Dariusz Tomasz Lebioda – RANY PAMIĘCI

0
276

Dariusz Tomasz Lebioda

 

RANY  PAMIĘCI

O późnej poezji Wacława Iwaniuka

 

Jan StępieńPoezja Wacława Iwaniuka powstawała w aurze głębokiego osamotnienia, z dala od rodzinnego domu, pośród dalekich egzotycznych krajobrazów i przestrzeni. Jako żołnierz Brygady Podhalańskiej i Dywizji Pancernej generała Maczka przeszedł on szlak bojowy od Hiszpanii, poprzez Narvik, do desantu w Normandii, a potem – nie godząc się na warunki Stalina, dla Polski i Europy – został z wyboru wojennym emigrantem roku 1945. Osiadł w Kanadzie, gdzie pisał i stał się z czasem jedną z najważniejszych postaci życia kulturalnego nad Huronem i Niagarą.

 

Jak pisze we wstępie do wyboru jego późnych wierszy Janusz Kryszak: Wacław Iwaniuk należy do tych poetów, których twórczość dotarła do czytelnika krajowego bardzo późno, bo dopiero u schyłku lat osiemdziesiątych. Wiosną 1987 roku Wolna Spółka Wydawnicza K o m i t y w a, jedna z wielu ówczesnych oficyn niezależnych, opublikowała zbiór pt. Kartagina i inne wiersze w wyborze autora i był to pierwszy po dziesięcioleciach nieobecności tom poezji Iwaniuka wydany w kraju. Potem pojawiły się zbiory następne: Powrót (1989), Zanim znikniemy w opactwie kolorów (1991), Moje obłąkanie (1991), wydane już w profesjonalnych wydawnictwach i dostępne w normalnym obiegu księgarskim. Zmieniło to w sposób zasadniczy – pisze dalej Kryszak – sytuację poety znanego tylko nielicznym, a mało w gruncie rzeczy rozpoznany w kraju obszar dorobku twórczego emigracji niepodległościowej 1945 roku uzupełniony został tym samym o ważny składnik poetyckiej tradycji. Liryka Iwaniuka wyrastając bowiem z doświadczeń lat międzywojennych (poeta debiutował w 1936 roku tomikiem Pełnia czerwca) swój dojrzały i oryginalny wyraz uzyskała dopiero na emigracji, w ciągu długich dziesięcioleci pobytu pisarza w Kanadzie (…). Tam ta liryka dojrzewała niczym wino i stale modyfikowana, udoskonalana, przybrała kształt epikurejskiej opowieści o życiu i dorastaniu do śmierci, o polskich korzeniach i połyskliwej rzeczywistości Zachodu. Przejmującym dziennikiem zranionej pamięci i wyobraźni Iwaniuka jest wybór jego wierszy z lat 1993–1996, zatytułowany W ogrodzie mego ojca (Polski Fundusz Wydawniczy w Kanadzie, Toronto–Toruń 1998).

 

RANA

 

Nie bez powodu Janusz Kryszak – spiritus movens wydania późnych wierszy tego emigranta – wskazuje na wagę bolesnych zdarzeń w jego życiu. Studiuje tę twórczość uważnie i mówi: Przez cały ten czas był Iwaniuk poetą traumatycznej pamięci, która nie może uwolnić się od presji doświadczenia wojennego, gdyż ono zdezorganizowało u podstaw możliwy porządek biografii, a wyobraźnię poraziło trwale obrazami doznanej grozy (…). Ta wojenna rana jest rozległa i stale jątrzy się, generując w pamięci obrazy zbrodni, krwi, cierpienia. Jednak kontrapunktem dla niej jest wspominana stale rodzinna Lubelszczyzna, gdzie poeta się urodził i gdzie pobierał pierwsze, dziecinne, a potem młodzieńcze nauki od życia. Ta realna, choć nieskończenie oddalona przestrzeń ziemska jest jego ratunkiem, tęsknotą i kojącym balsamem. Dlatego wraca do niej stale w wyobraźni i  wciąż odnawia w sobie dawne zachwycenie, słyszy dalekie echa nad łąkami i stawami. Mówi bez upiększeń i metaforyzowania: ja wybrałem miejsce na ziemi/ między Lublinem a Chełmem/ pola w kąkolach i ostach/ i ludzi, którzy tam żyją/ uparci jak sama ziemia/ pełna rozmokłych torfowisk/ i jałowego iłu. Takie wyznanie jest zarazem rodzajem modlitwy i ma zakodowane głęboko pod powierzchnią wiersza, echo eschatologii Ojcze Nasz, pogłos ostateczności Credo.

 

Poeta wie, że trzeba mieć jakieś miejsce, do którego szybuje się stale na skrzydłach pamięci, trzeba mieć swój odległy zielnik, swój dziwny atlas zwierząt i minerałów, ale nade wszystko trzeba mieć taką przestrzeń, którą na mapie można obwieść linią, zakreślić szybkim ruchem pióra, wskazać jako swoje siedlisko. I tak jak roślina wyrasta bujnie z korzenia, tak życie człowieka krzewi się od chwili pojawienia się w określonym czasie i miejscu, tak kwitnie i powoli zamiera w rytm odwiecznych przemian pór roku, obrotów planety i jej biegu wokół słońca. Dramatyzm takiego wyznania rośnie w miarę jak uświadamiamy sobie, że ów poeta widział przecież bajeczne cuda natury na kilku kontynentach, podróżował do interioru Ameryki Południowej, stawał nad wielkimi wodospadami i jeziorami, kontemplował słońce Florydy, Jamajki, Kuby i piękno opactwa w Aylesford. A jednak ukochał ogród swojego ojca, gdzie: Czereśnie były soczyste (…), a w nocy na niebie świeciły gwiazdy i księżyc tak jasny/ że do dziś jego blask świeci/ gdy zapadam w sen. Przypomina się w tym miejscu  jeden z listów Mickiewicza, w którym mówi on, że woli swojskość Nowogródka i subtelne piękno Litwy od „blichtrów” krajobrazu alpejskiego.

 

Ów trop Mickiewiczowski jest właściwy w przypadku próby odczytania wierszy Iwaniuka, bo przecież przez cały czas wypowiada on to samo co Adam bolesne życzenie: Tymczasem przenoś moją duszę utęsknioną/ Do tych pagórków leśnych, do tych łąk zielonych,/ Szeroko nad błękitnym Niemnem rozciągnionych. Wystarczy pagórki Nowogródczyzny zastąpić Wyżyną Lubelską, a rozległość Niemna,  oczkami wodnymi ciągnącymi się w nieskończoność pośród torfowisk, a dostrzeżemy ten sam obszar liryczny, ten sam szlachetny smutek i tę samą subtelną nostalgię. I tak jak Mickiewicza „wytrącało z bytu” jezioro Leman i gnało jego wyobraźnię ku Świtezi, tak imaginacja Iwaniuka, znad jeziora Huron szybuje ku okolicom Chełma – powracają w niej dawne, zdawać by się mogło nieistotne, ale dla poety mające przecież wagę symbolu zdarzenia: Przypomina mi się rodzinna droga/ z Trawnik do Lublina/ Uherka gdzie myłem twarz –/ mój przystanek w Rejowcu/ przed rzeźnią Kastnera/ Niemca, który kochał Polskę. Iwaniuk świadomie nie używa metafor, ale przecież metaforami są całe jego wiersze. Stają się one jakby sensem naddanym nad życiem i jego kolejami, podsumowują i przez chwilę dają poczucie obcowania z realną przeszłością, ożywiają martwe chwile, zimne twarze, gesty i dłonie. To jest poezja wypowiadana szeptem, ale dobitnie, to jest liryka łez i krwi, rany nigdy się nie gojącej, rany rozdrapywanej przez czas i pamięć. W każdym zakątku ziemi, podczas każdej podróży, w obliczu obcości odległych miejsc, wraca stale do poety krajobraz jakby rodem z Chełmońskiego czy Wyczółkowskiego, wracają kształty jakby nieco rozmyte przez łzy, jak u Stanisławskiego czy Ślewińskiego, jak u Ruszczyca.

 

Tak też jest, gdy autor wraca myślą do jego czasów londyńskich. Mówi: Ja żyłem wtedy nostalgią naszych pól/ w objęciach łopianów/ traw pod gilotynami wiejskich kos/ wieczorów wypełnionych chórami świerszczy/ i majowych pieśni w przydrożnyh kapliczkach. Emigracja dla Iwaniuka jest rodzajem rozdwojenia jaźni – żyje się realnie w Kanadzie, ale najrealniej – choć nie fizycznie – między Chełmem a Lublinem. Sytuacja taka rodzi nieustannie twórcze napięcie, które owocuje nowymi wierszami, przetworzonymi obrazami, zatrzymaniem w pędzie i zamyśleniem nad kondycją człowieka, zamyśleniem nad sobą samym: Zatrzymałem się w pół drogi by spojrzeć za siebie –/ na czystym niebie widziałem roje gwiazd/ podobnym do nieba nad rodzinnym domem/ gdy z tornistrem biegłem do publicznej szkoły/ na lekcje geografii (…). Dzieciństwo jawi się poecie jako czas sakralnego dojrzewania, czas świętych lekcji życia i świętych lekcji geografii, która stanie się przecież jego „przeznaczeniem”. Iwaniuk nie kryje wzruszenia, gdy patrzy na siebie poprzez przesłonę lat i straconych dni. Wzrusza się tak, jak wzruszała się jego matka, modląc się do Przeczystej Panienki, jak wzruszał się jego ojciec, gdy wraz z całą rodziną stawał w drzwiach kościoła. Takie czyste wzruszenie nadaje sens poezji i czyni z niej magiczną kulę, której potarcie wyświetla obrazy chwalebnego dorastania, dochodzenia do nieuchronnej bolesnej przyszłości.

 

Ileż dobrych ludzkich uczuć budzi w Iwaniuku przypomnienie małego chłopca pośród traw i chwastów, pośród wiejskich dróg i małych miasteczek. To jakby wyprawa ku niemożliwemu, ekscytujące odsłanianie samego siebie, utwierdzanie się w przekonaniu, że pomiędzy tamtym niewinnym stworzeniem a starym człowiekiem, piszącym wiersze w Toronto, nie ma różnicy. To są te same przeżycia i te same wzruszenia, to jest chwila uświęcona pamięcią. A skoro tak silne energie pulsują pod powierzchnią kreowanych obrazów, to można porównywać owe miejsca inicjacji do obszarów uświęconych, wtedy może też pojawić się jakże proste, ale też jakże serdeczne wyznanie: Kocham cię, moje lubelskie Jeruzalem. Wraz z wierszem tak zatytułowanym pojawia się refleksja, która przekształci się w rodzaj zamyślenia nad narodowym sacrum: Lubelszczyzna to nie tylko Chełm i Lublin/ to drobne mniej znane osiedla –/ Łęczna, Kraśnik i Fajsławice/ i nasze chude Siedliszcze/ wypełnione w czwartki targami./ Dziś staram się je opisać tak jak widziałem wtedy/ gdy miałem piętnaście lat/ z kościołem pełnym klęczących ziemian/ z Matką modlącą się z nami/ z Kopcem Marszałka na Rynku./ Gdy opuściłem dom/ spotykałem go we śnie/ z Ojcem przy pracy i matką w ogrodzie/ i mną powracającym do domu/ z emigracyjnej tułaczki. Marszałek staje zatem obok najbliższych i wraz z nimi, w tej niemalże mitycznej krainie stanowi rękojmię szczęścia, spokojnej pracy, pobożnego bytowania na ziemi. Dopiero potem, w wierszu i w lirycznej refleksji, z dziecinnego panteonu „świętych” przechodzi do panteonu narodowego.

 

ŚWIAT

 

Równie ważny co rodzinne siedlisko jest dla poety świat, który poznał podczas długiego życia i który nieustannie kontemplował w swojej samotności. Tutaj fakty życiorysu, elementy kolejnych podróży jakby układają się w wersy i tworzą coś na kształt lirycznego bedekera. Najczęściej jednak, przy nazwach geograficznych i elementach krajobrazu, pojawia się bolesne nawiązanie do Polski, do własnych wojennych dziejów, do trudnego losu człowieka wygnanego z domu. Porażająca jest owa skromność poety i jego proste nazywanie dziejowych burz, jego umieszczanie siebie w kręgu zdarzeń, bez nadmiernej chęci wywyższenia. To jest filozofia, która z utwierdzenia esse czerpie pewność, że świat jest realny, a to co się wydarzyło nie było snem czy ułudą pamięci. Dlatego też Iwaniuk często wymienia miejsca, rozprawia spokojnie i dobitnie o wszystkim co przeżył, mówi z wiedzą o sobie i wymowie przywoływanych faktów: Byłem w Argentynie –/ w Matto Grosso wśród jadowitych skorpionów –/ przepłynąłem rzekę La Platę./ Byłem pod Narvikiem/ otarłem się o Zorzę Polarną –/ tam zginął strzelec Kałyniak/ z Brygady Podhalańskiej./ Niosłem go krwawiącego/ na punkt opatrunkowy –/ jego rany krwawiły od Zaleszczyk do norweskich skał. Takich zdarzeń w jego życiorysie były tysiące, takich chwil była niezliczona liczba, ale zadaniem poety jest wydobyć je z zapomnienia i oświetlić wierszem, niczym punktowym reflektorem. Odsłania się wtedy na chwilę tajemnica istnienia, a przelana krew nabiera wagi symbolu cierpienia całej ludzkości, staje się wyrzutem na sumieniu i nie pozwala goić się ranom.

 

Poeta patrzy w dal i wyławia następne fakty, kolejne etapy jego dochodzenia do wiedzy i wrażliwości poetyckiej: Byłem więźniem Petaina/ więźniem generała Franco/ w obozie Miranda de Ebro/ zatrzymałem się przez dwa lata./ Uniknąłem G u a r d i i    C i v i l / przekradając się do Portugalii./ W desancie na Francję/ brałem udział w Dywizji Pancernej/ generała Maczka –/ Płynąc przez Kanał La Manche/ widziałem brzegi Polski. Raz jeszcze daje tu znać o sobie siła pamięci i wyobraźni Iwaniuka, która tak ustawia w wierszu zdarzenia, tak je kumuluje, by mogła pojawić się niezwykła pointa. Tutaj jest nią przesunięcie Polski do brzegu Kanału La Manche i jakby dalekosiężne wyznaczenie celu pamiętnego desantu. W wierszu pt. Podróż do konsulatu polskiego w Kurytybie opowiada z kolei poeta o swojej wyprawie na kontynent południowoamerykański. Odtwarza to, co przydarzyło się latem 1939 roku, kiedy to opuścił kraj i popłynął w górę Parany – rzeką o skalnych brzegach/ i niebezpiecznych wirach/ by mówić o Polsce/ polskim emigrantom . To jakby jeszcze jedno ukazanie świadomości ludzkiej w chwili wybuchu II wojny światowej, ale w innym miejscu planety, z dala od eksplozji, płaczu i cierpienia. Tak ułożyły się jego losy, tak życie rzuciło go ku innemu kontynentowi, tak wreszcie daleko musiał kontemplować dramat ojczyzny. Tam nie od razu docierało do niego to, co rozgrywało się w kraju, tam nie nadeszła odpowiedź na list wysłany do matki, nie było słychać odgłosów wystrzałów. Była natomiast egzotyka jakby rodem z powieści podróżniczych, które czytywał w młodości: Pamiętam tę podróż/ wioskę w Kurytybie/ z jasnym księżycem/ na tropikalnym niebie/ i polskiego konsula/ z biało–czerwoną kokardą/ grającego w polo. Poeci skłonni są do idealizowania i często zawyżają wartość swoich czynów, Iwaniuk wręcz przeciwnie, nie tworzy własnej martyrologii, nie wiąże jej z męczeństwem narodu, przyznaje, że w chwili dziejowej był w Kurytybie i spędzał tam miło czas. Nie znaczy to jednak, że nie przeżywał tamtej tragedii, nie znaczy to, że nie był patriotą, po prostu był tam i właśnie to utrwalił w wierszu, który może więcej mówi o grozie lata 1939 roku od patetycznych opisów kampanii wrześniowej.

 

Warto też zatrzymać się na chwilę przy liryku pt. Lato na Florydzie, gdyż widać w nim znakomicie pozytywne nastawienie poety do świata i stoicką kontemplację przemijania. Właśnie tutaj, na Południu Stanów Zjednoczonych Iwaniuk spędza wakacje i cieszy się pięknem otaczającego go świata, tutaj kojarzy słońce z miłością i naturę z ciałem kobiety, a wszystko razem oprawia w kształt wiersza jakby rodem z Kawafisa, jakby z refleksyjnej poezji japońskiej: Lato na Florydzie/ upiększa Natura/ i słońce jaśniejsze od innych słońc –/ bo na tym skrawku lądu/ podobnym do piersi kobiety/ czekającej na miłość/ wszystko jest miłością. To jest miejsce odpoczynku, ale też i miejsce potwierdzenia szczęśliwych splotów wydarzeń, które zawiodły go do tej bajkowej krainy. Wprowadzenie do poezji polskiej północnoamerykańskiej egzotyki jest cenną wartością i jakby poszerza zakres penetracji lirycznych, łączy się też z wierszami Lechonia, Miłosza, ostatnimi lirykami Barańczaka. Floryda jest miejscem słońca i oddalenia od spraw codziennych, ale też jest etapem w nie kończącej się refleksji, pobudza poetę do podsumowania całego życia, do wspominania odeszłych druhów: Ja odwiedzam Florydę od lat –/ tu wspominam czas który minął/ i przyjaciół których już nie ma. Raz jeszcze daje tu o sobie znać wskazany już wyżej mechanizm wytrącenia ze świata realnego i podążania umysłu do miejsc i osób szczególnych, jakby krążenia stale na myślowej uwięzi, jakby powtarzania ruchu wahadła.

 

W innym wierszu  – Montego Bay – towarzyszymy poecie podczas pobytu na Jamajce. Przybywa on na tę karaibską wyspę w strugach deszczu i chce jedynie pobyć pośród tubylców, pragnie przejrzeć się w nowej rzeczywistości. Chce żyć chwilą a potem zawrzeć coś z tego pragnienia w liryku, który zaczyna się niczym powieść podróżnicza, albo relacja reporterska: Jeden z portów na Atlantyku to Montego Bay/ wykupiony od tubylców przez linie Kunarda –/ żyje wpatrzony w siebie/ otoczony słońcem.  Poeta tak samo istnieje w tym świecie, także patrzy stale w siebie, też otoczony słońcem i też stale na brzegu, stale na skraju istnienia i niebytu. Przyglądając się miejscom i ludziom zaczyna wypowiadać prawdy, które mają go uchronić przed chłodnym tchnieniem śmierci: Pora deszczów dla tubylców to żadna nowina/ ale nie dla turystów/ którzy tu wpadli/ po tanie zakupy na przyszłość –/ Tubylcy żyją z dnia na dzień/ patrząc na nich wiem, że mają rację/ i mnie nie w głowie jutrzejszy dzień/ wolę błękit nad Montego Bay/ otoczony gnuśnym oceanem/ i słońce. Poeta wybiera życie w jego barwnych przejawach, chce cieszyć się ciepłem, zapachem oceanu, chce czuć dobroczynne działanie gwiazdy, która zrodziła na Ziemi życie. Zaskakujące, jak niewielkimi środkami uzyskuje Iwaniuk efekt niezwykłej plastyczności i głębi obrazu, ale zapewne bierze się to z zawierzenia w moc jego kreacji. Czytelnik ufa poecie i razem z nim łowi w imaginacji strzępy zdarzeń, okruchy chwil i owe świetlane raje ziemskie – cieszy  się razem z poetą i razem z nim oddaje się łagodnej kontemplacji. Rację ma zatem Kryszak, gdy mówi o jego twórczej metodzie: Uważnie więc śledzi ruchy kapryśnej pamięci i z wydobywanych tam okruchów odtwarza raz jeszcze bieg swego jednostkowego losu, pytając o ukryty w nim sens, by jeśli nie uchylić, to przynajmniej złagodzić dojmujące poczucie przypadkowości i daremności wszystkiego, co los ten naznaczyło. Ale też – dodajmy – wierzy w swoją szczęśliwą gwiazdę, w to, że urodził się we właściwym czasie i we właściwym miejscu. I nie bez powodu…

 

CHWILA

 

Poezja Iwaniuka jest łowieniem i zatrzymywaniem chwil, jest lirycznym wyodrębnianiem momentów, a zarazem ich ocalaniem. Tak wyposażona w ów oręż ułamków i drgnień, przeciwstawia się nieuchronnemu upływowi czasu; tak przygotowana staje w obliczu kresu. Nie sili się na heroizm, nie stawia czytelnika w sytuacji ostatecznego wyboru – raczej proponuje, raczej namawia do „spokojnego przechodzenia przez wieczność”. jakże głęboka jest pokora tego poety, z jakim spokojem i z jaką godnością mówi on o tragediach i wynaturzeniach wieku, w którym przyszło mu żyć. Chce w swoich wierszach pozostawić coś z zamyślenia nad Czarodziejską górą Tomasz Manna i nad dziewczyną rozbierającą się na plaży w Varadero, równie ważne jest dla niego spotkanie z Janem Pawłem II w Denver jak i ciemne oczy Rózi z Powiśla.

 

Nieustannie podąża myślą od dróg Lubelszczyzny do kanadyjskich ścieżek, mija siebie pośród różnych przestrzeni i zmieniających się postaci, a potem wyodrębnia jaskrawe, rozświetlone refleksją chwile. Chce pokazać w wierszu coś, co ma wagę symbolu, albo jest ledwie dostrzegalnym faktem, ledwie pogłosem, echem czegoś, co się wydarzyło. W taki sposób dociera do istoty człowieczeństwa i sensu poezji, która jakby od nowa pozwala przeżyć to, co odeszło, która ocala to, co wydawać by się mogło przepadło na zawsze. Niestety kosztem takich euforycznych stanów jest poczucie nieustannego rozwarstwienia losu, stale rozsypującej się mozaiki chwil. Bo przecież – jak słusznie zauważa Janusz Kryszak – to, co jest do odzyskania, to właśnie tylko ułamki, luźne drobiny zdarzeń, pojedyncze epizody, których naturą jest nieciągłość, fragmentaryczność daleka od jasno tłumaczącego się porządku jakiejś możliwej całości, która sensem swym objaśniłaby przypadki życia. Poecie pozostaje wiara, iż jest jakaś wyższa logika w stale zmieniającej się rzeczywistości jego życia. Dlatego Wacław Iwaniuk wierzy, że kiedyś tam, u jego kresu, będzie mógł powiedzieć: Warto było.

 

 

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko