Wacław Holewiński – Mebluję głowę książkami

0
138

Viva la muerte!

Cztery teksty, mnie więcej, objętościowo, równe. Trzy ściśle ze sobą związane, czwarty, aż do ostatniego zdania, pozornie nieprzystający do reszty.

Klimko-Dobrzaniecki od lat mieszka w Austrii. Trochę zapewne nią przesiąkł. Nawykami jej mieszkańców, ustalonym rytmem życia, obyczajem. Wgryzł się w mentalność, w obciążenia historią, w megalomanię wiedeńczyków, w ich poczucie wyższości… I tym miksem, czasami żartobliwym, czasami dosadnym, czasami tylko opisowym, nasycił tę książkę.

Wchodzimy w ten klimat dziwną rozmową ojca z synem. Jest powojenna Austria, kilkunastoletni syn, z uporem maniaka, próbuje grać czarny jazz. Na trąbce. W gruncie rzeczy, ta rozmowa, mimo zapewnień ojca, że jest konieczna, długo trzyma czytelnika w niepewności. To trochę jak dialog sceniczny, błyskawiczne riposty syna i jakieś powolne, zawoalowane isynuacje starszego z Bühmów. Teksty na temat Żydów, Jezusa, pieniędzy, obcokrajowców, wojny, męskich przyjaźni, generała Franco, wszystkiego i niczego. A potem przyspieszenie, finisz jak w wyścigu kolarskim. Ta trąbka, papier toaletowy, podglądanie brata przez siostrę. Dojrzewanie, seks. I płatna miłość. Coś poza współczesnym, zwłaszcza polskim, obyczajem. Burdel, inicjacja, pieniądze wykładane na tę naukę przez ojca. Znika jazz, jest tradycja, dziedziczenie firmy. Coś za coś.

W drugiej części Hans zmienia się w Ernesto. Może nie od razu, może dopiero później? A może od wczesnej młodości? W każdym razie syn wyrósł, zgodnie z założeniem przejął firmę – nie wiedzieć jaką, może odzieżową, ale dobrze prosperującą. Ożenił się. Jedno pozostało niezmienne – niechęć, więcej niż niechęć, do siostry. Tej, która ujawniła jego dziwny proceder z trąbką. Ale Hans/Ernesto jest już poważnym człowiekiem. Z żoną, choć bez dzieci. Ich oboje mieć nie mogą. Ona zarządzając domem gdzieś poza Wiedniem, on z kochankami, małym haremem, choć to żona rzeźnika jest tą, z którą czuje się najlepiej, z kolekcją obrazów, z zawieszonym w sypialni hasłem hiszpańskiej Legii Cudzoziemskiej „Viva la muerte”. Ale to nie żona jest ozdobą kolejnych kart książki. Ursula krzyczy „Rżnij mnie na śmierć, ty kapitalistyczny sukinsynu”, albo: „Pieprz mnie tak, żebym nie mogła sikać z bólu, synu Bühma, tekstylnego barona naszej ojczyzny!” Tak, erotyzm Hansa vel Ernesto, jest motorem jego życia, napędem. Nawet we flakach Margaret, w ich przepisie, sposobie robienia jest jakaś podskórna, seksualna emocja.

Pozornie wszystko jest już utkane jak należy, wrócił nawet jazz. Bezpieczna Austria. Bogata, ułożona, stabilna.

W trzeciej części słuchamy Ingeborg, żony Hansa. Roztytej, zapijaczonej, samotnej, z pogardą dla służącej Polki… Nieszczęśliwej? Nie! W wózku, po udarach, ale z poczuciem, że wszystko w jej życiu jest takie, jakie być powinno. Nawet śmierć ma przyjść gdzieś koło osiemdziesiątki, taka austriacka, dla kobiety, przeciętna. Ale przecież to opowieść o rodzinie. O znienawidzonej szwagierce, jej synach pederastach, o masażyście, który jako drugi dotknął jej nagiego ciała, o mężu, który polubił odważne stroje, fryzury, samochody, który stał się opiekuńczy, fakt na chwilę, a potem pomaszerował wraz z Legią Cudzoziemską gdzieś na Saharę, rozpłakał się po śmierci trzech oficerów, postanowił napisać powieść o swoim życiu, która będzie mogła się ukazać dopiero po jego śmierci. A potem nagle, znów w przyspieszeniu, upadek Ernesto ze schodów, utrata pamięci, kuratela Elisabeth, dom opieki. Wszystko na opak. Wszystko miało być inaczej.

I czwarta część. Tak, pozornie odbiegająca od reszty. Ale może w niej, jak w soczewce, widać współczesną Austrię, z jej patologiami, z systemem opieki społecznej, który pozwala żyć na cudzy koszt, z Oliwkowymi, którzy pracują przez chwilę, sprowadzają żony, dzieci, rodziców, modlą się na placach, w parkach, wypierają Gówno Ziemi Niewiernych.

I tak przez rok, trzy, pięć, wydawałoby się wiecznie. I nagle cięcie. Trzy panie w komisji, a w odwoławczej trzech panów. Nie dają się nabrać ani na wieczny ból głowy, ani – zgroza współczesnego świata – na bycie Żydem.

Klimko-Dobrzaniecki puszcza do nas oko. Kpi, ale przecież nie omija prawdy. Drąży, przebija balon, śmieje się, my wraz z nim. Ale wszystko do czasu. Zwłaszcza, że najgorsi na świecie są Szwedzi. W Austrii obżerają się sznyclem po wiedeńsku, co serwując w zamian? Kartofle z koperkiem. Niezbyt dobrym, duńskim!

Hubert Klimko-Dobrzaniecki – Niech żyje śmierć!, Noir sur Blanc, Warszawa 2021, str. 184.

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko