Krystyna Habrat – MIŁOŚĆ JEST POEZJĄ

5
63

Wczesnym rankiem, gdy odsłaniałam zasłony w oknie, zobaczyłam na alejce pod blokiem dwoje młodych. Ona drobna, jak nastolatka, on wysoki. Szli powoli. Któreś trzymało na smyczy pieska, a szli tak blisko siebie, że nie dostrzegłam które. Przystanęli pod rozłożystym klonem i przytulili się do siebie jeszcze bardziej, a ona położyła głowę czule na jego ramieniu. Kiedy zaczęli się całować odeszłam od okna.

Zerknęłam za chwilę. Już ich tam nie było.

Jaka piękna była ta scena. Wydała mi się kwintesencją pierwszej miłości. Takiej romantycznej, jaką opisują wiersze. O jakiej marzy chyba każda dziewczyna. Utkanej z samych wzruszeń i piękna.

Miałam kiedyś pogadankę na ten temat dla rozbrykanych chłopaków ze szkoły zawodowej, takich około szesnastu lat. Ganiali po korytarzu jak szaleni byle się ruszać, rozładować siłę mięśni, więc spontanicznie zaprosiłam ich do pokoju i stanęłam pośród nich, a było ich ze dwunastu. Zapytałam, czy chcą porozmawiać, a oni odkrzyknęli ochoczo, że tak. O czym? O miłości!!

Staliśmy wszyscy dalej, bo nawet nie było w pokoju dla wszystkich krzeseł i spróbowałam mówić trochę bez przekonania, bo takie łobuziaki mogły mój sentymentalizm wyśmiać.

Ale oni słuchali jak zaklęci. W wielkiej ciszy. Żaden ani drgnął. Tylko głowy pospuszczali i oczy, chroniąc swe emocje dla siebie. I słuchali.

O czym mówiłam, dokładnie nie pamiętam, ale wiem, że o pięknie tego wielkiego uczucia, jakim jest miłość. Mówiłam z całym przekonaniem, bo sama tak uważam aż dotąd. A byłam wtedy mężatką z kilkunastoletnim stażem i dwojgiem dzieci. I mówiłam tym zasłuchanym chłopakom, że miłość to przede wszystkim najpiękniejsze uczucie. Poznaje się je po tym, że kiedy się ktoś zakocha, to pragnie dla dziewczyny napisać wiersz, choć nigdy żadnych nie pisał. Albo zrobić coś równie niezwykłego.

A chłopcy słuchali, powstrzymując nawet oddech. Wyszli potem z pokoju z ociąganiem, zamyśleni. Zupełni inni niż zawsze. Wiem, że tego nie zapomnieli. Ja też.

Może nikt nie powiedział tak o miłości pewnej parze, którą kilka lat później spotkałam w szpitalu.  Wcześnie rano weszła na salę chorych  piękna dziewczyna i usiadła na łóżku, które jej wskazałyśmy. Powiedziała, że przyszła  tylko na kilka godzin, na badania. Zaraz za nią wkroczył chudy chłopak i rozgościł się na jej kołdrze. Pacjentka leżąca obok ostrzegała, że  lada chwila będzie obchód lekarski, ale on  jakby nie słyszał. Zzuł trzewiki i wsunął pod kołdrę.

Ledwo zdążył wybiec w skarpetkach, z trzewikami w ręce, gdy wkroczył na salę groźny ordynator. I zaraz o obchodzie gramolił się z powrotem do łóżka. Czy to było ładne? Pielęgniarki nie wiedziały, co powiedzieć, gdy przychodziły z lekami, a pacjentki osłaniały się, jak mgły, kołdrą, gdy musiały się przebrać lub odkryć do zastrzyku, niepokazywaną publicznie, część ciała. Dziewczyny długo nie wzywano na badania, a na warcie koło jej łóżka stały podniszczone trzewiki chłopaka.

Czy ich właściciel napisał kiedy dla tej pięknej dziewczyny wiersz? Nie sądzę. Czy kupował jej kwiaty? Nie wiem. Taki, myślę, wierszy nie czytywał, kwiatami się nie napawał, ale  pewnie  czytywał Wisłocką i ją zalecał dziewczynie. Nie mam nic przeciw takiej lekturze. Byle we właściwym czasie. Byle nie zamiast. I tu czegoś jednak żal.

Krystyna Habrat

Reklama

5 KOMENTARZE

  1. Teraz młodzi mówią, że to wyświechtany banał. Kasa się liczy, kasa. Mozna zakochać się do szaleństwa, ba, nawet wiersze pisać, byle obiekt “uczucia” miał zasobne konto, byle jego rodzina gwarantowała wszystko. Dobrobyt przede wszystkim. Jakże łatwo rozpalić do głębi miłość. w oczy patrzeć i świata n9ie dostrzegać poza. No, bez przesady, trzeba czasem rzucić okiem tam i tu. Nie można wszak przegapić może nawet lepszej partii. Bo spryt i przezorność się liczą. Patrzę na ten świat i zatrważa mnie fakt, że największym bogiem i miłością od dawna są pieniądze. Także w dziedzinie miłości……..

  2. Miłość , o której pisze Autorka wciąż jest, różnie jednak pojmowana. Pojawia się zwykle w młodym wieku, niezależnie od woli ludzie zakochują się. Właśnie w okresie młodości zdarzają się uczucia od pierwszego wejrzenia, szalonej fascynacji bez względu na charakter obiektu uczucia. Jedni przeżywają miłość romantycznie, inni egoistycznie. Niestety nie wszystkich trafia strzała Amora i wtedy szukają drugiej połówki zwykle interesownie. Z okresu moich zajęć w sądzie, pamiętam z wokandy dramatyczne przypadki tzw. ślepej miłości, która po ślubie okazywała się dramatem. Ofiary znęcania( zwykle kobiety ) mówiły czasem, że wiedziały o skłonności narzeczonego do agresji, do alkoholu albo do zdrad, sądziły jednak, że ukochany po ślubie się zmieni, co im solennie obiecał podczas oświadczyn. Czasem miłość się kończy, nawet w udanych związkach, ale raczej nie jednocześnie, zwykle cierpi ktoś porzucony, kto wciąż kocha. Winni są zarówno niewierni, jak też osoby, które wchodzą w związek z żonatymi bądź mężatkami. Dziwi zawieranie małżeństwa bez miłości, czyli kontrakt obopólnych usług, co zdarza się. Być może nie każdy człowiek potrafi się zakochać, albo nigdy nie trafił na osobę, która rozpaliłaby jego uczucia. Krysiu, gratuluję tematu poruszonego w tekście.

  3. Trudno się z Anią nie zgodzić. Acz ja sprawę widzę nieco inaczej.
    Zgadzamy się, że miłość jest dobrem wzniosłym, ale i powszechnym. Ba, więcej niż powszechnym, ponieważ wielu zakochuje się w życiu więcej niż jeden raz. I nie mówię tu o erotycznym zauroczeniu, czy o kaprysie, mówię o prawdziwej miłości, o uczuciu głębokim, które nie pozostawia wątpliwości, że ta (ten) jest tą jedyną (tym jedynym), a dokładniej, tą precyzyjnie nam wskazaną nam osobą, z którą jest nam szczególnie dobrze, której chcemy ufać, z którą pokonamy każdą przeszkodę. I nic prostszego wówczas, jak iść za głosem serca: spytać o wzajemność (o dziwo, wzajemność jest częstsza, niż można by sądzić), wziąć ślub, a potem żyć długo i szczęśliwie…
    Jasne, że czasem napotykamy przeszkody obiektywne: ona (on) nie odwzajemnia naszego uczucia, jest już w związku (czy rzeczywiście z miłości?) i ma dzieci itp. Cóż, wtedy trzeba odpuścić i… rozglądać się za nową miłością.

    Sęk w tym, że z tym dobrem najwyższym najczęściej nie postępujemy tak, jak podpowiada nam intuicja. Przeciwnie, bronimy się przed nim, staramy się go nie dostrzegać, ignorujemy je, a w końcu postępujemy z nim lekceważąco, a nawet jawnie nim pogardzamy. I muszę tu powiedzieć, że to kobiety częściej zaprzeczają doznawanej miłości, niż mężczyźni.
    A dlaczego tak jest?
    Ponieważ priorytetem przy poszukiwaniu partnera na życie najczęściej wcale nie jest miłość (!), ale potrzeba dowartościowania się, podbudowywania własnego ego, wreszcie chęć zaimponowania, czy wręcz wzbudzenia zawiści – u koleżanek, ale przede wszystkim u matki i starszej siostry, jeśli taka jest. Z chłopcami bywa podobnie, choć jest to dalece mniej znaczące zjawisko, ponieważ zwyczajowo to do mężczyzny należy budowanie pozycji i podnoszenie statusu rodziny, a nie otrzymywanie go w wianie. I pewnie dlatego chłopcy są odważniejsi w kierowaniu się wskazaniami miłości.
    A że taki jest priorytet, toteż tak często deptana i odrzucana jest miłość do osoby, która nie jest i raczej nie będzie w przyszłości przedmiotem dumy – niski wzrost, nieszczególna uroda, słaba pozycja społeczna rodziny, z której się wywodzi, czy umiarkowany poziom jej ambicji, a zwłaszcza niedostatek agresywności (tak, kobiety w tej cesze upatrują źródeł przyszłego sukcesu, dlatego tak chętnie wiążą się z mężczyznami agresywnymi, choć najczęściej słono za to płacą), przekładają się w opinii oceniających na niewielkie, a w najlepszym razie mgliste perspektywy osiągnięcia znaczącego sukcesu, którym można by się chwalić, pusząc się oraz wynosząc swoje ego nad ego innych.
    Dlatego tak często obserwujemy rodziny, do których kobiety, całkiem świadomie, weszły jako towar, sprzedając się za obietnicę wysokiego statusu i wygodnego życia, doskonale przy tym rozumiejąc, że się upodliły, co nie buduje rodzinnego szczęścia.
    Ale najczęściej obserwujemy rodziny, które powstały z wzajemnej miłości, lecz nie dość odważnej – owszem, ona związała się z ukochanym, ale od matki i koleżanek zawsze słyszała tylko: „co ty w nim widzisz?”, „nie stać cię na kogoś lepszego?”, „i co ty z tego będziesz miała?”. Dlatego ona zamyka się w sobie i do końca życia pilnuje się, aby za żadne skarby nie okazać publicznie, że go kocha. Przeciwnie – z zapałem demonstruje lekceważenie, niechęć, a w końcu jawną pogardę wobec współmałżonka, dziwiąc się potem, że on woli wyjście z kumplami, niż z nią, że często się upija, że bije ją i wreszcie zdradza z „jakąś podłą wywłoką”.
    Rzecz jasna, są także małżeństwa szczęśliwe, które związały dwoje szczerze się kochających i nie wstydzących się tej miłości, ale powiedzcie, tak z ręką na sercu – wiele ich widujecie?
    I zaprzeczcie, że gdy takich widzicie, świerzbi was, by zakrzyknąć: „Takie ciacho, a prowadza się z taką byle pińdzią!”, albo „Taka laska, a wzięła sobie jakiegoś pokurcza”, bo zazdrościcie im odwagi i szczęścia.

  4. Dziękuję za komentarze, ukazujące inne jeszcze aspekty miłości i małżeństwa. Ja, wychodząc za mąż, miałam szczęście nie wiedzieć o wielu z nich, bo dla mnie miłość była poezją. Wtedy i dotąd. W pracy zawodowej stykałam się z takimi problemami, o których piszecie, ale myślałam, że ludzie po prostu nie umieją żyć, albo, że los nie wszystkim sprzyja. Ja dla szczęścia machnęłam ręką na rozpoczętą drogę pracy naukowej, na mój zawód, a nawet na ukochaną literaturę i pisanie. Ale dane mi było szczęście. Tego życzę wszystkim.
    Krystyna Habrat.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko