Rekomendacje książkowe Krzysztofa Lubczyńskiego

0
124

Naukowy nekro-horror najwyższej klasy

Temat śmierci i jej bezpośredniego skutku, jakim jest trup, czy jak kto woli – zwłoki ludzkie, to obok miłości i erotyki oraz kwestii bogactwa i nędzy, jeden z kilku najważniejszych kanonicznych tematów kultury. W końcu romanse, powieści kryminalne i horror to najpopularniejsze, masowo konsumowane gatunki filmowe i literackie.

„Nekroprzemoc”, zbiorowe (18 autorskich szkiców, studiów i esejów) dzieło pod redakcją Jakuba Orzeszka i Stanisława Rośka, pysznie wydane (oraz bogato i sugestywnie ilustrowane) nakładem gdańskiej oficyny „słowo/obraz/terytoria”, to rzecz z pogranicza nauki i horroru. Jego tematem jest śmierć i ludzkie zwłoki, ich uwikłanie w obyczaje, kulturę, popkulturę, politykę, filozofię, psychologię, naturę ludzką, społeczeństwo i inne liczne sfery egzystencji, pokazane w licznych, fascynujących ujęciach, a przy tym bogato ilustrowane, co w przypadku takiej tematyki jest szczególnie istotne. Wydaje się, że temat „trupa”, śmierci i wszystkiego co jest z tym związane, w tym także temat „upiora” w polskim piśmiennictwie, poruszyła w sposób po raz pierwszy „na poważnie” Maria Janion przy okazji swoich rewolucyjnych badań nad polskim romantyzmem, a później kontynuował zagadnienie m.in. współredaktor tomu o którym mowa, Stanisław Rosiek w swoim studium „Zwłoki Mickiewicza. Próba nekrografii poety” czy Jarosław marek Rymkiewicz w swoich esejach historycznych, w szczególności w „Kinderszenen” czy „Wieszaniu”. Znane jest też w polskim przekładzie fundamentalne dzieło Phillippe Ariés „Człowiek i śmierć”, ale to zupełnie inny sposób ujęcia tematu „trupa i śmierci”.

Tom „Nekroprzemoc” otwiera szkic Zbigniewa Mikołejko „Hańba i wyniesienie. Opowieści wisielców”, będące poniekąd eseistycznym skrótem-resumé jego monumentalnego dzieła o ciałach wisielców. Poza tym, między innymi, Monika Baranowska zajęła się „Pośmiertnym życiem topielicy”, Marek Wilczyński „Polskim trupem romantycznym na występach za granicą i w kraju”, Anna Mikołejko „Spirytyzmem i pokusą przemocy”, Dorota Sajewska „Niewolnictwem poza grób. Od nekropolityki do nekroperformansu”, Leszek Kolankiewicz „Zombie czy zombi? Fantazmatem kina popularnego a haitańskim wyobrażeniem zbiorowym”, Anna E. Kubiak „Nocą żywych trupów”, Marta Zawodna-Stephan „Martwymi ciałąmi a funkcjonowaniem obozów koncentracyjnych w fazie przejściowej”, Mateusz Florczak „Refleksjami o nekroprzemocy w świadectwach Zagłady”, Jacek Leociak „Spojrzeniem w twarz trupa: casusem Zagłady”, Ewa Domańska, że „Ojczyzna to ziemia i groby” czyli cmentarny patriotyzm a gleboznawstwo”, Jakub Orzeszek „Królem Trupem. Jarosławem Markiem Rymkiewiczem i nekrofilią”, Grzegorz Ziółkowski „Protestacyjnym samospaleniem: nekroprzemocą czy nekrooporem? Kilkoma refleksjami w cieniu demonstracyjnego aktu Piotra Szczęsnego”, Małgorzata Maria Grąbczewska „Foto-nekroprzemocą. Polami trupów Wielkiej Wojny”, a Miłosz Wojtyna „Trupami, obrazami i nami”. Oczywiście, niezbędne jest przywołanie wiodącego motywu tematycznego, to tytułowej „nekroprzemocy”, czyli fenomenu bezczeszczenia ciał zmarłych/zabitych jako próby odebrania im prawa do pośmiertnej egzystencji, maltretowania zwłok jako karnego znaku od brutalnej władzy kierowanej ku rządzonym oraz tej formy nekroprzemocy, jaką jest „polityczne usunięcie ciała lub grobu” jako formy zadania powtórne śmierci i oraz manipulowanie żałobą. Polecam uroki tego literackiego tańca śmierci.

„Nekroprzemoc. Polityka, kultura i umarli”, redakcja Jakub Orzeszek, Stanisław Rosiek, Słowo/Obraz Terytoria, Gdańsk 2022, str. 596, ISBN 978-83-7453-523-6

Powstanie Listopadowe raz jeszcze

Literatura poświęcona powstaniu listopadowemu jest bardzo bogata.Jej początek dali Maurycy Mochnacki, twórca pomnikowego „Powstania narodu polskiego 183-1831” i autor podobnej zakresowo, ale bliższej formy pamiętnikarskiej syntezy Stanisław Barzykowski. Wiek XX, lata trzydzieste, to czas powstania świetnego studium Wacława Tokarza „Sprzysiężenie Wysockiego i noc listopadowa”,  a także dużo późniejsze, powstałe po II wojnie światowej prace Tadeusza Łepkowskiego, Jerzego Łojka czy Władysława Zajewskiego, a także popularne opowieści Władysława Bortnowskiego czy Stanisława Szenica. „Powstanie 1830-1831” Sławomira Leśniewskiego wydane nakładem krakowskiego Wydawnictwa Literackiego należy do tego ostatniego gatunku i czytelnik, który po nie sięgnie, o ile zna dzieje powstania listopadowego z kluczowych publikacji, nie znajdzie w tej pracy ani żadnych nowych faktów, ani żadnych nowych ujęć interpretacyjnych. To tradycyjna, elementarna, zgrabnie zarysowana synteza o charakterze popularnym. Warto jednak zawsze czytać i takie, bowiem pamięć nasza jest zawodna, zdobyta wiedza zaciera się i każde takie przypomnienie zasadniczego biegu zdarzeń, dat i roli poszczególnych postaci jest cenne. Leśniewski zaczął swoją narrację od zarysowania tła politycznego polskiego i zagranicznego, które było nie tylko scenerią, ale i wpłynęło na bieg zdarzeń. Opowiada o procesach, które doprowadziły do wypadków nocy listopadowej, przypomina historię ówczesnych patriotycznych spisków i opowiada o historii nocy z 29 na 30 listopada 1830 roku i jej bezpośrednich następstwach, a następnie generalne, nieco opóźnione następstwo, jakim była wojna polsko-rosyjska. Autor omawia bieg zdarzeń na froncie tej wojny, w tym m.in. Bitwę pod Olszynką Grochowską, ale także strukturę polskiego świata politycznego, zachodzące w nim procesy, waśnie, rywalizacje, walki, w tym pomiędzy stronnictwem zachowawczym (krąg Adama Czartoryskiego) a radykalnym (Towarzystwo Patriotyczne), a także rolę szczególnie istotnych jednostek  jak n.p. poszczególni wodzowie i dyktatorzy zrywu czy Maurycy Mochnacki. Znajduje także miejsce dla opisania wydarzeń krwawej nocy z 15 na 16 sierpnia 1831 roku, samosądów ludowych na osobach uznanych za zdrajców. Leśniewski pisze barwnie, zajmująco, bardzo komunikatywnie, więc jego opowieść jest bardzo dobrym wprowadzeniem w dzieje powstania dla tych, którzy jeszcze nie mają o nim wystarczającej wiedzy.

Sławomir Leśniewski – „Powstanie 1830-1831”, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2023, str. 452, ISBN 978-83-08-08107-5

O antykomunizmie i katolicyzmie

Wymowny jest już sam prowokacyjny tytuł zbioru publicystyki profesora Andrzeja Romanowskiego: „Antykomunizm, czyli upadek Polski” wydanego przez krakowską oficynę Universitas. Jak to? Przecież „antykomunistyczny” przełom 1989 roku i na antykomunizmie ufundowana III Rzeczpospolita to miał być początek odrodzenia Polski, a tu takie bluźniercze sformułowanie. Jednak Romanowski pisze bez pardonu już w krótkim wstępie odautorskim: „Upadek Polski następował od początku Trzeciej Rzeczypospolitej. Niezależnie od jej wyjątkowych, wręcz niewyobrażalnych sukcesów. Przyczyną był ideowy fundament tego państwa: solidarnościowy antykomunizm (faktycznie: łże-antykomunizm), sprzężony z politycznym katolicyzmem (faktycznie: łże-katolicyzmem). Rozumiane w ten sposób antykomunizm i katolicyzm paraliżowały odzyskane państwo od początku. Stawały się ważniejsze niż Polska. Trzecia Rzeczpospolita była najlepszym państwem w polskich dziejach. Ale była nie do utrzymania – podkopywana przez antykomunizm i katolicyzm, została skazana w kolebce. Ta sekwencja zdarzeń dopiero dziś układa się w logiczną całość. Bo dopiero dziś możemy zobaczyć, co naprawdę się stało w momencie zaprzysiężenia przez prezydenta Andrzeja Dudę sędziów-dublerów Trybunału Konstytucyjnego. Jakże łatwo, jak niemal niezauważalnie, wtedy, nocą 2/3 grudnia 2015 roku, Trzecia Rzeczpospolita przestała istnieć”.

I tę dramatycznie brzmiącą tezę Andrzej Romanowski uzasadnia w kilkudziesięciu szkicach pisanych i publikowanych na przestrzeni minionego ćwierćwiecza, zaczynając w pierwszym szkicu od zestawienia i namysłu nad triadą dat: 1791-1918-1989. Pierwsze zalążki destrukcji widział profesor w obsesji lustracyjnej, którą przed laty ostro zwalczał, wskazując na jej toksyczne działanie na organizm społeczny i państwowy Polski. „W stronę destrukcji”, „Polskie piekło”, „Cywilizacja kłamstwa”, „Kościół i Kraków”, „Szukanie równowagi” i „Miejsce pod słońcem” – tak brzmią kolejne części zbioru, analizującego odwieczny kompleks polski. Szkic po szkicu pokazuje Romanowski anatomię polskich błędów, bezdroży, nonsensów, obsesji uniemożliwiających budowę racjonalnego państwa. Pisze o IPN jako o „Instytucie Polowania Narodowego”, o „Kłamstwie i banale polityki historycznej”, o „Majsterkowiczach naszej pamięci”, by wszystkie swoje gorzkie refleksje i konkluzje spuentować zdaniami, że „wszyscy jesteśmy z PiS” (z tego motywu zapewne powstał znakomity, wydany w osobnej edycji esej profesora Romanowskiego, „Odwieczny PiS czyli historia Polski”) i że „nie jesteśmy narodem logików” ( niestety!). Lektura znakomitego zbioru przemyśleń i diagnoz Andrzeja Romanowskiego dostarcza bogatej dawki politycznej i naukowej mądrości. Nie będę wywodów Profesora streszczał, bo to ani możliwe ani celowe. Sięgnijcie po nie sami.

Andrzej Romanowski – „Antykomunizm czyli upadek Polski”, Universitas, Kraków 2019, str. 428, ISBN 978-83-242-3893-4

Esej o hegemonii pospolitości i partykularyzmu

„W scenie z filmu Jeana-Luca Godarda „Żyć własnym życiem” Brice Parain, grający rolę filozofa, przeciwstawia życiu codziennemu życie z myślą, które nazywa też życiem wyższym, Ta fundamentalna dla Zachodu hierarchia zawsze była niepewna i kwestionowana. Ale dopiero od niedawna jej przeciwnicy, tak samo jak wyznawcy, powołują się na kulturę. Słowo „kultura” ma dziś bowiem dwa znaczenia. Pierwsze głosi wyższość życia refleksyjnego, drugie tę wyższość odrzuca: czyż wszystko, począwszy od elementarnych gestów, a skończywszy na wielkich tworach ludzkiego ducha, nie jest sprawą kultury? Dlaczegoż by zatem faworyzować te ostatnie kosztem tych pierwszych, dlaczego przedkładać myślenie nad robótki na drutach, żucie betelu czy odziedziczony po przodkach zwyczaj maczania kromki chleba grubo posmarowanej masłem w porannej kawie z mlekiem? Źle się dzieje w kulturze. Pewnie, że nikt dziś nie wyciąga rewolweru na dźwięk tego słowa. Ale coraz więcej jest takich, którzy słysząc słowo „myśl”, wyciągają swoją kulturę. Niniejsza książka to opowieść o ich wzlocie i tryumfie” – tak jeszcze przed rozpoczęciem swoich eseistycznych rozważań definiuje ich istotę w formie esencjonalnej diagnozy, której nadał tytuł „W cieniu wielkiego słowa”

Esej Finkielkrauta ukazał się w oryginale w 1987 roku, czyli w czasach, gdy w Polsce problem tak zasygnalizowany jeszcze nie istniał, bo była krajem zamrożonych przez ustrój procesów cywilizacyjnych. A jeśli nawet istniał, to w formie zalążkowej. Dziś natomiast dotyka Polski w skali porównywalnej do skali Zachodu. Wchodząc do wspólnoty europejskiej inkorporowaliśmy wszystkie jej właściwości, całą jej chemię. Poza kwestią tego, czym jest dzisiejsza kultura, dlaczego kultura wyższa poległa pod naciskiem kultury popularnej i dlaczego myślenie przegrało z ruchem i behawiorem, esej Finkielkrauta tratuje o jednej jeszcze chorobie naszych czasów, powrocie nacjonalistycznego partykularyzmu, który filozof nazywa „volksgeistem” i który na całym świecie wypiera oświeceniowy uniwersalizm kulturowy. Dla zilustrowania tych dwóch przeciwstawnych biegunów i paradygmatów Finkielkraut posłużył się casusem Johanna Wolfganga Goethe. W 1771 roku odkrył on z zachwytem literaturę i sztukę specyficznie niemiecką, by przeszło pół wieku później, w roku 1827, już po przełomie oświeceniowym, zachwycić się podobieństwem kulturowym własnego „Hermana i Doroty” do pewnej chińskiej powieść z tamtej epoki. Owo strukturalne podobieństwo tak wydawałoby się odmiennych kultur, stało się dla niego dowodem dojrzenia ludzkości do uwolnienia się od narodowych partykularyzmów, powodem wiary, że „ludzkość mogła przezwyciężyć swoje rozbicie na miriady duchów lokalnych”. „Goethe oczarowany tym odkryciem, natychmiast uczynił z niego program. Skoro literatura potrafi pokonać różnice wieku, rasy, języka i kultury, to tym właśnie powinna się zająć. Ta możliwość wyznacza ideał”. Pod koniec tego samego, XIX wieku powrócił „volksgeist”, czyli nacjonalistyczna gorączka. Ten podział na partykularyzm, zamykanie się we własnej kapsule nacjonalistycznej pokrywał się – generalnie – z innym podziałem. „Według Condorceta Zło bierze się z podziału gatunku ludzkiego na dwie klasy: ludzi, którzy wierzą, i ludzi którzy rozumują”. Na polu kultury hegemonia pospolitości wyraża się w tym, o czym Finkielkraut napisał w „W cieniu wielkiego słowa”, czyli na poniżeniu Szekspira kosztem buta, szewskiego dzieła. „Chodzi już nie tylko o to, że wielka kultura jest desakralizowana i bezlitośnie sprowadzana do  poziomu codziennych gestów wykonywanych przez zwykłych ludzi, lecz o to, że sport, moda i rozrywka włamują się do wielkiej kultury. Mściwe lub masochistyczne wchłanianie kulturalnego przez kulturowe zostało dziś zastąpione swoistą radosną kontuzją, która podnosi całokształt praktyk kulturalnych do rangi wielkich dzieł ludzkości”. Nic więc dziwnego, że bohaterami masowych mediów i masowej wyobraźni nie są dziś uczeni i artyści, lecz kucharze, sportowcy i projektanci mody, słowo „emocje” powtarzane jest nieustannie, a słowo „myśl” prawie nigdy, „świat mowy zostaje zastąpiony światem wibracji i tańca”, a głupkowatość triumfuje nad myśleniem.

„Barbarzyństwo zawładnęło w końcu kulturą – konkluduje swój esej Alain Finkielkraut –  W cieniu tego wielkiego słowa rośnie nietolerancja z infantylizmem. Albo tożsamość kulturowa zamyka jednostkę w przynależności grupowej i odmawia jej pod karą zdrady stanu prawa do wątpienia, ironii, rozumu, czyli wszystkiego, co mogłoby ją oderwać o kolektywnej matrycy, albo przemysł rozrywkowy, ten płód wieku technologii, sprowadza twory umysłu do poziomu tandety (…) . I życie z myślą powoli ustępuje miejsca strasznej i żałosnej konfrontacji fanatyka i zdechlaka”.

Alain Finkielkraut – „Porażka myślenia”, przekład Maryna Ochab, Biblioteka Myśli Współczesnej, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2023, str. 134, ISBN 978-83-8196-584-2

Mity polskie – Pyjas minus

Szczerze podziwiam takich dziennikarzy-reporterów jak Cezary Łazarewicz, którzy mają cierpliwość i siły, żeby przez wiele lat – bo tyle niejednokrotnie trwa zbieranie materiału i pisanie tego rodzaju książek – drobiazgowo poświęcają czas i uwagę jednemu wydarzeniu. Co do mnie, taka koncentracja na jednym wąskim w końcu temacie, byłaby ponad moją cierpliwość. Kilka lat temu ukazała się książka Łazarewicza „Żeby nie było śladów”, o sprawie zabójstwa Grzegorza Przemyka. Tym razem Łazarewicz zajął się sprawą tajemniczej śmierci Stanisława Pyjasa, związanego z opozycją studenta krakowskiej polonistyki, którego w maju 1977 roku znaleziono martwego na klatce schodowej w jednej z kamienic przy ulicy Szewskiej w Krakowie. Podobnie jak historia Przemyka, także historia Pyjasa udokumentowana jest z benedyktyńską drobiazgowością  w wydanej nakładem „Czytelnika” książce „Na Szewskiej”. Uznanie dla profesjonalizmu Łazarewicza nie zmienia faktu, że z ukazanej przez niego historii Pyjasa, jego środowiska i wszystkich podejrzeń związanych ze ta śmiercią ( z podejrzeniem o dokonanie jego zabójstwa przez SB na czele) wynika, że mit śmierci Pyjasa okazuje się pusty, nie ma bowiem żadnych dowodów, że za jego zgonem była Służba Bezpieczeństwa. Nieskazitelnie rzetelny i drobiazgowo skrupulatny reporter historyczny, sympatyzujący przy tym z dawną opozycją i tradycja solidarnościowo-antykomunistyczną, jakim stał się Łazarewicz, nie odnalazł żadnych dowodów na zbrodnię SB i wygląda na to, że Pyjas po prostu „zabił się po pijaku”. To podważenie jednego z „mitów założycielskich demokratycznej opozycji”, mitu, którego czołowym współautorem jest m.in. Bronisław Wildstein. Dlatego gdy czytam pomieszczony na ostatniej stronie okładki poświęcony lekturze tej książki wpis Marcina Mellera: „Czytałem ze ściśniętym sercem i wypiekami na twarzy. Pod piórem Łazarewicza jeden z mitów założycielskich współczesnej Polski stał się niesamowitą epicka historią o przyjaźni, zdradzie, młodości, śmierci, pragnieniu wolności i przeznaczeniu”, to mam wrażenie, że Meller nie zrozumiał tego, co przeczytał. Przecież właśnie Łazarewicz ów „jeden z mitów założycielskich” zakwestionował. Warto o tym pamiętać, gdy myśli się o innych warstwach owej solidarnościowo-opozycyjnej mitologii. Kto wie, czy także w innych punktach nie jest ona równie skłamana. Warto też być może pomyśleć o zmianie treści tablicy pamiątkowej, która widnieje na fasadzie kamienicy, w której znaleziono martwego Pyjasa. Bo tylko prawda jest ciekawa – jak napisał kiedyś guru radykalnej prawicy antykomunistycznej, Józef Mackiewicz

Cezary Łazarewicz – „Na Szewskiej. Sprawa Stanisława Pyjasa”, Czytelnik, Warszawa 2023, str. 412, ISBN 978-83-07-03558-1

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko