Rekomendacje książkowe z Biesiady Literackiej SPP

0
51


Wacław Holewiński
To nie morderca jest winien. To ofiara zasłużyła na śmierć…

Kilka miesięcy po śmierci Maryny Miklaszewskiej ukazuje się – być może – najważniejsza jej książka. Niby powieść, ale w dużej mierze dokument. Z procesu niezwykłego. Niewiele, poza tym, że był współpracownikiem wojennym Józefa Piłsudskiego, wiemy o Symonie Petlurze (w Polsce nie ukazała się ani jedna jego biografia!). Jeszcze mniej o jego zabójcy, Szolemie Szwarcbardzie, urodzonym w Besarabii, ukraińskim Żydzie. Jest w tej powieści też trzeci bohater, Henryk Józewski (ukryty pod nazwiskiem Jurkowski).

Jak napisałem, proces Szwarcbarda był procesem niezwykłym, procesem, w którym wina była oczywista, a zabójca nawet nie próbował uciekać z miejsca zbrodni. Tyle, że w procesie, który relacjonowała prasa całego świata, zapadł wyrok… uniewinniający, zwalniający Szwarcarda od jakiejkolwiek kary. Jak to możliwe? Jak możliwe, że z filosemity jakim był Petlura, uczyniono twórcę żydowskich pogromów, jak wmówiono światu, że ten, który z całą ostrością karał, także wyrokami śmierci tych, którzy wzniecali te pogromy, jest winien? A jednak. Petlurę obrzucono błotem, Sowieci organizowali dla mediów ówczesnego świata wycieczki, tam czekali już na nich świadkowie… Nikt nie słuchał drugiej strony, nie chciał czytać dokumentów.

Dlaczego musiał zginąć? Czy dlatego, że kilkanaście dni wcześniej w Warszawie Piłsudski dokonał zamach stanu, że objął władzę, że obawiano się zawiązania ponownie sojuszu tych dwóch wielkich postaci?

Maryna Miklaszewska – Proces Szolema Szwarcbarda mordercy atamana Petlury, Wydawnictwo LTW, Łomianki 2022, str. 302.

Piotr Müldner-Nieckowski
Michael Sowa: Tam, gdzie nie pada

Piękna opowieść, pisana w spokojnym, balladowym rytmie piękną polszczyzną z domieszkami gwary śląskiej (autor dodał na końcu tomu jej słowniczek). Czyta się szybko, ale w czasie lektury chętnie wraca do niezapomnianych opisów i dialogów, dobrze napisanych, zapadających w pamięć. Nie każda powieść do tego zachęca i pozwala się pławić w poznawaniu treści. A tu od razu wpadasz w jej rytm, styl i klimat.

Napisał ją dojrzały mężczyzna, który uznał, że trzeba życie jeszcze raz przeżyć i dać innym do przeżycia, bo jego historia nie jest zwyczajna. Jest dziś pracownikiem CERN i politechniki w Akwizgranie, doktorem fizyki, zajmującym się cząstkami elementarnymi, po drodze był nauczycielem w Berlinie, ale jest także pisarzem, tłumaczem literatury polskiej i niemieckiej.

Ważne jest nie tylko to, że każda biografia musi być inna, bo nie ma dwóch takich samych osób na świecie. Tu chodzi także o folklor, z którym funkcjonują społeczeństwa (niekoniecznie o ten „folklorystyczny”, ale na pewno wiejsko-amerykański). Życie niecierpliwe życie, i zarazem spokojne, godne. To się da pogodzić. I życie chłonące swój los między zagrożeniem w zaborowej Polsce a problemami w – tylko pozornie – całkiem wolnej Ameryce. A może po prostu w nieznanych innym okolicznościach i w związku z tym ze skutkami wielkiego przemieszczenia, które uczynili przodkowie. Przygody prawdziwej.

Zaczęło się w połowie XIX wieku na polskim Śląsku w Płużnicy niedaleko Strzelec Opolskich, gdzie Niemcy ostro dawali o sobie znać i gnębili, ile się dało. Mimo zniesienia pańszczyzny, było niewesoło. Żyjący w Teksasie, w okolicach San Antonio, płużniczanin i franciszkanin Leopold Moczygemba postanowił wezwać swoich pobratymców, aby zebrali manatki i pojechali do Ameryki. Tak też się stało. Pojechali całymi rodzinami. Nie tylko zresztą oni, bo w drodze spotykali mnóstwo innych emigrantów z Europy.

Dotarli na miejsce i założyli miejscowość Panna Maria, która istnieje do dzisiaj. Sprawa tego exodusu stała się głośna i do dziś budzi zainteresowanie naukowców, kronikarzy, dziennikarzy. Tego jednak Michaelowi Sowie, który tam się wychował, a potem sam przenosił z miejsca na miejsce, było za mało, bo dzieła naukowe i dziennikarskie – nawet jeśli potrafią coś opisać – pozostawiają czytelników poza emocją, uczuciem, problemami ducha, języka, miłości, dobra i zła. Nie sięgają do istoty rzeczy, do serca tak, jak literatura piękna, która ma środki innym gatunkom mowy obce, jednak te oczekiwane, mające zdolność kształtować emocję i pamięć.

Postanowił to uczynić człowiek, który był tam od początku swego życia, i zna dzieje wsi Panna Maria na wylot, a także tamtejsze postaci. Ludzie stamtąd, jak by powiedziała Maria Dąbrowska. Zasługują na przedstawienie światu ich mentalności i spraw. Niektóre ich historie wyciskają łzę z oka, inne każą zaciskać pięść albo się uśmiechnąć.

To się udało. Michael Sowa jest doskonałym pisarzem. Wiemy to już teraz, mimo że „Tam, gdzie nie pada” jest jego debiutem powieściowym.

Piotr Müldner-Nieckowski

_________________

Michael Sowa, „Tam, gdzie nie pada. Ballada o śląskim Teksasie, czyli poszukiwaniu ziemi obiecanej”. Wydawnictwo Lira, Warszawa 2021, s. 400, oprawa twarda, www.wydawnictwolira.pl. ISBN 978-83-66966-34-5

Zbigniew Zbikowski
Utrwalone chwile, gesty…

Czyta się tę książkę z zaciekawieniem i przyjemnością. Nie tylko w kręgu pisarskim, bo w końcu głównie o twórcach literatury jest ona, nie tylko w gronie obserwatorów życia literackiego, ale też wśród czytelników mających kontakt z pisarzami jedynie przez nazwiska na okładkach. I uwielbiających zaglądać poza te okładki w życie osobiste autorów, podglądać ich warsztat, przyzwyczajenia, kontakty społeczne i towarzyskie. Taka jest ta książka – bardzo osobista, z mnóstwem anegdot wygrzebanych z pamięci autorki swoje zawodowe i prywatne życie spędzającej nieustannie wśród pisarzy.

Iwona Smolka, która napisała „Drogę do Obór”, dziennikarka radiowa, autorka licznych audycji literackich i także pisarka, nie zamierzała malować słowem obrazu całego środowiska pisarskiego. Zestaw dziewięciu sylwetek konstruujących narrację i szesnastu not biograficznych w indeksie to zupełnie subiektywny wybór, podyktowany jej własnym, emocjonalnym kryterium. Sama zresztą przyznaje we wstępie, że „…te przywołane przeze mnie portrety przyjaciół, pisarzy, z którymi spędziłam niejedną godzinę, dalekie są od obiektywizmu”.

Pisząc „Drogę do Obór”, Iwona Smolka polegała przede wszystkim na własnej wiedzy. Nawet nie na zapiskach, bo nigdy nie pisała dziennika. „Sądziłam, że to, co ważne, zostanie w pamięci” – oznajmia i z pamięci własnej korzysta niemal na każdej stronie książki. Postacie pisarzy takie, jakimi ich zapamiętałam – mogłaby dopisać w podtytule. „Utrwalone chwile, gesty” – napisała w innym miejscu. Pamięć jednak bywa zawodna. Już po ukazaniu się książki odezwali się niektórzy ze wspomnianych w książce pisarzy, wytykając autorce, że ten czy inny fakt nie pokrywa się z rzeczywistością, a przecież wystarczyło zadzwonić… Obrońcy zaś podnoszą, że są to mało istotne potknięcia, bo liczy się to, że takie ciepłe, osobiste wspomnienia o pisarzach, których już nie ma wśród nas, w ogóle powstały. Wymieńmy tych głównych bohaterów: Anna Kamieńska, Ludmiła Mariańska, Julia Harwig, Tomasz Burek, Janusz Krasiński, Małgorzata Baranowska, Jarosław Markiewicz, Jerzy Górzański, Joanna Pollakówna.

Skąd akurat „Droga do Obór”? Tytułowe Obory to oczywiście niegdysiejszy Dom Pracy Twórczej pisarzy, przez który przewinęły się wszystkie te postacie, a który ćwierć wieku po przemianach ustrojowych został zwrócony dawnym właścicielom i stracił swoją funkcję zwornika życia literackiego. To ostatni rozdział książki. Otwiera ją zaś analogiczne wspomnienie tyczące się warszawskiego Domu Literatury, ogniskującego od lat tuż powojennych, ponad siedem dekad, życie literackie nie tylko stolicy, ale i całego kraju. Nie mogła autorka przewidzieć, że ledwo jej książka się ukaże, nad Domem Literatury w Warszawie także zawiśnie czarna chmura i może się zdarzyć, że i on podzieli los Obór, a drugi rozbiór literackiego stanu posiadania w Polsce stanie się w III RP faktem.

Iwona Smolka, Droga do Obór, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2022, s. 296, ISBN:978-83-8196-446-3

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko