Leszek Żuliński – Dwór w Oborach

0
413

Leszek Żuliński

Dwór w Oborach

Na przełomie lat 40. i 50. władza połapała się, że elity intelektualne i artystyczne warto jest mieć przy sobie i za sobą. Najlepiej skoszarowane w pismach, Serce życia kulturalnego biło więc w zinstytucjonalizowanej enklawie; środowiska twórcze były zwarte i zintegrowane, otoczone wyszukaną infrastrukturą w wydawnictwach, stowarzyszeniach i domach pracy twórczej… Gradacja przywilejów była dość spora – od wczasów w Picundzie do wczasów w Oborach, nie bardziej luksusowych niż np. sanatorium dla hutników, ale jednak z szeptaną estymą gawiedzi. Czy był to raj? Bardzo względny i z coraz większą armią dezerterów, ale jednak przez 40 lat udało się w tzw. kadeelach stworzyć i utrzymać inny model istnienia wspomnianych środowisk, odmienny np. od kawiarnianego, znanego sprzed wojny, czy campusowego, znanego z krajów zachodnich. Jednym słowem: per aspera ad Astoria, lub: literaci do Obór!…

Obory leżą 17 kilometrów od centrum Warszawy. Jedzie się tam prostą jak strzelił drogą, którą wybudowano Gierkowi do Klarysewa; w Konstancinie skręca się w ulicę Mickiewicza, obok domu Romana Bratnego – i już. Stare klony, dęby kasztanowce i lipy pierwsze wprowadzają nas w magiczny nastrój tego miejsca, gdzie mogłoby się dziać libretto Chęcińskiego.

Pierwsze wzmianki o tym majątku widnieją w papierzyskach z 1433 roku. Był wspaniałością rodu Oborskich, których najwybitniejszy potomek Stanisław piastował w XVI wieku godność starosty piaseczyńskiego. Żarli się ci Oborscy strasznie z niejakimi Leśniowskimi, sąsiadami, o miedzę, o mury graniczne i inne drobiazgi, co pozostawiło obfity ślad w księgach sądowych i rejentalnych. W końcu ta należąca blisko 250 lat do jednej rodziny posiadłość wraz z drewnianym dworkiem i pobliskim folwarkiem Chabdzinek została w 1643 roku sprzedana Koniecpolskim.

Nie na długo. Na parę lat. Już w 1650 roku majątek okupił hrabią Jan Wielopolski. To nie był szlachcic – to był magnat. Nie starczyłoby tu miejsca, żeby wymienić wszystkie jego zaszczyty i urzędy. Był politykiem i mężem stanu, wojewodą krakowskim i przede wszystkim paniskiem na swych włościach – m.in. posiadał Wielopole, Pieskową Skałę, żupy wielickie, ordynację pińczowską…. Jego wpływy wykraczały poza granice Rzeczypospolitej; miał indygenaty czeskie i węgierskie… Czy hrabia przypuszczał, że skromne i małe Obory będą należały do jego rodu przez 156 lat?

Zmarł niebawem, w1668 roku. Dziedzictwo przejął syn, Jan Wielopolski jr. Godny kontynuator rodu, który ustanowił swą wielkość u boku Jana III Sobieskiego. W 1678 roku ożenił się we Lwowie z siostrą królowej Marysieńki Marią Ludwiką de la Grange d’Arquien, i już w rok potem, zgodnie z klasycznymi regułami nepotyzmu, został kanclerzem wielkim koronnym.

Dawnymi czasy Obory leżały na skarpie wiślanej (dziś koryto rzeki przesunięte jest na wschód o ponad 4 km). Moczary, bagna, komary, w ogóle okolica malaryczna. Stąd wzięła się plotka, że król Jan chciał swoją nie lubianą szwagierkę zesłać na oborską katorgę. Złapać w pułapkę klimatu. Ale to nieprawda. W 1677 roku ruszyła budowa Wilanowa – wtedy w ogóle przyszła moda na podmiejskie wille i rezydencje. Obory były naturalnym podwilanowskim przyczółkiem, stąd Wielopolscy mieli blisko do stolicy i do Sobieskich, i to – a nie żadna intryga króla – było powodem budowy dworu. Król nie żałował zresztą pomocy i nawet podrzucił ekipę pogańskich Turczynów przywleczonych spod Wiednia. Podobno to oni zbudowali drogę wiodącą do willi.

Obory stanęły w latach 1681-1688. Projektantem dworu był sławny spolonizowany architekt niderlandzki Tylman z Gamaren (1632-1706), budowniczy m.in. takich stołecznych obiektów, jak pałace Krasińskich czy Ostrogskich. Mistrz ten został sprowadzony do Polski przez Stanisława Herakliusza Lubomirskiego, ale i Sobieski, i wiele rodów magnackich korzystało z usług jego pracowni. W związku ze wspomnianą modą na wiejskie wille, tu powstały projekty budowli pośrednich między pałacem a dworem, mających nawet miano tylmanowskich, których Obory są najdoskonalszym przykładem. Budowla ta doczekała się nawet naukowej monografii pióra Andrzeja Zienca (fragmenty w Biuletynie Historii Sztuki 1962, nr 2, skąd i ja czerpię główne fakty).

Kanclerz Wielopolski dwór jak pozostawił, tak i umarł. Dokładnie w 1688 roku. Całą fortunę dziada i ojca przejął syn Franciszek, jeden z sześciorga dzieci trzykrotnie żonatego Jana. Mieszkał w Oborach aż do 1732 roku. Po pewnych perturbacjach i rodzinnych, i prawnych, scheda przypadła ostatecznie Hieronimowi Wielopolskiemu, który – cytuję za Ziencem – piastował kolejno godność koniuszego w.k. i generała małopolskiego, starosty żarnowskiego i krakowskiego, a w roku 1745 generała-majora i szefa pułku gwardii królewskiej, następnie generała-lejtnanta wojsk koronnych i cześnika koronnego.

Nieźle! Ale Oborom przysłużyły się nie tyle te tytuły, ile decyzja o założeniu browaru. Podobno piwo oborskie miało najwyższą markę i dorównywało angielskiemu.

Hieronim zmarł w 1779. We dworze pozostała wdowa, Urszula Wielopolska z Potockich, która jednak łez na próżno nie wylewała i zajęła się generalnym remontem oraz przebudową domostwa. Po jej śmierci w 1806 roku drogą koligacji rodzinnych posiadłości przejęli Potuliccy herbu Grzymała.

Hrabia Kasper Potulicki zwykł nawet przy swoim nazwisku stawiać dopisek: Pan na Oborach. Zmarł w 1853 roku. Właścicielem został najmłodszy syn Włodzimierz, ale rządziły tu dwie siostry, Maria i Gabriela. Kolejny dziedzic, Mieczysław, zdobył się na sporą przebudowę rezydencji, którą przeprowadził Władysław Marconi. M.in. wybudowano kaplicę wewnątrz domostwa. W ogóle za czasów Włodzimierza i Mieczysława Potulickich Obory przeżywały kolejny okres świetności. W folwarku mieszkało blisko 400 osób, były tu dwa wiatraki, wydobywano torf, zbudowano cegielnię, hodowano bydło rasowe, a miejscowa owczarnia liczyła dwa tysiące sztuk. Wraz z nastaniem XX wieku i tu powiało nowinkami; związał się nawet komitet SDKPiL.

Ostatnim panem na Oborach był prawnuk Kaspra Potulickiego Henryk. Zmarł 1931 roku i cały majątek na wątłych barkach dźwigała wdowa, Maria ze Stroynowskich. I ją, i Henryka pamięta dobrze pozostała tu starszyzna i jeszcze dziś można sobie porozmawiać z okolicznymi nestorami, i jak to, panie, hej za Potulickich było.

Po wojnie przez krótki czas zlokalizowano we dworze przedszkole dla dzieci pracowników miejscowej stadniny koni, a potem założono tu Dom Pracy Twórczej Związku Literatów Polskich. Inicjatorom tej aneksji była trójka pisarzy: Ewa Szelburg-Zarembina, Aleksander Wat i Leopold Lewin. 19 IX 1948 roku zajechały pod drzwi dworu ze dwa autobusy literatów na oględziny wyremontowanego Domu. W księdze pamiątkowe zachował się wpis tej wycieczki.

No właśnie! Któż tu nie przyjeżdżał? Z pierwszej ligi: Brzechwa, Słonimski, Newerly, Andrzejewski, Konwicki, Hen, Krasiński, Stryjkowski, Jastrun, bracia Brandysowie… Łatwiej byłoby odtworzyć listę nieobecnych niż obecnych. W pierwszych trzech dekadach, do końca lat 70., Obory były miejscem azylu od burz politycznych i miejscem integracji środowiskowej. Choć zawsze –zwłaszcza za czasów kierowniczki Neumannowej – panował tu podział na lepsze i gorsze stoliki, co niektórzy do dziś wspominają stukając się w czoło. Były i inne podziały – np. stolik filmowców, przy którym królował Jerzy Stefan Stawiński, czy stolik brydżowy, gdzie władzę trzymał Antoni Słonimski. Czy Obory Brzechwy i Słonimskiego różniły się czymś od późniejszych Obór Białoszewskiego i Grochowiaka? Tak naprawdę to nie. Co najwyżej zmieniły się obyczaje, np. na jednym z turnusów z samymi damami pozostawali we dworze Brycht i Iredyński, co do dzisiaj damy wspominają ze zgrozą, być może udawaną. Dopiero głębokie podziały w latach 80. spowodowały, że i ten dom stał się obiektem bojkotu; wyrażał podział środowiska. Kilka lat temu wszystko na szczęście, prawie wróciło do normy. Znów bracia Brandysowie – ten z Warszawy i ten z Paryża –okrążają wolnym krokiem gazon (okrążenie jest tutaj nazywane jednym brandysem). Odbywają się tu różne środowiskowe imprezy – np. miało tu miejsce Spotkanie Pisarzy z Kraju i Obczyzny w marcu 1991 roku – choć nadal niektóre stoliki znajdują się w nastroju nieprzysiadalnym, jakby powiedział pewien poeta.

Nie istnieje lista utworów tu powstałych. Ale mamy niewątpliwie do czynienia z tzw. genius loci. Tu pisali najwięcej: Breza, Brzechwa, Brandysowie, Adolf Rudnicki, Stryjkowski, Słonimski, Białoszewski… Tu powstał poemat Wisła Broniewskiego, obszerne fragmenty dzienników Andrzejewskiego, Elegia oborska Grochowiaka… Tu rodziły się scenariusze filmowe i przykłady z literatury obcej. Matka Boska Oborska – na tyłach dworu stoi jej figurka – pojawiła się w licznych wierszach.

Wieloletni kierownik Domu, pan Artur Czestyński, doprowadził obiekt do stanu świetności. Wszystko tu zostało wychuchane i zadbane. Niektórzy pisarze mówili mi jednak, że woleli dawne – dzikie i zarośnięte – Obory i że to już nie wróci. No cóż, dobrze, że przynajmniej przetrwał do dziś ten zabytek życia literackiego, gdzie można było nie wylatywać za drzwi, a co najwyżej awansować od stolika do stolika. Choć na pewno dawne Obory nie wrócą jako symbol wydzielonego i otoczonego murem raju dla pisarzy. Pisarze utracili raj.

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko