ukrywał, że były kobiety, było wino i był śpiew.


Następnego dnia wracałem z Piotrem Kuncewiczem do Warszawy, całkowicie pozbawiony pieniędzy, które pożyczyli ode mnie koledzy, pozbawiony także biletów Piotrka i mojego, które z kolei gdzieś zapodział Jarek Markiewicz. Jednym słowem wracaliśmy na gapę, ale jakoś się udało.


W jakiś czas potem odwiedziłem niezapowiedziany ( a kto się w tamtym czasie zapowiadał?) mojego Zbynia w Milanówku. Drzwi otworzyła mi piękna dziewczyna, przywitała się ze mną, jak z dobrym znajomym, Zbyszka nie było w domu, za chwilę miał wrócić.


Siedziałem jak na rozżarzonych węglach, rozmawiałem z dziewczyną, widziałem, że ona mnie zna, a ja nie mogłem sobie przypomnieć, gdzie się z nią już spotkałem?


Przeczytała moją niewiedzę  i podpowiedziała, że przecież spotkaliśmy się niedawno w Malborku w czasie sympozjonu.


Wkrótce potem została pierwszą żoną Zbynia i mimo, że po latach to małżeństwo się wypaliło, jego była żona przez wiele lat mieszkała w Stanach Zjednoczonych, to w ostatnich latach Zbyszek widywał się z nią od czasu do czasu i  pozostawali w nader serdecznych i przyjaznych stosunkach.


Tymczasem rodzicie Zbyszka sprowadzili się do Milanówka, udało im się pozbyć niechcianych, przymusowych lokatorów, Zbyszek dostał mieszkanie spółdzielcze na ulicy Wałbrzyskiej, do którego się wyprowadził. Często jednak odwiedzał rodziców, później już tylko matkę, ojczym umarł.


Wkrótce potem Zbynio poznał swoją drugą żonę, Martę. Urodził mu się syn Marcinek, z którego jego tata był bardzo dumny. Zbyszek mógł godzinami opowiadać w różnym towarzystwie o swoim synku nazywając go Hopsia, Hopsia, a to z tego tytułu, że mały lubił kiedy ojciec brał go na ręce i krzycząc hopsia, podrzucał do góry. Zbynio był już autorem powszechnie odróżnianym, raczej twórczo spełniającym się, miał rodzinę, mieszkanie i tylko jeden paskudny feler – za często zaglądał do kieliszka. A kiedy zagląda się w takie miejsce, rodzina z tego nie jest szczęśliwa, niesnaski, brak pieniędzy…


W tym czasie już lata siedemdziesiąte, osiemdziesiąte prowadziłem kabaret literacki Ostatnia Zmiana, byłem dobrze notowany i na rynku estradowym i finansowym. Dookoła mnie towarzystwo raczej z trudnościami finansowymi. Postanowiłem pomagać moim kolegom i jak mogłem wtykałem ich do różnych programów scenicznych. A z tym  wiązały się spore honoraria za występy, tantiemy autorskie. Kto wtedy nie występował? Praktycznie byli wszyscy moi przyjaciele:  Piotr Kuncewicz, Krzysio Gąsiorowski, Janusz Żernicki, Jerzy Tomaszkiewicz. Mieczysław Czychowski, Leszek Żuliński i oczywiście Zbyszek, który cierpliwie znosił trudy wielotygodniowych tras koncertowych.


Przypomina mi się przezabawna historia związana z trasa koncertowa na terenie województwa katowickiego. Mieszkaliśmy w hotelu Warszawa i Zbynio przyszedł do mojego pokoju, prosząc mnie o interwencję u kierowniczki zespołu Bogusi, obecnej mojej żony, która jego zdaniem daje jemu i Jankowi Himlsbachowi zbyt małe diety nie pozwalające im przeżyć godnie, jak na artystów tej miary powinno być.


A bywało tak, że po przyjeździe do jakiegoś hotelu, Bogusia schodziła do  restauracji, czytała jadłospis, ustalała menu i każdego dnia rano Janek i Zbynio meldowali się u niej w pokoju po pieniądze, na realizację swych żywieniowych potrzeb dnia.


Byłem bardzo surowym recenzentem tego zdarzenia i natychmiast przystąpiłem do działania, zwróciłem uwagę kierowniczce zespołu i w efekcie tej uwagi diety Janka i Zbynia zostały obcięte o ponad trzydzieści procent. Później często słyszałem kąśliwe uwagi Janka Himilsbacha wypowiadane doi Zbynia na temat jego interwencji u mnie.


W ogóle ci dwaj lubili się, mimo, że bardzo często musiałem ich uspokajać.  Zawsze mieszkali razem, oszczędzali na dietach na drobne piwo, starali się aby kierowniczka zespołu tego nie dostrzegała, jednym słowem – jeden krył drugiego.


Zbynia małżeństwo rozpadło się i okoliczności tego faktu, powszechnie znane i zrozumiałe w środowisku, były w swym efekcie  jednak trudne  do zaakceptowania dla Zbynia. Tęsknił bardzo za synkiem. Opowiadał mi, że najczęściej to śni mu się Marcinek.


Miałem wtedy dom na Warmii w wiosce Wymój położonej w okolicach Olsztyna. Często zabierałem tam Zbyszka i Jurka Koperskiego, dwóch nieszczęśników wyjątkowo trudno znoszących swoją samotność.


Później kupiłem drugi dom w Kątach Rybackich, gdzie Zbyniu był wyjątkowo częstym gościem. Rozmawialiśmy, czytaliśmy wiersze, jeździliśmy na spotkania autorskie. Kilka razy próbowałem Zbynia nauczyć wędkowania, pływania łodzią, wiosłowania, ale nie za bardzo mu to wszystko wychodziło.


Ostatni raz dwa lata temu byliśmy w moim domu w Kątach Rybackich całą naszą paczką. Wszystkie pokoje były zajęte przez członków pleneru organizowanego przez Teresę Miłoszewską z Domu Kultury w Elblągu. My, już starsi panowie prowadziliśmy warsztaty z młodzieżą poetycką, słuchaliśmy recytujących swoje wiersze, recenzowaliśmy, rozstrzygaliśmy. Chodziliśmy wzdłuż brzegu morskiego lub Zalewu Wiślanego i najczęściej mówiliśmy o tych, których już z nami nie ma.


My, to znaczy: Roman Śliwonik, Krzysztof Gąsiorowski, Zbyszek Jerzyna  i wyżej podpisany.

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko