Oto mam przed sobą zbiór wierszy świętych. Nie dlatego, że nawiązują do dni świętych takich jak popielcowe posypanie głowy popiołem, Triduum Paschalne, ani też do wydarzeń ostatecznych jak Zmartwychwstanie czy Paruzja tj ponowne przyjście Chrystusa, mające wedle Apokalipsy poprzedzić koniec świata i Sąd Ostateczny, u proroka Sofoniasza generalna zagłada [Sof 1,18]. Ale też – niejako tytułem paradoksu – Obecność boża, zwana też ezoterycznie Szekiną, esencja słodyczy. Owszem, padają te nazwy, poeta nie odmawia im miejsca. Bo skoro są w naszej mowie, skoro istnienie samo przez się jest i darem, jakimś niezasłużonym, nieopisywalnym, to wszystko właściwie, co istnieje, fizykalnie lub metafizycznie, przedstawia sobą cudowność.
Chcę przez to powiedzieć, że taka wieloznaczna Paruzja albo rozmowa Marii Magdaleny z Niewiernym Tomaszem, albo wspomniany dopiero co Popielec w wierszach Karabowicza odzyskują autonomię i wymiary, z których odarła je papierowa czy też akademicka teologia: powróciły do łona rzeczy doznawanych zmysłowo, a tym samym tak oczywistych, tak bezspornych, jak to, że koło jest okrągłe a wilka ciągnie do lasu. Obecność… Kto ma uszy do słyszenia… – padło w jednej z Ewangelii, a te słowa wskazują na zwyczajny zmysł słuchu, dosłownie, a wyczuwalna metaforyczność mówi o zmysłach w ogóle. O otwarciu percepcji. Tak, jak gdyby drożność, wrażliwość zmysłów była ową tylekroć powtarzaną nam, nakazywaną, czystością ciała. Czyste ucho – słyszące ucho. Czyste oko – widzące oko. Czyste dłonie – bo nie walają się w brudzie i nie deformują, nie dezorganizują tego, co ujęły, lecz wszystkiemumpozwalają być sobą. Właśnie! Czucie sakralności węchem, dotykiem, smakiem. Stąd w tym skromniutkim objętościowo zbiorze wierszy odnajdziemy potrawy, miód zwłaszcza, prastary rytualny składnik posiłków i napojów na cześć tego, że oto dzieje się ze światem właśnie teraz coś, co jest ekstatyczne. Co przenika cieleśnie – na niebie betlejemskim, na Taborze, na Golgocie, w Getsemani i cmentarnych ogrodach Cedronu, wydobywa z oczu łza, z piersi szloch albo też błogość Panie, dobrze nam tu.
U Karabowicza krajobraz wszakże leśny, zwierzęcy. Są klony, wiśnie, jest prastary bór. Są wilki (całe stada), ryczące jelenie (ich ryk zdaje się jak modlitwa poranna – czyżby Kiedy ranne wstają zorze, Tobie śpiewa żywioł wszelki?), wiewiórki, roje pszczele, stada ptaków, dudki, błogosławione czemuś czajki, żurawie, sikorki, ryby w topieli wiosny, sporo śniegu, wielkie nad głową niebo – szarość częsta niebios wybłyskuje jednak gwiazdami, księżycami, oszałamia upałem, pluchą jesienną i śnieżycą. Takie niebiosa też czuje się zmysłowo. Blisko siebie. Obmywają, oklepują dotykiem. Jeśli napomyka Karabowicz o mieście to… jego skojarzeniem jest otwarta paszcza wieloryba. W biblijnej poświacie (a i gawęd cadyków) stanąłby w tej paszczy – być może uśmiechniętej? pobożnie, promiennie? – Jonasz jak prefiguracja Zbawiciela, śmiesznie wypluwanego na pustkowiu blisko symbolicznej Niniwy. Owszem, tylko oksymoronami dać można jakiś posmak tego, co wydaje się głucho niedostępne ludziom współczesności. Lecz sama nazwa Niniwa przypomina, że w każdej epoce dziejów ludzkich stało się przed alternatywami: zbrodnicze miejskie molochy albo potworność kosmosu, niby opanowanego cywilizacyjnie jak rejs handlowego statku po morzu, a przecież kosmos ten ujawnia raptem swoje prastare potencjały, swoją lewiataniczność. Po czym skrapla się w znowu genialnej elipsie Karabowicza, kiedy to przydrożny krzyż się… uśmiecha.
Mitologiczny uśmiech – mówi Karabowicz. Mówi, bo tak właśnie poczuł, tę pogodę ducha, tę Bożą radość istnienia, tę prostą mądrość chrześcijaństwa, że życie nie polega na wyłącznie łatwych i przyjemnych zdarzeniach, a każde potrafi zaskoczyć odwracając się jak kot ogonem. Bezkresy zamienić w zasieki, wiecznotrwałość w ułamek sekundy, prastare dęby w deski lub kołek w płocie. Poeta czuje tę wyczuwalną swojej ziemi graniczność, i – takie mam wrażenie – łączy ją z granicznością życia w ogóle. Własnego też. Ludzie nagle zdają się jak meteory przecinające noc. I fascynują ci ludzie naprawdę jak meteor długo, długo migający. Na tych przedpolach ciemnego lasu wojna to, w genialnej frazie Karabowicza, nagość. Co krok zresztą pada takie ekstatycznie proste skojarzenie w tej poezji. Śmierć wtulona w bruzdy ziemi jak w poduszkę – jak gdyby ziemia była posłaniem, miejscem ekstatycznych zbliżeń i rozstań, snu i jego świadomości odmiennej. Bez, podkreślę to, literackiego celu, bo tu, u Karabowicza, poezja to właśnie ucho i oko, a nie żaden instrument perswazji czy też agitacji. Bo nic się nie dzieje oprócz wieczności. Pewnych spraw nie da się wyrazić inaczej, jak rytmem, oddechem, połączeniem ukoronowania Anastasis, tego najbardziej tajemniczego czasu Trzech Dni, z doznaniem
szybowania ku gwiazdom
lub patrzenia łapczywie na nogi dziewczyn
i jego wewnętrzny Niewierny Tomasz (który dotknął, który dotykowo uwierzył w to coś, na co burzy się wysuszona racjonalność), kieruje uwagę najpierw niejako – na gołe piersi Marii Magdaleny. Ona musiała być naga w tym momencie, w tym stanie. Objawienie to nagość. Wzajemna. Obnaża się któraś z zagadek bytu, kosmosu, wiary przed nami – tak jak Maria Magdalena wobec niej. I też mogłoby, jak Tomasz dotykiem poznający, rzec: pożądliwie patrzeć na ciebie! Choć, zupełnie jednocześnie, Karabowicz uwalnia jakiś nakaz bardzo uniwersalny:
strzeżcie poezji gdziekolwiek jesteście
obnażeni z szat
gdzie „poezją” jest tylko rozpoznawanie rytmu prawdy; tego, że prawda ma swój rytm – może wręcz przypływy i odpływy, jak ocean. Sztuka wszelka to jakby tylko dar dostrzegania tych subtelnych sygnałów, odszukania odpowiednich instrumentów albo – tam gdzie obrazy – tła, na jakim treść się jaśniej ukazuje. Albo zmienia. Ciało martwe, dla przykładu, odkrywane w kwiatach albo w brudnej kałuży. Krew – na śniegu albo na komunikancie, albo w cyborium, gdzie było dotąd wino. I powstaje coś zupełnie innego. Czasem oszałamia, opętuje wręcz naturą tej Inności.
Ech, w tym borze ze spłachciami śniegu, ze śladami opon i sań, poeta pokazuje coś budzącego głód w czytelniku – i pragnienie wnikania w te krótkie, urywkowe, nieozdobne, pełne mimowiednej erotyki wersy.
Gdy kończy się lektura, to owo Coś się urywa i aż żal.
© Tadeusz Karabowicz, ŚLADY NIESPODZIWANE NA PRZEŁAJ, Opracowanie redakcyjne i graficzne Filip Wrocławski, Wstęp Urszula M. Benka, Wydawnictwo Pisarze.pl rok 2024, ISBN 978-83-63143-90-0, stron 30.






