Rekomendacje książkowe Krzysztofa Lubczyńskiego

0
90

Między „ciszą kosmosu” a „cierpkim zapachem niedojrzałych jabłek”. O klasyczności poezji Bohdana Wrocławskiego

Już przed lekturą tomu „Wierszy wybranych” Bohdana Wrocławskiego odczuwałem z kilku powodów konfuzję. Po pierwsze, mam zaszczyt od kilkunastu lat osobiście znać Poetę, na tyle na ile oczywiście w ogóle można „znać” drugiego człowieka. Znam Poetę z Jego Ogromnych Walorów i Talentów oraz z minimalnych, właściwie kosmetycznych do tego stopnia, że niemal niezauważalnych, wad, na które można machnąć ręką. Zaświadczam o tym także jako jeden z autorów publikujących w redagowanym przez Niego e-dwutygodniku pisarze. pl. Ów fakt osobistej znajomości i współpracy sprawia, że zarówno każda uwaga aprobatywna jak i krytyczna o Jego tomie poetyckim mogłaby być poczytana za jakiś odczyn wspomnianej relacji osobistej. Po drugie, nie jestem znawcą poezji. O ile wieloletnie doświadczenie czytelnicze z niewielkim może dodatkiem „iskry bożej”, pozwala mi nieźle chyba rozeznawać się w prozie literackiej, w której siedzę po uszy jako czytelnik, o tyle nie mogę tego samego powiedzieć o moim rozeznaniu w poezji (co nie znaczy że jestem w tej domenie kompletnym analfabetą, aż tak się samobiczować nie muszę). Nie dysponuję zwyczajnie stosownym aparatem krytycznym służącym jej badaniu i ocenie. Brak mi analogicznych jak w przypadku prozy, narzędzi do rozpoznawania jej wartości, analizowania i opisywania. Tu trzeba by nie mnie, lecz, dajmy na to, takich wybitnych znawców poezji jak Piotr Śliwiński czy nieżyjący już Jacek Łukasiewicz lub Andrzej Krzysztof Waśkiewicz albo jakiegoś poety, kolegi po poetyckich zatrudnieniach Poety, o którym tu mowa. W tej krytycznej – nomen omen – sytuacji, w jakiej się znalazłem, nie mając możliwości zdania się na własną uczoność w tej mierze, nie miałem innego  wyjścia jak zdać się na własną intuicję i wrażliwość. Pomyślałem sobie jednak, by się wewnętrznie pocieszyć, że intuicja i wrażliwość nie są w końcu wcale tak mało wartościowymi kryteriami akurat w percepcji poezji. A poza wszystkim, przecież jestem świadom, że nie mam do czynienia z debiutantem, lecz z Poetą, który dawno już znalazł swoje trwałe miejsce w historii polskiej poezji, co można sprawdzić w źródłach piśmiennych, choćby w „Agonii i nadziei”, dziejach prozy i poezji polskiej po 1918 roku Piotra Kuncewicza. Wyposażywszy siebie samego w  te instrumenta, przystąpiłem do lektury „Wierszy wybranych” Bohdana Wrocławskiego. Wszystkich, którzy przeczytają te słowa proszę  wybaczenie niefachowości tego mojego pisania o tej Poezji. Będę niefachowy, ale autentycznie szczery i wrażliwy jako czytelnik. Na to mnie stać.

Zajrzałem najpierw do spisu treści i od razu wypatrzyłem kilka tytułów związanych z miejscem bliskim Poecie, ale i mnie, od lat kilkunastu, czyli  z Kątami Rybackimi i Zalewem Wiślanym. Oparłem się jednak pokusie rozpoczęcia lektury tomu od tych akurat wierszy, by nie ryzykować wejścia od razu w stany wrażeń zbyt osobistych, a przez to mogących zmącić odczucie tej poezji w szerszym jej aspekcie. Zacząłem więc lekturę „po bożemu”, od początku, od pierwszego utworu, „Il Silenzio – Studium w szarości” i …. znalazłem się się jakby w moim własnym świecie, jakby to był wiersz – wybaczcie odrobinę nieskromności – w niektórych rejestrach także o mnie, od pierwszych już wersów („Mężczyzna siedzi przy stole/książki na parapecie przysłaniają mu światło”). Znajduję w nim też to, co w poezji bardzo cenię i lubię – refleksy wielkiej kultury, która dla niektórych, takich jak Autor „Il Silenzio”, jest nie odświętnością, lecz chlebem powszednim. Bo jest w tym utworze i wiersz Roberta Lovella, i tytułowa, muzyczna „Il Silenzio” Melisse Veneme i Norwid w Domu Świętego Kazimierza, pierwsze miejsce, w którym znalazłem się na krotko podczas pierwszego pobytu w Paryżu w sierpniu 1981 roku i z którym wiążą się bardzo ważne dla mnie wspomnieniowe asocjacje (przepraszam za osobisty wtręt, ale jak napisałem wyżej, poezję czyta się nieuchronnie przez filtr własnej jaźni i czucia).  I dopiero po wchłonięciu tych pierwszych wrażeń przyjrzałem się konstrukcji i poetyckiej substancji tego wiersza. Charakteryzuje go swoisty monumentalizm, nieco hieratyczna, majestatyczna kadencja i melancholia, biorąca się z eschatologicznych autorefleksji. Ten wiersz mnie autentycznie przejął, a przecież, choć jestem czytelnikiem zachłannym, to uczuciowo wrażliwym bez nadmiaru. A poza tym, co w tym wierszu uderza, to kunsztowność jego klasycznej formy, kunsztowność, w której spaja się w jedno świadome nawiązanie do najlepszej tradycji poetyckiej z nowoczesnością i indywidualną formą, wolną od bezpośredniego „naśladowania”. Chciałbym go tu zacytować w całości, ale pozostaje mi odesłać do jego lektury. Albo „Zdjęcie z autografem”, w którym z radością znalazłem Amerykę mojej, młodzieńczej jeszcze wyobraźni, gdzie jest i „Apollo Theater w nowojorskim Harlemie”, i „Ella Fitzgerald and Her Famous Orchestra”, i Chick Webb, i Newport News, i Beverly Hills. Ameryka przez Poetę wyobrażona, nie poznana z autopsji, tak jak i moja Ameryka. I nagle ten przeskok w miejsce nie wyobrażone, ale własne, realne na bałtycki klif. I o odczucie także mi jest bliskie. W kolejnym utworze, w „Ostatnim liście Pliniusza Młodszego”, znów świat klasyczny („Mój drogi Tacycie…), gdzie Akropol, Odys, Agamemnon, „popioły Pompei i Herculanum”, Forum Romanum, te monumentalizmy skonfrontowane z pospolitością „kwaśnego potu oblepiającego ramiona ćwiczących legionistów”, zza którego za chwilę wyłania się „róg siedemdziesiątej drugiej ulicy Nowego Yorku i paryski  Montmartre”. Poeta zaprasza Tacyta do „kanału grzewczego na ulicach Warszawy”, w okolice „popiołów żerańskiego Wezuwiusza”. Lubię takie przerzutnie, bo dają poczucie uniwersalizmu doświadczeń człowieka i tego, że poetycka pieśń jest „arką przymierza między dawnymi a nowymi laty”, tak jak „przymierze” między „ciszą kosmosu” a „piciem wina o cierpkim zapachu niedojrzałych jabłek”. Tych motywów kulturowych jest w tomie wiele, jest Joseph Conrad, Dzielnica Łacińska, powracający Norwid z cmentarza Ivry, „Gierymski zamknięty W ciasnym mroku Powiśla”, Immanuel Kant, Tomasz Morus, Wolter, Troja, poezja Audena, i Allen Ginsberg (jeden z ulubionych poetów mojej młodości, jego poemat „Ameryka”) „pijący wino z Jankiem Himilsbachem”, i Anna Karenina, i Józef K., i Marcel Proust („Leżę w połatanym hamaku i rozmawiam z Proustem” – jakże to również „moje”, także, choćby, w scenerii Kątów Rybackich!).

Mógłbym tak dialogować z wierszami Wrocławskiego, dialogować na piśmie, bo te wiersze mają adresata, wbrew brzmieniu tytułu wiersza „List, który nie ma adresata”. Pewnie mają niejednego adresata, ale ja mogę mówić tylko za siebie. Czas jednak na rekapitulację. Poezja Wrocławskiego jest jednocześnie pełna uniwersalnego rozmachu i osadzona w lokalności, osobista i otwarta na barwy, kształty rozległego świata, na płynące z niego impulsy, klasyczna, ale nie obawiająca się szczypty kolokwialności i doraźności, mądra i myśląca, ale nie cofająca się przed chwilami sentymentu. To wszystko jest w tj poezji harmonijnie, naturalnie spojone, wolne od jakiejkolwiek sztuczności czy pozy. Czuje się ludzką, egzystencjalną skromność Poety, odwrotnie proporcjonalna do talentu. Jeśli kilka razy można natrafić na tematykę polityczną, to zmetaforyzowaną jak w wierszu „Pamięci Allena Ginsberga” czy w „Cyrografie Milczenie”, gdzie znajduję sugestywną, ostrą, błyskotliwą metaforę („Zapach Putramentu Borejsz Grossmanów atakuje kupionymi pryszczatymi łebkami o proletariackim wyglądzie zaszczutych głodomorów”).

Wraca do mnie jednak ciągle ten finezyjny klasycyzm tych wierszy, zarówno tematyczny, związany z kulturową tradycją śródziemnomorza, jak i formalny, osadzony w kunszcie wersyfikacji. Kończę więc cytatem kilku wersów z wiersza „Archeologia”, jednego z moich ulubionych w tym tomie, także dlatego że frapującego niejednoznacznością, tajemnicą, która też należy do esencji poezji Bohdana Wrocławskiego: „Zastanawia mnie/łaźnia, w której płynęło ciało Agamemnona/wielkie jak wyrzucona na brzegu Sycylii ryba/

zmaltretowane czoło Jonasza”.

Zaprzyjaźniłem się z tą naprawdę znakomitą poezją chyba na dobre.

Bohdan Wrocławski – „Wiersze wybrane”, Wydawnictwo pisarze.pl, Warszawa 2022, str. 317, ISBN 978-83-63143-86-2

NASZ przyjaciel król

Wypada tylko przyklasnąć temu, że Wydawnictwo MG wydało „Mojego przyjaciela króla” Józefa Hena, blisko dwie dekady (2004) po edycji „Iskier”, bo to świetna proza. Być może zbieżność czasowa tej edycji z setną rocznicą urodzin pisarza (rocznik 1923), która przypadnie na listopad bieżącego roku jest przypadkowa, niemniej akurat edycja akurat „Mojego przyjaciela” trafia w tę rocznicę jak w „dziesiątkę na tarczy”. Użyłem w stosunku do tego tomu określenia „opowieść” a nie „powieść”, bo choć rozróżnienie między tymi dwoma podgatunkami prozy może wydać się niektórym niewystarczająco ostre, wyraźne, to na pewno jest w tym przypadku zasadne. Akcja dzieła nie jest bowiem prowadzona przez zewnętrznego narratora-pisarza, lecz przez tytułowego „przyjaciela króla”, Francuza Gastona Fabre. Czyni to narrację bardziej „naturalną”, bliższą psychologicznej prawdy, a jednocześnie wyzwala ją z nieco „usztuczniającej” perspektywy narratora „wszechwiedzącego”, a partie dialogowe stosuje w dawce minimum. Aliści nie wypada zapominać, że skrytym porte parole Fabre’a jest tak naprawdę (takie jest moje subiektywne przekonanie, a co najmniej hipoteza) sam wybitny autor „Mojego przyjaciela króla”. I to właśnie nade wszystko sprawia, że dla każdego czytelnika tej opowieści, nawet takiego, który na wyrywki zna biografię króla Stanisława Augusta i dzieje jego epoki, jest ona tak atrakcyjna w lekturze. Intymna perspektywa i kunszt pisarski stwarzają rodzaj fascynującej czytelniczej iluzji, że my także poruszamy się w ślad za królem, towarzyszami królewskiej jego egzystencji, statystami sceny politycznej, rozmówcami, kochankami i wrogami. Ten „Stanislaus Augustus Rex”, jak brzmi treść jego monarszego herbu czy kartusza, jawi się w opowieści Hena jak postać bliska, niemal osobiście nam znana, choć uniknął pisarz perspektyw „kamerdynerskiej” czyli postrzegania monarchy przez pryzmat sypialni, z „perspektywy nocnika”, czy widoku nocnej bielizny i rannych pantofli. Zbyt bowiem szanuje i lubi Hen tego króla wielkiej inteligencji, rozumu, wiedzy oraz dużej (wbrew niektórym pozorom) szlachetności i godności osobistej, choć niewielkiej „władczości” i wojowniczości.

Gdy już poznamy królewskie losy z opowieści o „Moim przyjacielu królu”, Józef Hen zaprasza nas na krótką wędrówkę po literaturze, która inspirowała i wspomagała go przy pisaniu opowieści. To z jednej strony wielkoduszny gest pisarza, który przecież mógł ten aspekt pominąć, opierając się na argumencie związanym z zasadą „licentia poetica”, jaki ma zastosowania do prozy literackiej. Z drugiej strony to także solidna garść tropów dla tych, którzy z opowieści o „Moim przyjacielu królu” wyjdą z apetytem na poszerzenie wiedzy o ostatnim królu Polski.

Józef Hen – „Mój przyjaciel król”, Wydawnictwo MG, Warszawa 2022, str. 576, ISBN: 978-83-7779-787-7

Nic z tych rzeczy, czyli „ześlizgi” pewnego Szwajcara

Franza Hohlera koniecznie trzeba przedstawić, jako że nie jest to pisarz powszechnie znany, tym bardziej w Polsce. Urodzony w 1943 roku Szwajcar, mieszkający w Zurychu, „od półwiecza, z niesłabnącą werwą i powodzeniem bawi publiczność – napisała w posłowiu Małgorzata Łukasiewicz – jako autor, a zarazem wykonawca rozrywkowych i satyrycznych programów na estradach kabaretowych, w radiu i telewizji. „Hohler lubi małe formy prozatorskie, jego opowiastki rzadko przekraczają parę stron. Najkrótsza – tytułowy „Wielki karzeł” – ogranicza się do jednego zdania złożonego z dziewięciu słów. Ze zwięzłością idzie w parze prostota komunikatu. Narracja zaczepia się o byle co, o pierwszy lepszy przedmiot z powszedniego otoczenia, i raz-dwa składa się w łatwą do ogarnięcia opowieść. Fabuła zredukowana jest do modelu, szkieletu, do minimum niezbędnego, by w ogóle dało się mówić o „historii”. Opowiadania Hohlera są de facto humoreskami z krainy purnonsensu, a istota ich komizmu polega na mechanizmie „ześlizgu”, „przejścia”, „odskoku”. Dokonują się one, nagle, na linii od rzeczywistości realnej i banalnej, do fantastycznej. Przy czym, co jest kluczowe dla „biotopu” tego rodzaju humoru, ów „ześlizg”, „przejście”, „odskok” dokonuje się jakby niepostrzeżenie, dyskretnie, płynnie, mimochodem, niby naturalnie. To nie jest przejście od realnej banalności do fantazji „na trzy-cztery”, lecz w sposób przez moment niemal niezauważalny, jakby chodziło o wzięcie do ręki kromki chleba czy sięgnięcie po filiżankę. „Narracja nie tłumaczy się ze swoich wybryków, nie dziwi się samej sobie i nie sugeruje nam, że wypadałoby w tym miejscu obruszyć się albo podskoczyć ze zdumienia. Nie, nie, nic z tych rzeczy, granitowy głaz z parku po prostu wybrał się do kina, zwykła normalna sprawa i nie ma z czego robić afery” – zauważa w posłowiu Małgorzata Łukasiewicz. Hohler „bezszelestnie faszeruje zwyczajność nadzwyczajnościami, niejako odwraca naszą uwagę, usypia naszą czujność, upewnia że wszystko toczy się zwykłym, dobrze znanym trybem” (…) nawet granitowy głaz musi długo oszczędzać na bilet do kina” (…) głaz stoi znowu na swoim miejscu w parku, ale wciąż chichocze ubawiony kinowym przeżyciem”, a sterta nawozu „wybierając się z wizytą, nie zapomina o należnym bukiecie kwiatów”. Wszystko to jest neutralne i niewinne, choć od czasu do czasu z abstrakcyjnego absurdu Hohlera wyłaniają się kolce społecznej satyry, momentami z okruchami parodii literackiej. „Literatura, jeśli już raz zacznie się śmiać, lubi ponaśmiewać się z samej siebie” – puentuje posłowie Małgorzata Łukasiewicz. A czy coś z tym wszystkim ma wspólnego Szwajcaria, poza tym, że mieszka w niej Hohler? No cóż, nie na darmo to w Szwajcarii, a konkretnie w Zurychu, narodził się dadaizm i surrealizm.

Franz Hohler – „Wielki karzeł i inne opowiadania”, przekład i posłowie Małgorzata Łukasiewicz, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2023, str. 109, ISBN 978-83-8196-519-4

Kultura i pamięć JMR

Niedługo po śmierci Jarosława Marka Rymkiewicza otrzymaliśmy analizę jego prozy i poezji autorstwa Anny Rzymskiej. W przestrzeni prozy podjęła dialog z jego wielkimi historycznymi esejami („Wielki książę. Z dodaniem rozważań o istocie i przymiotach ducha polskiego”, „Rozmowy polskie latem roku1983”, „Umschlagplatz”, „Wieszanie”, „Kinderszenen”, „Samuel Zborowski”, „Reytan. Upadek Polski”). W przypadku trzech pierwszych Rzymska uwypukla ich wspólny mianownik, który widzi w ujmowaniu polskości na styku z innymi kulturami, kolejno: rosyjskiej, litewskiej i żydowskiej. Pierwsza relacja naznaczona jest resentymentem i idiosynkrazją, druga – sentymentem, nostalgią za przeszłością dawnej Rzeczypospolitej Obojga Narodów, trzecia – bólem rany niezabliźnionej, ale też zanieczyszczonej rany.  W rozdziale o „wybuchach polskiego gniewu” widzi „Wieszanie” jako rzecz o „groteskowej rewolucji”, a „Kinderszenen”, rzecz o powstaniu warszawskim widzianym jako theatrum mundi.

Warto zwrócić uwagę na użyty przez autorkę przymiotnik „groteskowa”. Jego sens wykracza w tym wypadku poza potoczne rozumienie groteski wyłącznie jako odmiany komizmu. Rzymska sięga tu bowiem po rudymentarne, definicyjne znaczenie tego określenia. „Groteskę charakteryzuje jednoczesność występowania różnych elementów i ostry konflikt elementów przeciwstawnych: tragizmu i komizmu, fantastyki i realizmu, wzniosłości i przyziemności, piękna i brzydoty, rozpaczy i błazeństwa. Pojawiają się w niej „świat na opak”, absurd, który kwestionuje porządek świata przedstawionego. Jeśli groteskowa wizja świata dotyczy całości przedstawienia, wówczas wyraża ona rozpad jakiegoś porządku i groźbę totalnej katastrofy. Właśnie z czymś takim mamy do czynienia w eseju Rymkiewicza: z katastrofą, rozpadem, kawałkami, które do siebie nie pasują”. To rzeczywistość przesiąknięta też karykaturą i parodią, choćby w wizerunku polskiego jakobina, księdza Józefa Mejera. Z kolei w „Kinderszenen” widzi powstanie jako „theatrum mundi”, widowisko, od zdumiewającej, ogromnej kurtyny, którą Niemcy mieli zawiesić na Krakowskim Przedmieściu nieopodal kościoła świętej Anny, po „triumfalne”, radosne widowisko przejazdu zdobytego przez powstańców wehikułu ulicą Kilińskiego zakończone wybuchem i krwawą masakrą zgromadzonych gapiów.

„Wolności osobowej” poświęcony jest rozdział oparty na egzegezie „Samuela Zborowskiego” i „Reytana. Upadku Polski”. Dwie tytułowe postacie potraktował Rymkiewicz jako egzemplifikacje polskiego, genetycznego instynktu wolności i duchowego losu Polski. W poświęconym poezji Rymkiewicza rozdziale „Wszystko powraca”, sens „powrotu” ogniskuje się w dwóch aspektach: po pierwsze w stale, obsesyjnie powracających we wszystkich jego tomach poetyckich motywach, figurach, metaforach, n.p. groteskowej barokowej figury śmierci, jakby rodem z poezji księdza Józefa Baki, po drugie, na niustającej wędrówce, krążeniu a więc i stałych powrotach dusz drogą metempsychozy i krążeniu kół, poruszających się po kolistym torze,  w rytmie błędnego koła. Zasygnalizowałem jedynie nieliczne wybrane wątki drobiazgowego, ale zarazem bardzo klarownego i pięknie napisanego studium.

W zakończeniu Rzymska definiuje Rymkiewicza jako poetę kultury, jako że jest ona motywami kultury, m.in. śródziemnomorskiej, ale także polskiej kultury romantycznej przepełniona po brzegi.  Z kulturą zaś nieodłącznie  spojona jest pamięć. Ta „powracająca pamięć”, która tworzy tytuł studium Anny Rzymskiej.

Anna Rzymska – „Powracająca pamięć. O prozie i poezji Jarosława Marka Rymkiewicza”, Instytut Pamięci Narodowej, Warszawa 2022, str. 488, ISBN 978-83-8229-631-0

Krwawy „teatr” warszawskich egzekucji 1943-1944

Bibliografia publikacji historycznych poświęconych niemieckiemu terrorowi w okupowanej Polsce jest bardzo bogata, a znacząca ich część, zarówno w formie książkowej jak i prasowej powstała na przełomie lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych i w latach sześćdziesiątych, w których nastąpił wysyp tytułów poświęconych tej tematyce w ramach powojennego odreagowania. Z lat późniejszych warto przywołać, z szerokiej palety wydanych tytułów, n.p. „Okupowanej Warszawy dzień powszedni” Tomasza Szaroty. Główną formą niemieckiego terroru w Warszawie od jesieni 1943 do zimy 1944 roku były publiczne, zbiorowe egzekucje (na ogół przez rozstrzelanie) dokonywane na ulicach miasta, egzekucje których upamiętnieniem są tzw. tablice Tchorka rozsiane w różnych częściach miasta, w przeważającym zakresie w Śródmieściu, w tym m.in. w Alejach Jerozolimskich, Alejach Ujazdowskich, Marszałkowskiej czy Nowym Świecie. Czym jednak wyróżnia się publikacja Pawła M. Mrowińskiego? Czym odróżnia się od wspomnianych wyżej? „Paweł Mrowiński nie tylko przypomina wstrząsające przykłady niemieckiego terroru, lecz także zwraca uwagę na to, że – by silniej oddziaływać na społeczeństwo polskie – Niemcy poszczególne elementy egzekucji reżyserowali w taki sposób, aby osiągnąć efekt swoistej teatralizacji. Przemieniając je w przerażające spektakle, zamierzali zniechęcić Polaków do oporu i wspierania Polskiego Państwa Podziemnego. Analizująć tę kwestię autor czerpie z dorobku zarówno nauk historycznych, jak i teatrologii oraz studiów performatywnych. Przypominając codzienny terror niemiecki, z którym mierzyli się mieszkańcy Warszawy, zachęca nas do spojrzenia na niego z nowej perspektywy i umieszczenia go w szerszym kontekście dziejów publicznych egzekucji. Mrowiński nie poprzestaje na analizie samych zbrodni, ale zwraca także uwagę na reakcje społeczeństwa i podziemia. Przygląda się również pamięci indywidualnej i zbiorowej o nich”. Opisując rytuały przygotowań do egzekucji, ich scenerię, przebieg i następstwa, Mrowiński odwołał się do takich teoretyków teatru jak Samuel Weber, który zajmował się pojęciem „teatru” w jego szerszym znaczeniu niż tylko stricte teatrologiczne, lecz także jako „przestrzenią działalności w ogóle”. N. p. w pojęciu „teatru działań wojennych” mieściło się zastraszanie wroga jako istotny element operacji wojskowej. Jako narzędzie analizy i interpretacji posłużyła też Mrowińskiemu myśl teoretyków performansu, Richarda Schechnera i Dariusza Kosińskiego. Performans (oznaczający generalnie publiczne „dzianie się”), to pojęcie wieloznaczne, płynne i nieprecyzyjne, ale w poczynaniach terrorystycznych Niemców  były znamiona, które pozwalają zaliczyć je do tej kategorii. Trzeci z przywołanych tu badaczy, teatrolog Zbigniew Raszewski koncentrował się na zachowaniach widowni teatralnej, a przecież zachowanie warszawiaków w miejscach egzekucji, modły, palenie świec, zbieranie krwi, przekleństwa, tworzyło drugi obok niemieckiego aspekt egzekucyjnego performansu. Swoje studium dotyczące warszawskiego kontekstu okupacyjnego Mrowiński umieścił na tle rytuałów egzekucji na przestrzeni historii powszechnej narodów. Lektura tego studium przynosi mocne wrażenia i momentami wywołuje uczucie mrowienia na plecach.

Paweł M. Mrowiński – „Egzekucje publiczne w okupowanej Warszawie. Ujęcie performatywne”, Instytut Pileckiego, Warszawa 2022, str. 352, ISBN 978-83-66340-96-1

Niekończąca się historia. Piekło kobiet PL

Na przestrzeni dwóch dekad to kolejna już książka poświęcona kwestii prawa, a raczej braku prawa do aborcji w Polsce, odebranego polskim  obywatelkom ustawą ze stycznia 1993 roku i czyniącym nasz kraj ponurym skansenem w Unii Europejskiej. Wcześniej powstały: „Świat bez kobiet” Agnieszki Graff (2001), „Milczenie owieczek: rzecz o aborcji” Kazimiery Szczuki (2004), później „Krucjata polska” Agaty Diduszko-Zyglewskiej (2019), „To jest wojna. Kobiety, fundamentaliści i nowe średniowiecze” Klementyny Suchanow (2020), a ostatnio także „Aborcja jest” Katarzyny Wężyk (2021). Nie jestem oczywiście pewien, czy wymieniłem tytuły wszystkich publikacji książkowych o charakterze publicystycznym poświęconych tej tematyce. Na pewno powstało też sporo bardziej niszowych opracowań naukowych, broszur wydanych przez rozmaite stowarzyszenia działające na rzecz praw kobiet. Niedawno ukazało się też drugie wydanie, po dwudziestu latach, poświęconej tej kwestii prozy Marty Dzido „Ślad po mamie”. Poza tym oczywiście ogromna jest już bibliografia powstałych na przestrzeni ponad trzydziestu już lat tekstów prasowych poświęconych problematyce aborcji, komentatorskich, reporterskich, wywiadów, etc.

W swoim „Piekle kobiet PL”, tytułem frazeologicznie nawiązującym do słynnego „Piekła kobiet” Tadeusza Boya-Żeleńskiego, Daria Górka mniej miejsca poświęciła zagadnieniom prawnym i politycznym, a skoncentrowała się na losach kobiet, które stały się ofiarami zarówno osławionej ustawy z 1993 roku (tzw. „kompromisu”), ale przede wszystkim tym, które padły ofiarami haniebnego wyroku „Trybunału Konstytucyjnego” z października 2020 roku, który zlikwidował prawo do aborcji płodów nieuleczalnie chorych. Górka rozpoczęła od nawiązań do „Czarnego Poniedziałku” 3 października 2016 roku, powróciła do głośnej sprawy ofiary fundamentalizmu ginekologa Chazana, ale także do wyroku TK, roku, zajęła się zagadnieniami genetycznymi wywołującymi nieodwracalne wady płodu, praktyką dostępu do aborcji w kraju (radykalnie ograniczonym) i za granicą (będącym jedynym ratunkiem dla wielu kobiet), a także śmiertelnym przypadkiem Izabeli z Pszczyny. Część druga książki Darii Górki poświęcona jest głosom ekspertów z zakresie psychologii macierzyństwa, prawa, medycyny. Zajmuje się „efektem mrożącym” ustawy będącej skutkiem wyroku TK, postawami lekarzy („nic się nie da zrobić” oraz nielicznych, starających się pomagać kobietom), iluzorycznym i obłudnym ersatzom „oferowanym” kobietom przez represyjne państwo („Położna z pokoju pożegnań”, „Hospicja perinatalne”), ogromnej roli religii katolickiej i kleru w całej tej sprawie, a także językiem, jaki używany jest w debatach i sporach wokół kwestii aborcji („Retoryka i narracja. Kwestie językowe”). Najbardziej poruszające są jednak relacje ciężarnych kobiet, które padły ofiarami opresji represyjnej władzy. Wśród nich największe wrażenie zrobiły na mnie zachowane, pełne dramatycznej desperacji esemesy Izabeli z Pszczyny. Każda z wymienionych na wstępie książek poświęcona była kwestii (braku) prawa do aborcji w Polsce, choć każda naświetlała zagadnienie nieco inaczej i z innej perspektywy. Wspólnym ich mianownikiem było natomiast to, że były poniekąd „fotografią chwili”, rejestracją kwestii w danym momencie społeczno-politycznym. I za każdym razem w tle czaiła się, większa lub mniejsza, ale jednak nadzieja na korzystne dla kobiet, wolnościowe rozwiązanie polskiego „piekła kobiet”. Wszystkie te nadzieje nie tylko spełzły na niczym, ale od niespełna trzech lat jesteśmy w tej kwestii w jeszcze głębszej „czarnej dupie”. Jedynym światełkiem nadziei jest jednak ruch kobiet, który zrodził się w reakcji na opresję i który dał o sobie znać potężnym wybuchem protestu „czarnych parasolek” 3 października 2016 roku i który znajduje wyraz w działalności  takich organizacji jak Aborcyjny Dream Team Justyny Wydrzyńskiej i koleżanek oraz wielu innych. Z taką też myślą o nadziei w tyle głowy czytałem „Piekło kobiet PL” Darii Górki. Z taką myślą, wbrew rozczarowaniom ostatnich trzech dekad.

Daria Górka – „Piekło kobiet PL”, Wydawnictwo RM, Warszawa 2023, str. 246, ISBN 978-83-8151-056-1

Komiczny świat Marka Twaina

Gdybym umiał, jak w dzieciństwie i wczesnej młodości, śmiać się serdecznie, szczerze i głośno (czego od niepamiętnych lat nie potrafię), to bym cały czas pękał ze śmiechu, miałbym bekę podczas lektury opowiadań Marka Twaina. Wyobraźmy sobie jednak, że potrafię. Oto zatem zanoszę się śmiechem przy lekturze – dajmy na to – opowiadanka „W sprawie pokojówek” i biegnę do komputera, by tym ubawem podzielić się z czytelnikami i przytoczyć w całości to krótkie opowiadanie. Ponieważ jest ono jednak za długie do tego celu, więc szukam nie mniej śmiesznego, ale krótszego. Takim jest nowelka „Okazowy staruszek”, którą przytaczam tu w całości: „John Wagner jest najstarszym człowiekiem w Buffalo. Ma lat sto cztery i ostatnio przeszedł półtorej mili w ciągu dwóch tygodni. Jest równie serdeczny i pogodny jak każdy z tych starszych panów , którzy tak uporczywie i męcząco afiszują się w gazetach, i na pewno nie ustępuje im pod każdym względem. Ostatniego listopada przeszedł podczas ulewy wzdłuż pięciu kamienic, nie używając żadnej innej osłony prócz parasola, i oddał swój głos na Granta, zaznaczając, że głosował już na czterdziestu siedmiu prezydentów, co zresztą było kłamstwem. Wczoraj przybyła do niego z Nowego Jorku „zapasowa gęsta czupryna” w kolorze brązowym, teraz oczekuje nowego garnituru zębów z Filadelfii. W następnym tygodniu ożenił się z dziewczyną, która ma sto dwa lata i jeszcze przyjmuje bieliznę do prania. Byli oni zaręczeni przez osiemdziesiąt lat, lecz rodzice uporczywie odmawiali im pozwolenia. Trzy dni temu jednak zgodzili się. John Wagner jest o dwa lata starszy od weterana z Rhode Island, a jednak ani razu w ciągu swego życia nie spróbował kropli alkoholu, chyba … że liczyć whisky”. Przepadam za humorem Marka Twaina, za jego piętrowymi absurdami bazującymi zazwyczaj na tworzywie pospolitości i codzienności, opartymi na odwróceniu sensów słów, obrazów i zdarzeń, na satyrycznej szarży. Ten humor Twain serwuje  z kamienną twarzą Bustera Keatona i dezynwolturą Harolda Lloyda. Lektura dwóch tomów opowiadań Twaina wydanych przez Państwowy Instytut Wydawniczy jako „prozy krótkie i dłuższe” w ramach cyklu „Utworów wybranych” to pyszna zabawa. I na tym właściwie można by poprzestać, abstrahując od umiejscowienia tego pisarza w historii literatury USA i powszechnej. Dla porządku warto jednak przypomnieć, że Mark Twain (1835-1910), wielki humorysta i satyryk, to także autor dzieł przynależących do kanonu klasyki prozy dla młodzieży: „Przygód Tomka Sawyera”, „Przygód Hucka Finna”, „Królewicza i żebraka”, „Jankesa na dworze króla Artura”. Jest Twain bezapelacyjnie jednym z ojców nowożytnej literatury amerykańskiej i jednym z ojców specyficznego amerykańskiego humoru, tego choćby, który wyrażał się w słynnych rysunkach z „New York Timesa”, choć samego Twaina nazywano pisarzem „amerykańskiego ludu”, a jego śladów można być może dopatrzeć się w humorze amerykańskiego kina niemego, z czasów Charlie Chaplina, Bustera Keatona czy Harolda Lloyda.

Mark Twain – „Utwory wybrane”, przekład zbiorowy, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2022, t.1,  str.646, ISBN 978-83-8196-449-4, tom 2, str. 651, ISBN 978-83-8196-450-0

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko