Tomasz Milkowski – Świata się nie opowie

0
39
Wiktora Gorodeckaja i Piotr Cieplak/Teatr Narodowy

Przed premierą „Wieczoru Trzech Króli” w Teatrze Narodowym (4 grudnia 2021) reżysera PIOTRA CIEPLAKA pyta Tomasz Miłkowski

Tomasz Milkowski: Przychodzi mi na myśl głupie pytanie: Będzie wesoło?

Piotr Cieplak: To jest proste pytanie. Głupie pytania są mądre. To jest krótkie pytanie, ale wymaga dłuższej odpowiedzi. Tak, chciałoby się, aby kolor, barwa, śpiew, muzyka, jasny ton tego przedstawienia zabrzmiał. I to jest jakieś pragnienie – żywiołowość oczekiwana. Próbujemy tak to zrobić. To pragnienie bierze się z zupełnie niewesołych powodów. Mam poczucie, że czasy są niezwykle dotkliwe. Nie mówię tylko o politycznym wymiarze sytuacji, ale o świecie współczesnym w ogóle, o pandemii, ekologii, o niepoliczonych zagrożeniach, które czyhają na człowieka. Czasy nie są do śmiechu. To przedstawienie – pewnie najśmieszniejsza sztuka Szekspira – chciałbym nie tyle, żeby było jakimś komentarzem, ile taką próbą leczenia się wobec tego, co nas otacza.

Terapia?

Może nawet terapia. Ale przede wszystkim ozdrowieńcza zabawa.

Zapytałem czy będzie śmiesznie, bo od lat obserwuję tendencję wywracania na opak tekstów klasycznych, także Szekspira, i traktowania ich jako pretekstu do zasmucania się, szukania rzeczy gorzkich i tragicznych tam, gdzie jest pełno zabawy.

Z całym entuzjazmem rzucamy się  w to, co napisał autor w tej najpogodniejszej – być może – ze swoich sztuk.  Szekspir daje nam szansę – jeszcze w towarzystwie tłumacza Stanisława Barańczaka – żeby urządzić jakąś karuzelę żartu, śpiewu, koloru.

Zachęca do tego zapewne szaleństwo przebieranek.

Może tak się  stało, że robienie przedstawienia zabawnego, wartkiego, popartego rzemiosłem widowiska to artyście trochę nie uchodzi.

Uchodzi, uchodzi, panu się już  zdarzała imać takich krotochwilnych rzeczy. Także i z Szekspirem, by przypomnieć „Wesołe kumoszki z Windsoru” w warszawskim Teatrze Powszechnym.

To było 20 lat temu.

To prawda, ale śmiechu było co mnie miara.

W „Wieczorze Trzech Króli” autor zapisuje rolę Malvolia – obok innych postaci – w niezapomnianej formie. Scena czytania listu od rzekomej kochanki jest klasyką nieposkromionego humoru – napisana czterysta lat temu nie straciła nic ze swego komicznego ładunku.

Postać Malvolia jest śmieszna, ale pod spodem nieodparcie smutna.

Bo Szekspir to jest jednak dobry autor. Gdyby śmiech traktował wyłącznie rubasznie, rozrywkowo, diskopolowo, że tak się wyrażę, to by nie był Szekspirem. Ten śmiech jest wyzwalający, głęboki, z gorzką nutą. To jest o człowieczeństwie, czasem błazeństwie.

A ja słyszałem od pewnego młodego dramaturga, że Szekspir to nie był wcale taki dobry autor, jak się zwykło sądzić, tylko miał świetny „pijar”.

Ale jednak czterysta lat utrzymuje się na topie.

Pan jednak, jeśli się nie mylę, od 20 lat Szekspira omijał, po wspomianych „Kumoszkach” i potem „Królu Learze” ze Zbigniewem Zapasiewiczem  w tym samym Teatrze Powszechnym?

Szekspir wracał w niektórych moich przedstawieniach jako inspiracja. ale rzeczywiście żadnego nowego tytułu od tamtego czasu  nie wystawiałem.

Czy nigdy nie myślał pan o tych kanonicznych tytułach: „Hamlecie”, „Burzy”, „Ryszardzie III”?

„Burza” to jest mój temat. Wielokrotnie tę sztukę obwąchiwałem. Zupełnie niedawno we wrocławskim Teatrze Pantomimy w sztuce bez słów bardzo inspirowałem się jej tematem. Szekspir rzeczywiście poszedł u mnie „w odstawkę”, ale chyba czekał na swoją kolej. Muszę powiedzieć, że tekst „Wieczoru Trzech Króli” jest dla mnie samego odkryciem. To odkrycie wynika z pierwszego zdania tej sztuki, które wypowiada Książę, zwracając się do orkiestry: „Jeżeli miłość żywi się pokarmem/ Muzyki – grajcie, aż poczuje przesyt”. To zdanie tak mnie uruchomiło, ze poza piosenkami, która autor wpisał Błaznowi w tej sztuce, dodam jeszcze więcej muzyki i śpiewania. Pomyślałem, że ta orkiestra i muzyka może być sposobem na granie tego przedstawienia. Wydaje się, ze to jest dość niecodziennie – to, co szykujemy, mianowicie, ta sztuka w ogromnej mierze zostanie zaśpiewana, będą tam recytatywy. Można powiedzieć, że to zrobiło się z tego coś pomiędzy musicalem a operą buffo.

Tego jeszcze nie było na pewno.

Niemalże połowa tego tekstu jest ujęta w nuty. Na wstępie zakładamy, że ta sztuczność, ta piramidalna zupełnie nieprawdopodobna akcja, perypetie tej sztuki, konwencjonalne, bardzo takie umowne, teatralne wyłącznie, podniesiemy jeszcze wyżej. To jest niemal operetka albo coś podobnego. Bardzo sztuczne. I wyobrażam sobie, że im bardziej będziemy rozwijali ten pomysł, dalej szli tą drogą, to się okaże, że aktorzy w tym śpiewie, w tym nierealistycznym sposobie komunikowania się odnajdują się znakomicie. Jak przyjdzie do wyznawania sobie miłości, do wypowiedzenia często bardzo dramatycznych słów, to zaśpiewane wyznanie miłosne uzyskuje zupełnie jakiś inny wymiar. Uzyskuje prawdopodobieństwo większe niż gdyby wybrzmiałoby to wyłącznie na poziomie mówionym.

Wykorzystuje pan paradoks teatru: im sztuczniej, tym prawdziwiej.

Trochę tak. Zresztą sam autor to czyni, temat tej sztuki właśnie taki jest: przebieranki, maski, zamian płci, chłopaczek za dziewczynkę, dziewczyna za chłopaka…

… nie wiadomo, kto jest kim.

Wydobywamy tę sztuczną, konwencjonalną fabułę. Wydobywamy i wyobrażam sobie, że to w rezultacie jest trochę o tych czasach, o nas, ludziach, którzy chodzą w maskach. Opereta.

Pan też ucieka przed „rozszyfrowaniem”. Ucieka od stałej kotwicy, w każdym razie dość długo pan pracował jako wolny strzelec, a bardzo krótko i bardzo dawno jako dyrektor teatru. Teraz jednak osiadł pan w Teatrze Narodowym, gdzie – jak powiada Jan Englert – włada pan niepodzielnie niczym Prospero z „Burzy” swoją wyspą. Ja ją nazywam „Wyspą Cieplak”. Czy takiego miejsca pan szukał?

Rzeczywiście, korzystam z takiej rzadkiej swobody w Teatrze Narodowym, korzystam ze swobody swoich wyborów. Tak więc będąc w jednym miejscu i tak skaczę z kwiatka na kwiatek. Robię przedstawienia, które z jednej strony są zawsze o tym samym, o ludziach w świecie… Ale z drugiej strony czerpię z bardzo różnych źródeł literackich. Robię to świadomie, żeby sobie samemu trochę nie tyle przeczyć, ile szukać wciąż innej drogi. To wynika z przekonania, że nie ma jednego sposobu, że się świata nie opowie do końca jednym sposobem. Stąd tak często szukam czegoś na odwrót. Tego przykładem jest to, że ostatnie przedstawienie, które zrobiłem w Teatrze Narodowym to był „Woyzeck” Georga Büchnera, najsmutniejsze chyba moje przedstawienie.

Chociaż jest w nim element ludyczny, jarmarczny, ale na marginesie, bo to tragiczne w wymowie przedstawienie.

To było bardzo bolesne doświadczenie, wynikające z mojego odczucia sytuacji apokaliptycznej, która nas dzisiaj omiata – mówię nie tylko o politycznym klimacie Polski, ale także o apokalipsie klimatycznej, pandemicznej. Żyjemy, mam takie wrażenie, w poczuciu zbliżającego się końca. To przedstawienie, powstałe półtora roku temu, które bardzo przeżyłem i które bardzo mi odpowiada – niezależnie od tego, jak kto je ocenia, było dla mnie i jest nadal bardzo ważnym przedsięwzięciem. I chcąc samemu się trochę ratować przed tą gęstwą, przed tą ciemnością, którą czuję, której się boję i którą przeżywam w poczuciu swojej własnej bezradności, w „Wieczorze Trzech Króli” maluję obraz skrajnie odwrotny. Tak jasnego, pogodnego, żywego przedstawienia nie robiłem – tak mi się wydaje – od wczesnej młodości, kiedy realizowałem „Żołnierza królowej Madagaskaru” w Toruniu. Sam się skwapliwie kąpię w tej aurze, w tej pogodzie, w tym śmiechu, muzyczności. Myślę, że to się udzieliło aktorom. Jan Duszyński, który jest autorem tych tomów nut, które napisał do tej sztuki bierze w tym udział i można powiedzieć, że jego muzyka przesądza o charakterze tego przedstawienia. Jan Duszyński, kgtory był również autorem muzyki do „Woyzcka”.

I innych pańsjkich przedstawień.

To parwda. W „Wierczorze”stworyz; operę buffo, pastisze Mozarta.kiusicalu.

Kiedy się  przyjrzeć temu, co pan robi w teatrze, nie tylko w Teatrze Narodowym, ale i poza nim, można odnieść wrażenie, ze bardzo pracuje pan nad tym, aby się samemu nie usidlić. Stąd być może gubi pan tropy i nie można powiedzieć: o, Cieplak jest tako i taki.

Tak to sobie sam dla siebie buduję.

Wielkie rozmaitości znajduję w pańskich propozycjach repertuarowych: od Rymkiewicza przez Büchnera po Szekspira.

I przedstawienia dla dzieci.

Właśnie – pełne uroku i nostalgicznych tonów. Ma pan tutaj rzeczywiście swoje królestwo.

I mam wspaniałych aktorów. W „Wieczorze Trzech Króli” nie dość, że są wybitni, to jeszcze szalenie muzykalni. Nie tylko ich ogromnie lubię, ale w dodatku podziwiam ich umiejętności – mają obiektywnie wielkie możliwości wokalne, co w tym przedstawieniu – użyję takiego niezręcznego słowa – spektakularnie ujawniają. A jeszcze do tego, co niezwykłe w naszej pracy, my nie mamy żadnego napięcia. Nie ścigamy się z West Endem ani z Romą czy z Operą Narodową, która jest tu po sąsiedzku za ścianą. Nasza praca wynika z przyjemności i swobody. Słuchając Wiktorii Gorodeckiej czy Michaliny Łabacz i całego zespołu, doprawdy za każdym razem jestem zdumiony, jakie piękne to przynosi rezultaty.

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko