Rekomendacje książkowe Krzysztofa Lubczyńskiego

0
81


Tragiczny „Mefistofeles” II RP

Józef Beck (1894-1944), który w ostatnich latach II Rzeczypospolitej był de facto (choć nie de iure) jedną z trzech najważniejszych osób w państwie, ma, jako historyczna postać tej epoki, wyjątkowo „złą prasę”. Jego wielki pryncypał patronuje pryncypalnym ulicom i placom czy figuruje na pomniki w szeregu polskich miast, m. in. w Warszawie (nawet na dwóch) i Lublinie. Ulic czy placów Józefa Becka – w końcu „ucznia” Piłsudskiego i wiernego (przynajmniej we własnym mniemaniu) wykonawcy jego koncepcji, jego „testamentu” w dziedzinie polityki zagranicznej, próżno szukać w polskich miastach, a jeśli gdzieś są, to w ramach kategorii drugorzędnych. O pomniku „winowajcy klęski wrześniowej” nawet mowy być nie może. Skądinąd znamienne jest, że poza wspomnianym Piłsudskim, którego nazwisko i postać stały się monumentalnym, mitycznym emblematem ważnych kart historii Polski, przede wszystkim jako twórcy „czynu legionowego”, „wskrzesiciela Polski”, pisanego wielką literą „pierwszego Marszałka Polski”, etc., żaden z czołowych piłsudczyków, paradoksalnie szczególnie spośród tych z najbliższego kręgu skoncentrowanego wokół  Wodza,” nie jest szczególnie czczony, honorowany w „uroczystej” przestrzeni tradycji historycznej, nawet tej prawicowej, często apologetycznie i bezkrytycznie odnoszącej się do II Rzeczypospolitej Dotyczy to także takich postaci jak Edward Rydz-Śmigły, Bogusław Miedziński, Adam Koc, Kazimierz Świtalski, Aleksander Prystor, Janusz Jędrzejewicz, Walery Sławek, Ignacy Matuszewski, Jędrzej Moraczewski i wielu, wielu innych, łącznie z nieco komicznym Felicjanem Sławojem-Składkowskim, „wiernym wachmistrzem” i przybocznym Marszałka, nie zostali w prestiżowej formie upamiętnieni w przestrzeni publicznej, a np. Adam Skwarczyński, czołowy ideolog obozu sanacyjnego, jest postacią niemal kompletnie zapomnianą. Owszem, są obecni w historiografii, ukazały się wspomnienia i dzienniki oraz biografie niektórych z nich, ale kultem państwowym nie są otoczeni.  Paradoksalnie, jedyną poza Piłsudskim postacią z jego politycznego kręgu, która uhonorowana została ulicami, jest Ignacy Mościcki, osoba niewielkiego formatu z intelektualnego punktu widzenia i realnie drugorzędna w obozie władzy mimo imponującej, „godnej” powierzchowności, za życia Piłsudskiego figurant („Tyle znacy, co Ignacy, a Ignacy gówno znacy”), ale któremu dane było być przez trzynaście lat prezydentem RP. I choć w trakcie wrześniowej klęski 1939 roku Mościcki „dał nogę” do bezpiecznej Szwajcarii, to urząd głowy państwa dał mu „przepustkę do historii”. Józef Beck również uciekł z kraju zaleszczycką szosą do Rumunii, tyle że w odróżnieniu od Mościckiego na kilka lat wziął na siebie kolosalną odpowiedzialność i z dużą determinacją oraz intensywnym wysiłkiem stawił czoła dramatycznej, a w miarę upływu czasu coraz bardziej tragicznej sytuacji geopolitycznej Polski. Stawił też czoła nie tylko zawikłanej szaradzie europejskich relacji międzynarodowych, ale również dwom przerażającym „ludojadom”: Hitlerowi i Stalinowi. Beck, jako sternik wraz z całym narodem stanął przed „mission imposible”, jaką było ocalenie niepodległości państwa, zatem lawina oskarżeń pod jego adresem, lista wytkniętych mu w tonie często szyderczym błędów, jaką sformułował w swojej głośnej książce „Polityka Becka” Stanisław Cat Mackiewicz, była w punktu widzenia ludzkiego radykalną niesprawiedliwością. Nikt na miejscu Becka, nawet sam Herkules, kto nie dysponował siłami i środkami III Rzeszy, nie był w stanie zatrzymać biegu zdarzeń. Cata poniósł jego krwisty temperament publicystyczny, ale i on też, nawet gdyby miał u boku Geniusza Dziejów, w tamtych okolicznościach „nie dałby rady”. Poniewczesna rada Cata, że Beck powinien sprzymierzyć się z III Rzeszą przeciwko ZSRR wynikała z jego obsesyjnego antysowietyzmu. Cat był dodatkowo bałamutny, bo jako alternatywę dla wojennej wyprawy z III Rzeszą na ZSRR, proponował  politykę antyniemiecką. Uważając, politykę Becka „równej odległości od Berlina i Moskwy” za nonsensowną, w zamian proponował alternatywną wojnę albo z ZSRR albo z Niemcami, czyli robienie sobie tylko jednego wroga, co było zawracaniem głowy. Imadło radziecko-niemieckie tak czy inaczej w pewnym momencie, prędzej czy później musiało się zacisnąć, choćby Beck dokonywał cudów ekwilibrystyki i stawał na głowie.

Biografia Józefa Becka autorstwa duetu Marka Kornata i Mariusza Wołosa jest dziełem imponującym pod każdym względem. To pierwsza pełna naukowa (praca Olgierda Terleckiego „Pułkownik Beck” z 1986 roku miała charakter popularno-naukowy, podobnie jak eseistyczne rozważania Cata Mackiewicza) biografia tej postaci, bardzo obszerna (ponad tysiąc stron), oparta na wieloletnich kwerendach w archiwach polskich i zagranicznych (europejskich, ale też amerykańskich), kompleksowo ujmująca losy Becka od genealogii rodzinnej i dzieciństwa począwszy, po przedwczesny kres życia w Rumunii,  przy położeniu jednak dominującego akcentu na lata 1932-1939, czyli na okres, w którym pełnił on urząd ministra spraw zagranicznych. Poza ogromem faktografii (częściowo pomieszczonej w bardzo obszernych i skrupulatnych przypisach) i bogactwem, gruntownością jej analizy, obaj wybitni historycy swoim naukowym obiektywizmem „sine ira et studio”, niejako uspokoili i zrównoważyli tradycję emocjonalnej debaty wokół Becka, odsądzanego od czci i wiary wszechstronnie i z różnych stron sceny politycznej, od historiografii  i publicystyki peerelowskiej po emigracyjną. Przypisano mu wizerunek podstępnego Mefistofelesa, tajemniczego Sfinksa, wyniosłego besserwissera, człowieka salonów (którym skądinąd do pewnego stopnia był), „Czarnego Piotrusia” politycznej sceny II RP. Czyniono to tym chętniej, z polską zawiścią, że Beck był człowiekiem niewątpliwie wybitnie inteligentnym, błyskotliwym, dynamicznym, kreatywnym i o głowę przewyższał intelektualnie i kwalifikacjami politycznymi ludzi pokroju Mościckiego, Świtalskiego, Sławka, Prystora, Jędrzejewicza czy Sławoja Składkowskiego. Jedynie Bogusław Miedziński, też skądinąd pokazywany jako postać mefistofeliczna i demoniczna, reprezentował podobny do Becka poziom intelektualny. Autorzy biografii te umysłowe kwalifikacje  Becka zauważają, podobnie jak odnotowują rozliczne cechy jego osobowości, sposób funkcjonowania, metody działania (n.p. bardzo wymagającą, wręcz bezwzględną postawą jako szefa wobec podwładnych), niektóre zainteresowania, sprawy prywatne, etc.

Dzieło Marka Kornata i Marcina Wołosa jest siłą rzeczy także zapisem historii II Rzeczpospolitej, uwzględniającym również te aspekty, które nie wiążą się bezpośrednio z domeną polityki zagranicznej. Na przykład w rozdziale poświęconym trudnym, chłodnym, momentami konfliktowym czy nawet wrogim relacjom obozu Sanacji z Kościołem Katolickim, którego hierarchia i kler generalnie sympatyzowała z obozem endeckim, zauważają, że Beck był człowiekiem o poglądach otwartych, europejskich i na wskroś laickich, nie tylko dalekich od dewocji, ale, choć w sposób zawoalowany, antyklerykalnych.

Dodatkowym walorem pracy Kornata i Wołosa jest jej język. W pracy o tak wybitnie naukowym, opartym na źródłach charakterze, tak – w pozytywnym tego słowa znaczeniu – drobiazgowej nie jest łatwo osiągnąć klarowność narracji, która jej lekturę uczyniłaby przystępną dla czytelnika nie będącego zawodowym historykiem, która nie przytłoczyłaby i nie znudziła natłokiem faktów, dat, personaliów i przypisów. Kornatowi i Wołosowi tę klarowność i czytelniczą atrakcyjność udało się osiągnąć z prawdziwym mistrzostwem. Sprawia to, że lektura ponad tysiącstronicowej księgi nie jest czytelniczą mitręgą, „drogą przez mękę”, lecz naprawdę fascynującą i atrakcyjną przygodą intelektualną. Autorski, naukowy duet spojrzał na postać Józefa Becka i jego dość zamierzchłą już epokę w sposób nie tylko pouczający, ale odświeżony, odnowiony.

Marek Kornat, Mariusz Wołos – „Józef Beck. Biografia”, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2021, str. 1150, ISBN 978-83-08-06961-5

Berlińskiej opowieści część druga

Nieczęsto z takim zaciekawieniem wypatruję kontynuacji czy kolejnego tomu jakiejś powieści, opowieści czy eseju, jak wypatrywałem drugiego tomu „Berlina. Metropolii Fausta” Aleksandry Ritchie. W tym przypadku mamy do czynienia z historycznym esejem (wspaniałym) o ważnym mieście europejskim.  A ponieważ od ukazania się pierwszego tomu upłynęło już półtora roku, więc nie obejdzie się bez przypomnienia najpierw jego zawartości.

Znamienne, że słowo „Berlin”, nazwa wielkiego europejskiego miasta, stolicy Niemiec, nie budzi w pierwszym rzędzie skojarzenia z turystyką, choć są tu wspaniałe obiekty i miejsca do zwiedzania, jak Wyspa Muzeów, monumentalny gmach Reichstagu, melancholijna aleja Unter den Linden uwieńczona Bramą Brandenburską, elegancka Kurfűrstendamm, imponująca aleja Wilhelmstrasse, park Tiergarten ze strzelistą Siegessaule czy naznaczona resztkami dawnego klimateu proletariackim dzielnica Kőpenick, elegancki Charlottenburg i położony na obrzeżach miasta kompleks wzniesiony przez pruskich Fryderyków z pałacem Sans Souci, legendarna siedziba Fryderyka II Wielkiego w Poczdamie (Potsdam).  Tytuł „Berlin. Metropolia Fausta” jest nieco zwodniczy, jako że postać Fausta nie tylko nie jest związana z Berlinem, ale w poemacie Goethego nazwa miasta nawet się nie pojawia. Ritchie potraktowała postać Fausta jako ogólną figurę symboliczną kojarzącą się z kulturą niemiecką i losami miasta. „Berlin. Metropolia Fausta”, to naukowa, choć wolna od nadmiaru formalnego naukowego sztafażu, z cechami eseju opowieść o historii miasta. Pierwszy tom obejmuje okres od powstania miasta do „szalonych lat dwudziestych” XX wieku, z ich legendą ekspresjonizmu, także w kinie niemieckim, z teatrem Bertolta Brechta, kompozycjami Kurta Weila, z klimatem oddanym w słynnej „Operze za 3 grosze”. To opatrzona bogatym aparatem przypisów fascynująca opowieść o mieście, które analogicznie jak Warszawa, choć oczywiście jednocześnie zupełnie inaczej, było i jest miastem granicznym, łączącym w sobie cechy miasta zachodniego i środkowoeuropejskiego, nie bez pewnych także akcentów miasta wschodnioeuropejskiego. Berlin łączy z Warszawą także pewien stan odwiecznego stawania się, bycia w permanentnym „in statu nascendi”. Każdego środkowo- czy wschodnioeuropejczyka, który znajdzie się w Berlinie uderzy jego urbanistyczny klimat bliski tej właśnie części Europy, a słabo kojarzący się z europejskością zachodnią. Być może jakaś część wyjaśnienia tego zjawiska kryje się w początku opowieści Ritchie, o tym, że legiony rzymskie dotarły do Kolonii, Regensburga, Akwizgranu czy Monachium i tam zakładały osady, ale tam, gdzie dziś Berlin. Do bagien rozciągających się wzdłuż Sprewy Rzymianie nie dotarli, nie sięgnęli Lasu Teutoburskiego, przez co Berlin nie tylko nie ma rodowodu rzymskiego, ale też zaznacza się w nim „ciężki”, także urbanistycznie, duch tych ziem, odległy od „rzymskości”, „łacińskości”, bliższy raczej zachodniej Słowiańszczyźnie (Łużyczanie), która tu dość głęboko sięgała. Dlatego korzenie geniusa loci Berlina sięgają zaledwie XIX wieku, a ich ważnym inspiratorem był Johann Gottlieb Fichte,  „praszczur” niemieckiego nacjonalizmu. Z jego pomocą, wspartą germańskimi baśniami, duchem gotyckich katedr, powstawała poezja  niemieckiej tęsknoty, patriotyczne i romantyczne pieśni, rodził się późniejszy niemiecki nacjonalizm. Nie przypadkiem niemiecki hełm wojskowy, tzw. pickelhauba swoją formą nawiązuje do gotyku. W tej epoce narodził się też niemiecki „weltschmertz”, czyli ból istnienia. Ofiarą tego bólu istnienia padł m.in. wybitny dramaturg Heinrich von Kleist popełnił samobójstwo w 1811 roku w wodach podberlińskiego wtedy jeziora Wannsee. Jednak XIX-wieczny Berlin to także wykładana tu myśl Georga Friedricha Hegla. Atmosferę duchową Berlina tamtej epoki oddaje m.in. proza Teodora Fontane, w tym powieść „Effie Briest”, z rzadka pojawia się ona w opowiadaniach E.T.A. Hoffmana.  Choć jednak nazwa Berlina była wzmiankowana w XIII wieku, to pierwszą wielką epoką w jego dziejach, fundamentem jego tradycji okazały się lata 1740-1786, czyli czasy panowania Fryderyka II Wielkiego, „Wielkiego Fryca”, po którym pozostał wspaniały kompleks parkowo-pałacowy z Sans Souci w Poczdamie i którego upamiętnia pomnik na prestiżowej Unter den Linden. Wcześniej Berlin był miastem przy wojskowym garnizonie i dopiero wiek XIX wprowadził go do europejskiej historii.  W 1806 roku, 20 lat po śmierci „Wielkiego Fryca” do Berlina wkracza ze swoją armią Napoleon, a powracając w 1813 roku po przegranej ostatecznie wojnie zabiera do Paryża sławną kwadrygę z Bramy Brandenburskiej, która powróci na nią dopiero w 1848 roku, w rezultacie Wiosny Ludów. Jednak stolicą zjednoczonych Niemiec stał się Berlin dopiero w 1871 roku, co zostało oficjalnie ogłoszone przez kanclerza Bismarcka. W 1918 roku wilhelmińskie Niemcy przegrały wywołaną przez siebie wojnę, a rok później powstała Republika Weimarska. Berlin to także jedno z centrów międzynarodowego ruchu robotniczego, miejsce pobytów m.in. Lenina i miejsce śmierci Róży Luksemburg  I to właśnie ten okres, trwający do zdobycia władzy przez Hitlera w 1933 roku stworzył prawdziwy genius loci Berlina, jego nastrój i legendę. Dziś w tle klimatu duchowego Berlina jest między innymi proza takich pisarzy jak Alfred Dőblin, którego powieść „Berlin Alexanderplatz” jest syntezą (także topograficzną) obrazu miasta tej epoki (nazywaną berlińskim „Ulissesem”), dramaturgia Bertolta Brechta. Berlin tej epoki to także sławna historia „Kapitana z Kőpenick”, świetnie oddana przez Karla Zuckmayera w sztuce pod takim tytułem, satyrze na niemiecki militaryzm (legendarna piwiarnia o nazwie „Hauptmann von Kőpenick”, związana z ta historią istnieje do dziś, we wschodniej dzielnicy Kőpenick u zbiegu Mahlsdorferstrasse i Stellingdamm, ocalał też miejscowy ratusz, w którym rozgrywa się część akcji). Fragment tkanki Berlina tamtych czasów oddają też powieści dla młodzieży: Karla Mundstocka „Ali i jego banda”, której akcji rozgrywa się w robotniczym Kreuzbergu (Manteuffelstrasse, Kőpenickerstrasse, Lauseplatz, Prenzlauerstrasse, kościół św. Tomasza) czy Ericha Kästnera („Emil i detektywi”). Atmosferę Berlina w okresie Wielkiej Wojny (1914-1918) oddają też fragmenty polskiej powieści Andrzeja Struga „Żółty Krzyż” (1933), której główna bohaterka, międzynarodowa gwiazda filmowa Eva Evard związana jest z wytwórnią filmową „Mundusfilm”, którą pisarz usytuował przy Klosterstrasse, nieopodal Alexanderplatz, a jej mieszkanie w barokowym pałacu przy Keithstrasse 8, a także w hotelach: „Windsor” przy Behrenstrasse 64/65 i przy Kaiserwilhelmstrasse. Atmosferę miasta tej epoki współtworzy też kino, dzieła ekspresjonizmu oraz tzw. kammerspielu, takie jak „Gabinet doktora Caligari” Roberta Wiene (1919), „Portier z hotelu Atlantic” Friedricha Wilhelma Murnau (1924), a także „Zmęczona śmierć” (1921), „Doktor Mabuse” (1922), „Metropolis” (1926), „M-morderca” (1931), „Testament doktora Mabuse” (1932) Fritza Langa, a także – pośrednio- jego „Zygfryd” i „Nibelungi” (1924), poetycka ekranizacja starogermańskiej legendy. W „Błękitnym aniele” Josefa von Sternberga” (1930) jedną ze swoich najważniejszych ról zagrała Marlena Dietrich (i zaśpiewała najsławniejszą piosenkę), jedna z ikon przedhitlerowskiego Berlina, pochowana w jej mieście w 1992 roku na cmentarzu Stadtischer Friedhoff III, po wielu dziesięcioleciach życia na emigracji, głównie w Paryżu. Poza „Portierem z hotelu Atlantic” Berlin nie jest topograficznym miejscem akcji, ale to jego duch i nastrój się w nich odzwierciedla. Z klimatem kina tej epoki wiąże się też usytuowany przy Unter den Linden 77 hotel „Adlon” w którym nakręcono sceny filmu „Ludzie z hotelu” (1932) z Gretą Garbo w roli głównej. Tom drugi powieści obejmuje okres od Republiki Weimarskiej, poprzez czasy hitleryzmu i II wojny, okres powojenny z podziałem miasta na dwie części.  Właśnie to ideologiczne oraz urbanistyczne, estetyczne rozdwojenie miasta jest wiodącym tematem drugiego tomu. Berlin, który tak długo się tworzył, po zjednoczeniu Niemiec i obu części Berlina, musiał po 1989 roku stworzyć się jeszcze raz, jako nowa stolica państwa. Okres, który obejmuje drugi tom, nie jest tak malowniczy, tak naznaczony specyficzną atmosferą i estetyką, jak „stare Niemcy”, nawet bismarckowskie i wilhelmińskie. Jest natomiast niezmiennie fascynujący, ale kto nie czytał tomu pierwszego, powinien go przed lekturą drugiego przeczytać, bo inaczej poznanie „metropolii Fausta” będzie niekompletne.

Alexandra Ritchie – „Berlin. Metropolia Fausta”, tom II, przekł. Maciej Antosiewicz, Grupa Wydawnicza Foksal (WAB), str. 814, ISBN 978-83-280-9263-1

„Pamiętasz, była jesień ?”

Czytelnik zainteresowany historią wielkich przemian w Europie Środkowej i Wschodniej  w 1989 roku i latach następnych, może w zetknięciu z tym tomem doznać uczucia deja vu. Ukazało się już bowiem sporo książek i multum tekstów prasowych o wspomnianym okresie. Jednak to tylko złudzenie. Nie było dotąd w piśmiennictwie polskim podobnie syntetycznego i przekrojowego obrazu na ten temat. Co prawda w 1991 roku ukazała się podobna tytułem „Jesień narodów” Jacka Gorzkowskiego i Wojciech Morawskiego, ale sama data edycji wskazuje, że powstała wkrótce po tych wydarzeniach, co oznacza, że autorzy mieli  dostęp do bardzo ograniczonego zasobu źródeł, a poza tym siłą rzeczy brakowało im wtedy odpowiedniego czasowego dystansu. 33 lata bez mała po „jesieni narodów” tercet autorów mogło już śmiało podjąć się dzieła dokonania przekrojowej syntezy.  Sześć krajów jest przedmiotem analizy i opisu historyków: Polska, Węgry, NRD, Czechosłowacja, Rumunia, Bułgaria. Nie ma wśród nich ZSRR, ponieważ nie tylko owej pamiętnej, jak by nie było, jesieni „spokój panował w Moskwie”, a poza tym państwo to stanowiąc rdzeń obozu socjalistycznego, Układu Warszawskiego i RWPG, siłą rzeczy nie mogło podlegać tym samym, emancypacyjnym mechanizmom, tendencjom i nastrojom, które wstrząsnęły wspomnianą „szóstką”. Brak też w syntezie Jugosławii i Albanii, ponieważ ich daleko posunięta niezależność od bloku radzieckiego czyniła ich sytuację odmienną, choćby z braku czynnika „niepodległościowego”.

Nawet w czasach istnienia bloku socjalistycznego powszechna była świadomość, że pomimo pozornej jednolitości politycznej tworzących go państw, były między nimi bardzo duże różnice polityczne, ekonomiczne, kulturowe, wynikające z różnych tradycji  w tym względzie. Na Węgrzech („gulaszowy socjalizm”). W Czechosłowacji i w Niemieckiej Republice Demokratycznej stan gospodarki i poziom życia był wyższy niż w Polsce, Bułgarii i Rumunii. Wystarczyło wybrać się (jak piszący te słowa) do tych trzech pierwszych krajów latem i jesienią 1979 roku, na rok przed polskimi wydarzeniami 1980 roku, by naocznie przekonać się o uderzająco wyższym tam poziomie życia niż nad Wisłą, co wyrażało się m.in. w znakomitym zaopatrzeniu tamtejszych sklepów, przy jednoczesnym twardym, autorytarnym kursie politycznym. W Polsce sytuacja gospodarcza była znacznie gorsza, w sklepach panowały „pustki”,  a w  życiu publicznym ogólne rozprzężenie, natomiast szalała „polska anarchia („musi to na Rusi, w Polsce jak kto chce”) czyli panował relatywnie rozległy zakres realnych swobód, głównie w zakresie wolności słowa i wolności w stylu życia. Najgorzej było w Bułgarii i w Rumunii, gdzie coraz gorszej sytuacji gospodarczej towarzyszył brak liberalizmu politycznego na modłę polską. Były też między wspomnianymi krajami istotne różnice strukturalne. To wszystko powodowało, że także zakres i charakter przemian był zróżnicowany. I tak n.p. na Węgrzech nie doszło do gospodarczej „terapii szokowej” na wzór polski (reformy  Balcerowicza), gospodarkę przekształcano bardzo powoli, „miarowo”, natomiast „pierwszy niekomunistyczny rząd” Josefa Antalla podjął próbę (nieudaną) restauracji przedwojennych stosunków społeczno-ekonomicznych w duchu konserwatyzmu, co kilka lat później wyniosło do władzy pokadarowską lewicę. Także Czechosłowacja nie podjęła błyskawicznej reformy gospodarczej i zmiany dokonywały się z wolna. Spowodowało to petryfikację ekonomicznej dysproporcji między rozwiniętymi Czechami, a zacofaną Słowacją, co w 1989 roku doprowadziło do podziału państwa. Kompletnie odmienna była sytuacja w NRD, która została de facto inkorporowana przez superbogatą Republikę Federalną Niemiec. Rychło okazało się, że relatywnie wysoki dobrobyt enerdowski okazał się na tle Niemiec Zachodnich „bieda-dobrobytem” i na lata sytuacja w zjednoczonych Niemczech naznaczona została „klasowo-polityczno-cywilizacyjnym” podziałem na bogatych Wessich (dawna RFN) i biednych Ossich (dawna NRD). Wynikającym stąd napięciom towarzyszyła ostra lustracja polityczna i eliminacja ludzi dawnego systemu z życia publicznego, a jednocześnie powolne i bardzo kosztowne wchłanianie organizmu byłej NRD przez zachodnioniemieckiego Molocha. Najsłabsze tempo przemian politycznych  i gospodarczych było w Bułgarii i Rumunii, zwłaszcza w tej drugiej, gdzie po krwawej rewolcie, na długie lata władzę po obalonym i rozstrzelanym Ceausescu przejęli w praktyce jego rywale we władzach Rumuńskiej Partii Komunistycznej.

Autorzy bardzo drobiazgowo przeanalizowali przebieg, znaczenie oraz kierunek wydarzeń i przemian. Synteza o Jesieni ‘89 ukazała się w specyficznym momencie historii byłych państw socjalistycznych, każdego na swój, odrębny sposób. W Polsce i na Węgrzech doszło do odwrotu od demokracji i państwa prawa na rzecz populistycznego, prawicowgo autorytaryzmu. Czechy i Słowacja też przeżywają zawirowania. Bułgaria i Rumunia nie przeżyły w minionym trzydziestoleciu ani sukcesu ekonomicznego z prawdziwego zdarzenia, ani klarownych przemian politycznych. Najlepiej na Jesieni Narodów 1989 roku wyszła NRD, którą wzięła pod swój dach potężna gospodarczo i politycznie Republika Federalna Niemiec. W rozdziałach poświęconych kolejnym krajom autorzy skoncentrowali się na faktach, datach, personaliach. Ocenę ogólniejszych procesów zachodzących po przełomie jesieni 1989 roku pomieścili w zakończeniu. Zaakcentowali w niej kilka zjawisk szczególnie charakterystycznych dla lat, które nastąpiły. Po pierwsze, na dysproporcję, jaka pojawiła się po krótkim okresie względnego entuzjazmu społecznego dla samego faktu generalnej zmiany. Była to dysproporcja, a raczej rozdźwięk między werbalnym, propagandowym wychwalaniem „powrotu do Europy”, do liberalnych praw i swobód obywatelskich, i do „normalności” ekonomicznej czyli systemu kapitalistycznego, a narastającym rozczarowaniem społecznym ekonomicznymi rezultatami przemian. Rozczarowanie przyjęło to nawet na kilka co najmniej lat postać nostalgii (w Polsce pod hasłem „Komuno wróć”) za minionym ustrojem i jego zaletami, głównie ekonomicznymi, brakiem bezrobocia, regulowanymi cenami na wiele podstawowych artykułów, ograniczoną podażowo, ale nie finansowo, dostępnością mieszkań, itd. Wyraziło się to w wyborczej wygranej ugrupowań politycznych związanych organizacyjnie i personalnie z poprzednim systemem (w Polsce – dwukrotne zwycięstwo Sojuszu Lewicy Demokratycznej), przez politycznych przeciwników określanych jako „postkomunistyczne”. Wyjątkiem były Niemcy, aczkolwiek we wschodniej części tego państwa (byłej NRD) bardzo duże wpływy miała następczyni SED, Partia Demokratycznego Socjalizmu Gregora Gysi. Autorzy zastanawiali się też nad zdefiniowaniem dokonanych przemian w kategoriach politologicznych. Rozważali, które z określeń było do nich najbardziej adekwatne: rewolucja, transformacja, restauracja czy kontrrewolucja. Z ich analiz wynika, że była to, w różnych proporcjach, mieszanina rewolucji, transformacji i restauracji. Jednak w żadnym z  krajów charakter dokonanych przemian nie wyczerpywał w całości tych określeń. Rewolucyjnym do pewnego stopnia metodom obalenia poprzedniego systemu nie towarzyszyło bowiem ani obalenie państwa, ani fizyczna, zbrojna przemoc. Co do restauracji, to w niektórych krajach czynione były próby przywracania dawnych porządków (status quo ante), co w tym przypadku oznaczać miało porządki sprzed 1939 roku. Próby te były jednak słabe, bo i środowiska je podejmujące były raczej niszowe, a nawet próby udane były tylko namiastką oczekiwań inicjatorów. W Polsce n.p. do nielicznych tego rodzaju restauracyjnych zmian należało przywrócenie korony godłu orła, ale także nieporównywalnie bardziej brzemienne w skutkach przywrócenie przedwojennej skali wpływów kościoła katolickiego. Nie doszło natomiast w żadnym kraju do próby kontrrewolucji – generalna aprobata do przemiany ustrojowej jako takiej była jedynym elementem łączącym wszystkie siły polityczne od lewa do prawa. Jakkolwiek było, jest i jakkolwiek będzie – żyjemy akurat teraz w czasie właściwym do podsumowania owoców tamtej, pamiętnej Jesieni.

Adam Burakowski, Aleksander Gubrynowicz, Paweł Ukielski – „1989. Jesień narodów” , Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2021, 978-83-str. 695, ISBN 978-83- 8196-327-5

Mistrzostwo niejedno ma imię

W latach siedemdziesiątych piosenek w wykonaniu Andrzeja Dąbrowskiego, śpiewanych charakterystycznym, gardłowym, z lekka chropowatym, a jednocześnie bardzo ciepłym barytonem, słuchało się na okrągło. „Do zakochania jeden krok”, „Przygoda z Marią”, „A ty się bracie nie denerwuj”, „Zielono mi”  i inne – towarzyszyły naszym uszom nieustannie, ciągle „nadawane” w radiu – które było wtedy bardzo powszechnie używanym medium – i często obecne w telewizji. Można więc było usłyszeć głos Dąbrowskiego w domu, na ulicy, w radiu w aucie, na plaży, a „Do zakochania jeden krok” stała się jedną z najbardziej lubianych piosenek tamtych czasów. Do tego wiąże się z nią jedyny chyba w historii polskiej piosenki przypadek, że utwór ten wykonany został tym samym 1972 roku na dwóch najważniejszych polskich festiwalach piosenki, w czerwcu – w Opolu, w sierpniu – w Sopocie. Te piosenki były tak wszechobecne w eterze, że siłą rzeczy się je zapamiętywało i nuciło. Nie miałem jednak pojęcia, że Andrzej Dąbrowski (rocznik 1938) to także znakomity jazzman, popularny piosenkarz, kierowca rajdowy, fotografik i dziennikarz. nie miałem pojęcia, że jest to człowiek tak wielu talentów i zainteresowań.

„Relację o jego niezwykle bujnym życiu, o domu rodzinnym – najpierw Wilnie, potem w Krakowie, o rozlicznych pasjach, o przyjaźniach, koncertach i podróżach po świecie, a także o jego zaletach i wadach zanotowała, spisała i uzupełniła komentarzami Agnieszka Matynia-Dąbrowska, dziennikarka radiowa i telewizyjna, żona bohatera książki –  czytamy w nocie wydawniczej – Swoimi zainteresowaniami i zajęciami Andrzej Dąbrowski mógłby obdarzyć kilka osób, a każda z nich zyskałaby ciekawy i  bogaty w osiągnięcia życiorys. Najpierw pojawiła się fascynacja motoryzacją, chwilę później – jazzem i fotografią. Zupełnie niespodziewanie przyszedł pierwszy sukces, gdy w 1957 r. dziewiętnastolatek, student krakowskiej Państwowej Wyższej Szkoły Muzycznej, zdobył wicemistrzostwo Polski w… rajdach samochodowych. A wkrótce stał się jedną z ważnych postaci polskiego ruchu jazzowego – najpierw jako perkusista, później także wokalista jazzowy. Na scenie debiutował w trio Andrzeja Kurylewicza. Potem przez ponad pół wieku grał i nagrywał m.in. z Wandą Warską, Wojciechem Karolakiem,  Janem „Ptaszynem” Wróblewskim, Krzysztofem Komedą, Urszulą Dudziak, Michałem Urbaniakiem… Miał też okazję występować ze Stanem Getzem i Artem Farmerem, fotografować za kulisami Duke’a Ellingtona, a na scenie Sarah Vaughan czy Counta Basiego”.

Opowieść Andrzeja Dąbrowskiego (obficie ilustrowana fotografiami, w dużej części także jego autorstwa), to opowieść o pierwszych latach życia, a tym samym o jego wieleńskiej genealogii rodzinnej, o pierwszych fascynacjach muzycznych, przede wszystkim jazzowych, automobilowych, a motoryzacyjnych w ogólności, o licznych podróżach po całym globie, o muzycznych saksach na Zachodzie. W tle życie polskie i europejskie tamtych czasów. Całość napisana została barwnie, potoczyście, atrakcyjnie, dowcipnie, tak, jakie było życie Andrzeja Dąbrowskiego, człowieka przy tym bardzo sympatycznego i wartościowego.

Agnieszka Matynia-Dąbrowska – „Andrzej Dąbrowski. Do zwariowania jeden krok”, „Czytelnik”, Warszawa 2021, str. 453, ISBN 978-83-07-03507-9

„Gry wojenne” Jacka Bartosiaka

Ponadprzeciętnie wrażliwym na kwestie bezpieczeństwa, łatwo tracącym jego poczucie pod wpływem rozmaitych hiobowych informacji czy pogłosek na temat zagrożeń wojennych, raczej odradzam lekturę tej książki. Wydawca śmiało mógłby pomieścić na okładce ostrzeżenie: „Nie dla osób wrażliwych”, albo „Tylko dla czytelników o mocnych nerwach” Mogłyby ono niektórych odstraszyć, ale innych, zwolenników silnych emocji, do lektury zachęcić. Już sam tytuł – „Nadchodzi III wojna światowa. Czy Ameryka porzuci Polskę na pastwę Rosji?” może przyprawić o przyspieszenie oddechu i bicia serca. Książkę tworzy zapis rozmowy między Jackiem Bartosiakiem a Piotrem Zychowiczem, dwoma bardzo „nośnymi” ostatnimi czasy autorami. Zychowicz to publicysta o poglądach prawicowych, ale o niepełnej prawomyślności od czasu, gdy ukazała się jego książka o Powstaniu Warszawskim, „Obłęd ‘44”. Po tym, gdy tak nazwał i opisał jedną z prawicowo-katolickich świętości ideologicznych, nie mógł już liczyć na jednoznaczną sympatię ze strony prawicowej krytyki. Z kolei Bartosiak objawił się jako analityk europejskiej  przestrzeni geopolitycznej i wojskowej. Stara się ukrywać swoje przekonania ideowe czy polityczne, ale tu i ówdzie nie da się ukryć, że również ma sympatie prawicowe. Zwracam na to uwagę, jako że w takich kwestiach jak wojskowość czy prognozy i strategie wojenne, geopolityczne, indywidualne filiacje polityczne mogą mieć wpływ na ich brzmienie i znaczenie. Mimo to przystąpiłem do lektury z maksymalną otwartością, tym bardziej, że Bartosiak zyskał ostatnio opinię ciekawego i kompetentnego eksperta i komentatora  geopolitycznej  oraz wojskowej sceny europejskiej, z którego to powodu zapraszany był swego czasu do niektórych stacji telewizyjnych. Bartosiak założył też think tank „Strategy & Future” i napisał kilka książek: „Pacyfik i Eurazja. Wojna”, „Rzeczpospolita między lądem a morzem. O wojnie i pokoju”, „Przeszłość jest prologiem. Koniec końca historii”, „Wojna w kosmosie”.

Okładka jego najnowszej książki, „Nadchodzi III wojna światowa”, z apokaliptycznie brzmiącym podtytułem „Czy Ameryka porzuci Polskę na pastwę Rosji?”, opatrzona jest sugestywną barwną fotografią atomowego prawdopodobnie wybuchu. Część z dwunastu rozdziałów-rozmów zatytułowana jest w sposób „deterministyczny”: „Kiedy wybuchnie III wojna światowa?”, „Czy Ameryka idzie na zderzenie”, „Czy Chiny zdominują świat?”, „W co gra Władimir Putin?”, „Czy klęska wrześniowa może się powtórzyć?”, „Czy Polska może odeprzeć atak Rosji?”, „Jakiej armii potrzebuje Polska, by wygrać wojnę?”, „Czy Stany Zjednoczone nas porzucą?”, „Czy mocarstwa będą walczyć w kosmosie?”, „Czy Izrael przetrwa na Bliskim Wschodzie?”, „Jakie wnioski należy wyciągnąć  z II wojny światowej?” i „Czy Rzeczpospolita będzie trwała wiecznie​?”.

Zgodnie z brzmieniem tytułów, także analizy i oceny Bartosiaka (to on jest w tej rozmowie-rzece partnerem dominującym, formułującym główne wnioski i prognozy) brzmią alarmistycznie. Jego rozmówca Zychowicz przyjął na ogół rolę wyrażającego wątpliwości, zadającego pytania i – jako historyk – konfrontującego współczesność z najnowszą historią.

Gdyby spróbować w pewnym uproszczeniu streścić najważniejsze tezy i prognozy Bartosiaka, to sprowadzają się one do następujących konkluzji: skończyło się trzydziestolecie europejskiego spokoju, rozpoczęte upadkiem ZSRR i powstaniem nowego ładu na kontynencie i w świecie, Rosja po okresie panującej od 1991 roku smuty przebudziła się ze snu i odmroziła swoje imperialne aspiracje i dążenia w Europie Wschodniej, a uzbrojona po zęby zagraża niepodległości Ukrainy (Białoruś już realnie zmajoryzowała), krajów nadbałtyckich i systematycznie odbudowuje wpływy w Europie. W tej sytuacji radykalnemu pogorszeniu uległo, zwłaszcza od 2014 roku, czyli od inwazji na Ukrainę (zajęcie Krymu i Donbasu) geopolityczne położenie Polski, nad którą po krótkim „odpoczynku od historii” rozciągnęło się stare, przeklęte fatum geopolityczne i wizja „nowej Jałty”. Bartosiak prognozuje też nieuchronność napaści militarnej Rosji na Polskę, przy czym w sposób nie do końca jednoznaczny przewiduje rezultat tej wojny.

Lektura książki na pierwszy rzut oka może wzbudzić uznanie dla wiedzy rozmówców i dla przenikliwości oraz brawury publicystycznej Bartosiaka.  Jednak po tym pierwszym wrażeniu, gdy wczytamy się nią uważnie, widać coraz więcej defektów narracji. Bartosiak z jednej strony niby bez znieczulenia przedstawia położenie Polski pesymistycznie, apokaliptycznie, by w ostatecznej konkluzji formułować wnioski  naiwnie wręcz optymistyczne, co jawi się dość słabo intelektualnie. W książce od takich niedoróbek diagnostycznych i rażących sprzeczności aż się roi. Oto kilka tylko przykładów. Na 60 stronie obaj autorzy zgodnie i z satysfakcją stwierdzają, w oparciu o uwagi dyplomatów chińskich, że „Polska jest dla Chin bardzo ważnym państwem świata”, by na stronie 168  uznać deprecjonująco, że „jesteśmy małym krajem Europy Środkowo-Wschodniej”. Na stronie 168 określają „Rosję jako wielkie mocarstwo”, podczas gdy dwie strony wcześniej Rosja (166) określona jest jako „wcale nie takie potężne państwo”. To jak w końcu jest, Panowie Autorzy? W obliczu prognozowanego przez Bartosiaka słabnięcia związków Polski z USA (m.in. wycofywania żołnierzy z jej terytorium), jako „realnych, a nie egzotycznych” sojuszników Polski w przewidywanym starciu z Rosją wymienia on …  m.in. Szwecję i Rumunię (str. 167) (sic!!!). Poza tym w generalnym tonie ocen pesymistyczne oceny szans Polski w konfrontacji z Rosją stają w sprzeczności z krańcowo naiwnymi aktami „wiary w Polskę”, w jej siły zbrojne i geniusz strategiczny przywódców cywilnych i wojskowych, zdolny do stawienia czoła tym niebezpieczeństwom. Takich „kwiatków” jest mnóstwo.

Już po lekturze książki, sięgnąłem do „sieci”. Informacje dotyczące autora, którego życiorysu dotąd nie znałem, wskazują, że traktowanie Bartosiaka jako bezstronnego eksperta  byłoby nader lekkomyślne. Jako pisowski nominat był on w latach 2017–2018 członkiem Zespołu Doradczego Pełnomocnika Rządu ds. Centralnego Portu Komunikacyjnego, a w latach 2018-2019 – prezesem spółki celowej do spraw budowy Centralnego Portu Komunikacyjnego. Czy związek publicystycznych tez i prognoz Bartosiaka, w szczególności radykalnego akcentowania zagrożeń wojennych z polityką rządów PiS, którym na rękę jest tworzenie psychozy wojennej, to przypadek? Niech osądzą to czytelnicy.

Także merytoryczna wartość diagnoz i prognoz Bartosiaka poddawana jej krytyce przez spore grono osób.  Zarzuca się mu, iż w swojej publicystyce  „wybiórczo dobiera fakty w celu przedstawiania swojego światopoglądu, zamiast naukowego dążenia do poznania prawdy. Zarzuca mu się „geopolityzm”, czyli „postrzeganie wszystkich sfer życia politycznego przez nadrzędny pryzmat geopolityki”. Zwraca się uwagę na „braki warsztatowe i błędy faktograficzne, jednostronne oparcie się na źródłach oraz pobieżne i wybiórcze cytowanie wybranych autorów, stawianie szczegółowych, oderwanych od faktów tez, na podstawie których wysnuwa on daleko idące wnioski oraz,  przedstawianie samej geopolityki jako wiedzy niemal tajemnej i skrywanej przed laikami, ocieranie się niekiedy o teorie spiskowe, posługiwanie się hermetycznym językiem, którym opakowuje uproszczone wnioski, powoływanie się na wiedzę pochodzącą z rozmów z niewymienianymi z nazwiska „ważnymi ludźmi”, co utrudnia jej weryfikowanie”. Bartosiak ma też „bazować na społecznej niechęci do rodzimych elit oraz kompleksu do Zachodu”. Zarzuca mu się   „wewnętrzną sprzeczność części wywodów oraz determinizm geograficzny – zbytnie skupianie się na czynnikach geograficznych, wyprowadzając na ich podstawie rzekomo „odwieczne”, „żelazne” oraz „obiektywne prawa geopolityki”, które uznawane są za „kamień filozoficzny” objaśniający politykę międzynarodową, ignorowanie uwarunkowań kulturowych, ekonomicznych, politycznych, społecznych, pomijanie istnienia UE, bezkrytycznie przyjmowanie tradycyjnych, XIX-wiecznych, darwinistycznych koncepcji geopolitycznych, pomijając ich późniejsze podważenie w nauce o stosunkach międzynarodowych oraz fakt, że większość tamtych koncepcji z założenia miała służyć uzasadnianiu imperialistycznych polityk ówczesnych mocarstw, w tym ekspansjonizmu III Rzeszy, jako niepokojące określa używanie przez Bartosiaka terminu Lebensraum w sposób neutralny”.

Jacek Bartosiak był dyrektorem Programu Gier Wojennych i Symulacji Fundacji Pułaskiego. Może tu zaczyna się jeden z tropów prowadzących do wyjaśnienia sposobu myślenia Bartosiaka? Jego darwinistyczny, mechanicystyczny, pozbawiony empatii i wrażliwości społecznej i humanistycznej, a tym samym nierealistyczny stosunek do koszmaru wojny, jest być może rezultatem wychowania się na komputerowych grach wojennych, gdzie jednym kliknięciem guzika na konsoli zabija się całe armie, a krew i cierpienie są tylko barwnym widmem na komputerowym ekranie.

Jacek Bartosiak, Piotr Zychowicz – „Nadchodzi III wojna światowa. Czy Ameryka porzuci Polskę na pastwę Rosji?”, Dom Wydawniczy „Rebis”, Poznań 2021, str. 300, ISBN 978-83-8188-354-2

Poezja, kobiecość i historia

„Piękno i piekło”, to opowieść poetki o poetce. Anna Piwkowska, która w 2017 roku w „Tartej róży” (PIW, seria „Poeci do kwadratu”) wierszami Beaty Obertyńskiej przedstawiła i poniekąd przypomniała tę postać, napisała wnikliwą i przejmującą książkę o życiu (i poezji) tej dziś na nowo odkrywanej poetki. A życie to było burzliwe – od dzieciństwa i młodości we Lwowie, przez aresztowanie i zesłanie do łagru Loch-Workuta, przez uwolnienie, wstąpienie do Armii Polskiej w ZSRR i przejście szlaku bojowego (Iran, Palestyna, Egipt, Włochy), po osiedlenie się w Londynie… „ – czytamy w nocie wydawniczej. Dość typowy wojenny, dramatyczny polski los, od dzieciństwa i młodości na Kresach Wschodnich, poprzez traumę zesłania na Syberię, do londyńskiej, powojennej emigracji. Typowy, ale jednocześnie nietypowy, bo mamy do czynienia z utalentowaną poetką, o talencie odrębny, oryginalnym, ale w jakimś ogólnym sensie pokrewnym talentowi takich poetek jak Maryla Wolska, Maria Pawlikowska-Jasnorzewska czy Kazimiera Iłłakowiczówna. Łączy je pewien wspólny ton – poetyckiej wrażliwości kobiecej, a przy tym wrażliwości właściwej tamtej poetyckiej epoce.

Ponieważ jednak mamy do czynienia z autorską biografią, napisaną przez Annę Piwkowską, poetkę i pisarkę, a nie bezosobowym dziełem dokumentalnym, więc wypada nieco miejsca poświęcić i jej.

Anna Piwkowska (rocznik 1963) jest również autorką dwóch powieści. “Ślad łyżwy” (2007), to historia, która ma swoje korzenie w biografii austriackiego ekspresjonisty Georga Trakla, podejrzewanego o kazirodczy związek z siostrą Gretą. Nie jest to jednak biografia, lecz wielowątkowa, synestezyjna impresja na temat ludzi, dla których sztuka jest najwyższą wartością. “Franciszka” (2014), to staroświecka powieść dla młodzieży, której tytułowa bohaterka odrzuca popularne wśród rówieśników książki o czarodziejach, poszukując w świecie magii. Odnajduje ją w dwóch rodzących się w niej uczuciach – miłości do chłopaka i do poezji. W wydanej w 2017 roku biografii “Wyklęta. Poezja i miłość Mariny Cwietajewej” Piwkowska rozkłada życiorys rosyjskiej poetki-nonkonformistki na części pierwsze, aby wydobyć z niego najpełniejszy obraz jej rozterek, miłości (zarówno literackich, jak i osobistych), radości i inspiracji. Trudny życiorys pełen wyjazdów, romansów, tragedii miał swoje odbicie w jej utworach – niełatwych, wielowarstwowych i innowacyjnych. Piwkowska opowiada życie Cwietajewej bez oferowania czytelnikom propozycji interpretacyjnych jej twórczości – część z nich nasuwa się sama po lekturze “Wyklętej”. Jest też autorką opowieści o Annie Achmatowej („Achmatowa czyli Rosja, 2015). Pięknie i potoczyście opowiedziana historia życia Beaty Obertyńskiej naznaczona jest dużą emocjonalną wrażliwością autorki biografii, syntonią, empatią psychiczną, umiejętnością wczucia się w emocjonalność bohaterki biografii i w świat jej osobowości.

Anna Piwkowska – „Piękno i piekło. Opowieść o Beacie Obertyńskiej”, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2021, str. 371, ISBN 978-83-8196-280-3 

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko