Ryszard Tomczyk – Z frustracji środowiskowego felietonisty literackiego

0
117

Ryszard Tomczyk

Z frustracji środowiskowego felietonisty literackiego


Czego oczekuje się dziś od felietonisty, powiedzmy, literackiego? Pytanie ledwie postawione a już roi się od wątpliwości i pytań dodatkowych. Cóż na przykład znaczy “oczekuje się”? Kto oczekuje i co to znaczy “się”? Czy chodzi tu o jakiegoś statystycznego odbiorcę, określonego przy pomocy rankingu? Zali o media, doskonale zorientowane w gustach swych odbiorców a przez to samo bardziej “miarodajne” i lepiej wiedzące, jak ma być?

 

Pierwsza w hierarchii odpowiedź zabrzmiałaby: – niczego! Uprawianie twórczości literackiej, ściślej zaś snucie dywagacji o zdarzeniach literackich, o autorach i ich twórczości, tj. prowadzenie różnego rodzaju komentatorstwa literackiego odzywa się w zachowaniach znacznej części odbiorców reakcjami wręcz wymiotnymi.

Ułatwienia, którymi raczy się potencjalnych odbiorców (mówię o mass-mediach) wskazują na stopniową eliminację instytucji felietonisty i komentatora zjawisk literackich. Dowód elementarny to znikoma, by nie rzec – żadna, ilość miejsca na łamach prasy codziennej a niekiedy i tygodniowej na recenzje, zapowiedzi zdarzeń literackich czy najprostsze sprawozdania. Jeszcze jakimś tam zainteresowaniem cieszą się nobliści, literackie skandale czy jakieś krajowe nagrody czy wyróżnienia. Co nie znaczy, że nie cieszy się zainteresowaniem felieton dotyczący kultury i obyczaju, sportu, polityki, problemów społecznych, bo np. o popularnych zespołach muzyczno-wokalnych, szczególnie młodzieżowych – już i nie mówię. Co nie znaczy też, byśmy, zdając sobie sprawę z trendów i przeobrażeń kulturowo-cywilizacyjnych, którą niesie otaczająca nas cyber-przestrzeń, wraz z rozlicznymi pułapkami społecznymi, ekonomicznymi i kulturowymi, nie przewidywali kryzysów nas dziś obezwładniających i paraliżujących. Zaś to, co niejednokrotnie napawa nas grozą, zdaje się być zaledwie uwerturą przemian, których – choć po części znamy ich uwarunkowania – jeszcze nie potrafimy sobie do końca wyobrazić.

 

 

Tendencje do przedłużania życia tkwiącemu już w konwulsjach komentatorstwu literackiemu znajdujemy więc w zorientowaniu na zjawiska literackie wybitne, znaczące i w ogóle „ważne”, choć Bogiem a prawdą, to dziś już nie wiadomo, skąd biorą się rozeznania, co z bieżącej produkcji literackiej i z bieżącego życia literackiego jest ważne i który z autorów wzlatuje właśnie ku Olimpowi, który zaś spada. Również – co oczywiste – w obowiązkach promotorskich wobec książek i talentów nieźle się zapowiadających i takich samych obowiązkach chronienia publiczności przed rozwielmożnioną dziś tandetą, szmirą, względnie grafomanią, żerującą na prymitywnych gustach odbiorców i łatwości druku. Co zaś tyczy się tego ostatniego, jest rzeczą aż nadto zrozumiałą omijanie przez recenzentów produkcji artystycznie  miernej, gdyż często krytyka (nawet zjadliwa)staje się bezwiednie czynnikiem popularyzacji rzeczy marnych albo i kłopotów sądowych. Wszak nader częstym dziś zjawiskiem bywają pozwy sądowe o “naruszenie godności osobistych” albo o utrudnianie “uprawy literackiego zawodu” składane w trybunałach przez jakieś urażone miernoty. Niemal nie wychodzą dziś z podobnych kłopotów redaktorzy czasopism.

Przyzwyczajono nas do tego (relikt długotrwałej niedojrzałości naszej prowincji, później zaś socjalistycznego planowania centralnego), że znaczących czy po prostu interesujących wartości literackich (włączając w to także teksty z przekładu) nie podobna szukać poza Warszawą i jeszcze kilkoma ośrodkami typu municypalnego. Do świadomości, że w tzw. terenie w sensie literacko-artystycznym nic naprawdę interesującego i znaczącego zdarzyć się nie może. Kompleks ten, jak wiadomo, w wersji negatywu, od lat udziela się środowiskom prowincjonalnym. Nie brak też ośrodków, w których środowiskowi autorzy wychodzą wprost ze skóry, by zaświadczać o własnym istnieniu i ześrodkowują swe siły na wydawaniu periodyków, tekstów literackich czy realizowaniu imprez już to ożywiających życie lokalne, już to jałowych, wydętych i niedonoszonych .Sukces i powodzenie na pewnych szczeblach, na tzw. półpiętrach rodzą snobizm.

Zdając sobie z  tego sprawę jako pismak raczej nie związany z Warszawą, chcę niniejszym uprzytomnić  rozeskrzydlonym w porządku „panoptystycznym”, więc w jakiś sposób kontrolowanym,  że także  z dala od centrów rodzą się wartości, niekiedy zastanawiająco dojrzałe i że właśnie obowiązkiem felietonistów, (lokalnych i nie tylko), jest wskazywać je, dawać im wyraz. Wiem, że schodzę do poziomu banału, gdyż podobnych „uprzytamniaczy” i to ludzi z nazwiskami było już tysiące. Ale też rozumiem, że to trudne, gdyż lekka forma felietonu sprzyja raczej krytyce, rozkładaniu na łopatki, rozdzielaniu klapsów, w ogóle wypunktowywaniu absurdu i śmieszności, niż afirmowaniu czegokolwiek. Jeśli jednak opowiadamy się po stronie przyszłej Europy „małych ojczyzn”, a więc przestrzeni w wysokim stopniu nieprzewidywalnych i niekoniecznie zgodnych z wymaganiami elegancji, to nie możemy przechodzić obojętnie obok ambicji ( również literackich) , tzw. prowincji. Nb. sporo już mówi się o nieadekwatności wciąż pokutującej antytezy: centrum – prowincja w świetle nowych procesów cywilizacyjnych i społeczno-kulturowych. Cóż na dobrą sprawę jest dziś prowincją?! To w obecnej właśnie sytuacji – że nawiążę do poprzednich zdań – w warunkach pozbawionej siły przebicia (niedostatek sponsorów, obojętność najbliższych lokalnych środowisk, brak zainteresowania ze strony mediów goniących tylko za atrakcjami czy skandalami, skomplikowane procedury przyjmowania do sprzedaży książek przez Domy Książki a nawet niechęć księgarń) w interesie owych „małych ojczyzn” należy stanąć po stronie środowiskowych, lokalnych inicjatyw twórczych i wzmacniać ich szanse – oczywiście  bez tworzenia na siłę środowisk tego rodzaju. Mówię o tym także dlatego, że tego rodzaju zjawiska znajduję w ośrodku miasta do niedawna wojewódzkiego, gdzie środowiskowych władz rzekomo kulturalnych nie stać od dwudziestu lat na utworzenie (konieczny sponsorat władz miejskich!) czegoś w rodzaju witryny sprzedażnej miejscowych autorów oraz czasopism – z ominięciem biurokracji, gdy tymczasem miejscowa baza administracyjna urasta już w giganta i na jej dalszy rozwój nie brak pieniędzy. Miejscowe Stowarzyszenie Elbląski Klub Autorów z powodu sytuacji lokalowej, braku środków i – niestety – atrofii aktywności samych  autorów (główną formą działania jest jeszcze wydawanie kwartalnika elbląskiego „Tygiel”) dogorywa, gdy tymczasem świeżo wymarmurzona Biblioteka Elbląska od co najmniej 10 lat zajmuje się i to z rozmachem promocją czasopisma  –  co najmniej nieśrodowiskowego, tzn.”Polityki”. To tylko przykład „spod dużego palca”, bo w tym zakresie podobnie jest wszędzie. Groza ogarnia, gdy  dotyka się katastrofalnej już mizerii oddziałów ZLP.

Wracam do pytania, czego dziś się oczekuje. Z grubsza biorąc poczuwający się do przynależności do inteligencji tzw. humanistycznej jeszcze odpowiadają: – Czego? Oczekujemy komentarzy zjawisk ważnych, doniosłych, w skali makro, znaczących, tzn. z tych traktów, którymi toczy się dziś historia.  Nie gaworzenia o tym, co w opłotkach, ani o tym, co dźwigają na swych wątrobach obecni literaccy nieudacznicy i  frustraci.  Won z naszego podwórza – zawtórują ciemnogrodzkim kołtunkom sejmowym –  tzw. „patrioci” i „partioci” (czytaj: analfabeci)! Precz z plującymi w swe gniazdo (oczywiście – orle!), noblistami, jak Czesław Miłosz . Już pokazało się, jak należy wyżeniać z pamięci narodu Boyów – Żeleńskich  a nawet Rejów z Nagłowic. I z Mickiewiczem – przecież Białorusinem! – zrobić to możem, i z Julkiem spod Krzemieńca  i z innymi – a jakże! Oczyścimy nasze księgarnie ze śmieci i to w takim stopniu, że tylko puste półki pozostaną. Tak, tak, nie skądinąd, ale z góry idzie przykład rzeczonej likwidacji tradycji kulturowych. To nie tylko konsekwencja naszego wpisywania się w skomplikowane struktury procesów globalizacyjnych i cywilizacyjnych. A jeśli już pisać, to o autorach uświęconych mediami czy np. osobistymi lekturami naszego, polskiego Ojca Świętego (jakby Wojtyła nie czytał Boya, Miłosza, Słowackiego czy Wyspiańskiego). Pisać więc –  przyzwoli nasz „kulturalny establishment” (bardzo tu trafia do mnie określenie tej „przodującej warstwy” zapożyczoną od Sołżenicyna kategorią obrazowanszcziny). Obrazowanszczina bowiem zawsze najlepiej wie, kogo z pisarzy należy odkryć, kogo zaś przypomnieć, albo i  na nowo pogrzebać, kogo uświęcić, a kogo wyrzucić ze świadomości, o kim mówić, wobec kogo wzruszyć ramionami. Felietonistyczne informacje i stanowiska mają tylko podkreślać zasadność kryteriów, którymi posługują się „warstwy znaczące”, potwierdzać wagę porządku informacji i przemilczeń oraz wagę hierarchii.

Stoję na stanowisku trwania opozycyjnego i przeciwdziałania współczesnemu, niestety – dokonywającemu się już w państwie suwerennym i demokratycznym – praniu mózgów. Jego istotę (tzn. tego stanowiska) stanowi życzenie,  by w warunkach powszechnych dziś tendencji unifikacyjnych, dominacji wartości zachodnich (gł. amerykańskich) i panoptykalnych, środki masowej komunikacji otworzyły się także ku zjawiskom lokalnym, środowiskowym, nie dostrzeganym „z wysoka” – słowem tym, które stanowią o osobowości i energii „małych ojczyzn”. Zdaję sobie sprawę, że w każdej z tych orientacji kulturowych nie brak obok wartości twórczych także tendencji opacznych i szkodliwych. Zarówno wołanie o nadrzędną rolę rzeczoznawców, ustalających hierarchie wartości i domagające się prezentacji „znaczących” i „doniosłych”, jak i  niecierpliwe domaganie się szacunku dla wartości literackich, lęgnących się  wśród „małych ojczyzn” są tendencjami, zwłaszcza w sytuacjach ekstremalnych niosącymi zagrożenia, które już znamy – choćby z filozofii dramatów Mrożka.

Zasadność takiej właśnie orientacji  potwierdzają nie tylko środowiskowe propozycje oraz dokonania twórcze  sprzed trzydziestu czy czterdziestu lat, ale  i ambicje aktualne, współczesne, które ujawniły się w atmosferze po r. 1989. Mam na myśli erupcję lokalnych wydawnictw czasopiśmiennych i książkowych, trwałą już inicjatywę (prowadzoną przez Fundację Elbląg) realizacji  dorocznego konkursu literackiego, która ujawniła i pobudziła wiele talentów w dziedzinie zarówno poezji jak i prozy, szczególny również pociąg do przez wiele lat  zaniedbanej tematyki regionu w sensie historycznym, geograficznym czy społeczno-obyczajowym. Charakterystyka  zdarzeń literackich z tymi związanych, wymienianie nazwisk i tytułów przerosłyby ramy felietonu . Stąd też już bez kompleksów znajduję swoją powinność środowiskowego felietonisty, skądinąd uczulonego na uniwersalia egzystencjalne i kosmiczne, w przekonywaniu lokalnych odbiorców (nb. rzadko już odwiedzających księgarnie), np. do znakomitej twórczości nieżyjącego już autora z Dzierzgonia – Staszka Filipowicza, do wierszy np. Natalii Paradowskiej,  Wiktora Mazurkiewicza , o. Mateusza Stachowskiego, T. Walczaka czy prozy  S. Modrzewskiego, E. Kukomskiego, M. Wawryna, J. Ryszkowskiego, P. Lewandowskiego,  Lecha L. Przychodzkiego (Lublin), Janusza M. Moździerza i Ryszarda Filbrandta z Malborka, Lecha Brywczyńskiego z Elbląga (teksty dramaturgiczne) oraz wielu innych. W tym także znajduję powód do  obrony  tych inicjatyw publicystyczno-literackich, które ośmielają się atakować aktualną – mówiąc oględnie – nieobyczajność administracyjną, korupcję, prywatę etc., balansujące w mętnych wodach przemian strukturalnych. Bywa bowiem i tak, że ośmielający się wypunktowywać czy nazywać te zjawiska po imieniu – dostają „po łapach” wraz z felietonistami, co ośmielają się tym sposobem zadzierać z winowatymi (niejednokrotnie „rządzicielami”). Bo to niemoralne, gdy  środowiskowe brudy wywleka się na łamy. Znamy w Elblągu i takie przypadki, a konformizmu jest dziś wcale nie mniej, niż w dobie ładu przed r. 1990. Ostatnio nawet jakby ciut ciut więcej..

 

Zapraszamy do komentowania artykułu

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko