Sylwia Kanicka – poezja uszyta na miarę czy niewygodna dla odbiorcy?

0
530

            Sięgając po zbiór wierszy zastanawiam się, co nowego w nim zobaczę, jakie zostawi we mnie uczucia. Często znam utwory autora, jednak zdarza się, że jest to  pierwsze, dłuższe, zetknięcie z jego poezją. Każdy tomik czytam dokładnie, zaraz po otrzymaniu, szukając ważnych dla mnie, w nim, elementów. Są zbiory wierszy, które żyją własnym życiem, i takie, których życiem jest miniony okres, zapisany poetyckim językiem. Z tymi zbiorami spędzam zazwyczaj dużo czasu, a gdy podszyte są wydarzeniami historycznymi, wówczas ten czas zdecydowanie wydłużam, gdyż pochłaniają mnie do reszty.

            Tak się stało w momencie zetknięcia z poezją Krzysztofa Micha, a następnie z jego zbiorem wierszy „Śladami”, który pojawił się nakładem wydawnictwa MK w 2021 roku i, co ważne, został przetłumaczony na język hebrajski przez Orit Zehavi, która powiedziała, że wiersze w tym zbiorze „Są proste językowo i bardzo skomplikowane tematycznie” (s.75).

            Na początek posłużę się słowami autora:

„Ta książka jest podróżą, wędrówką poprzez zawodną, a czasem wybiórczą pamięć. Jak to w czasie wędrówki bywa – poznajemy różnych ludzi.” (Krzysztof Mich, Śladami, s. 5), by pokazać, jak będą przetaczać się wersy w znajdujących się, w niej, wierszach. Podróż, zazwyczaj sama myśl o niej, wywołuje dreszcze i entuzjazm, szczególnie, gdy jest wyczekiwana, wymarzona. Czy tak będzie czytając wiersze Micha. Zdecydowanie nie będziemy zwiedzać kwietnych ogrodów z cudownie rozciągającymi się widokami. Autor zabiera czytelnika w podróż, która pozwoli spojrzeć inaczej, może pierwszy raz, na różne wydarzenia i nie będą one wywoływały uśmiechu na twarzy. Mich wspaniale prowadzi, używając poetyckich określeń, po ciemnych obrazach, po szarych chwilach. Jedno mogę powiedzieć już na początek. Tego zbioru się nie czyta. Tego zbioru czytelnik się uczy i od niego samego zależy, czy chce tą naukę przyswajać, by „jakikolwiek zostawić ślad / choćby zdartych paznokci / na czarnej od sadzy ścianie / nie dla siebie przecież” (zostawić ślad, str. 6), czy tylko patrzeć na położony „pośrodku głaz z napisem / (…) / „pomnik zagłady Żydów / atrakcja turystyczna”” (Radziłów ulica Piękna, s. 64). Zbiór „Śladami” wywołuje poszarpane emocje, tak, jak poszarpany jest miś, na okładkowej grafice, wykonanej przez Marię Kuczarę, ale przede wszystkim rozbudza zainteresowanie, a może nawet otwiera oczy.

            „Śladami”, jak sam tytuł wskazuje, będzie prowadził czytelnika od miejsca do miejsca, będzie pokazywał sytuacje, które zapisały się w historii, o której mocno i głośno się nie mówi. Przywołanie wydarzeń na „górze Horeb” (dziesiątka, s. 8), na której Jahwe powołał Mojżesza na wybawiciela Izraelitów, przekazał mu tablicę z dziesięcioma przykazaniami i zawarł przymierze z tym narodem, to przemyślany sposób wprowadzenia czytelnika w świat, o którym będzie mowa w wierszach. Kamienne tablice, mające być drogowskazami dla ludzi, niestety, w wielu przypadkach, okazały się nieskuteczne, a ich przestrzeganie zapomniane, tylko czy przez Izraelitów? Wiersze w zbiorze pokażą, jak bardzo ten, wybawiony, przez Mojżesza, naród stał się znów zamknięty, poniżony i zapomniany. Gdyby czytelnik miał jeszcze wątpliwości o czyjej historii czyta, autor wpisuje w utwory dedykację. Myślę, że każdy, przed przystąpieniem do wiersza, powinien sprawdzić o kim mowa. Tutaj nawiążę do postaci Ryfki Tiktiner (Rebeki Tiktiner), żydowskiej uczonej, która napisała dzieło o wychowaniu i obowiązkach kobiet, pragnąc wiedzą „…napoić młode, złaknione kobiety” (wspomnienie karmicielki, s. 10) żydowskie. Tematyka tego zbioru nie jest spotykana w poezji, należy do tej odważnej, która przeciera szlaki.

            Wracając do elementu podróży. Wiersze, w zbiorze, przemieszczają się po terenie naszego kraju. Dla jednych będą to po prostu punkty, dla innych te punkty to ból, smutek i żal. Czytelnik może poznać historię związaną z życiem Żydów, która nie jest usłana różami, jak mówi przysłowie. Mich nie pisze bezpośrednio i wprost o tym, co się w danym miejscu działo, jednak nie pozostawia złudzeń, że działo się źle, a postacie tamtych czasów „błąkają się nocą pośród drzew / gdy ziemia nimi oddycha / jakby szukały drogi do nieba” (gwiazdy nad Tykocinem, s.14). Autor posiada w sobie niezwykłą delikatność, bo pisanie o rozstrzelanych żydowskich mieszkańcach Tykocina, w 1941 roku, wymaga dużej odpowiedzialności za słowa. Ubiera wydarzenia w szaty dostępne do przyjęcia przez czytelnika:

            „nie wiedzieli że władcy burz mieli inny plan
            przyszli po nich o świcie
            powiedzieli że zabierają ich w bezpieczne miejsce
            (…)
            potem zapadła cisza
            aż do dzisiaj” (grad łopuchowskim lesie, s. 12).

            To stwierdzenie „aż do dzisiaj” (j.w) sugerować może, iż nastał czas, by mówić o tym głośno, nie ukrywać, nie tuszować. Powoli to wszystko się dzieje, choć jeszcze nie każdy jest wstanie przyjąć taką historię, szczególnie, gdy w jej haniebnym tworzeniu brali udział rodacy, jednak „co winne maki czym zasłużyły na śmieć / nic nie zrobiły widzisz to wina opium / że ich nie ma” (gdzie tamte maki, s. 26), a maki to tylko obraz, symbol żydowskich kobiet, zamordowanych w sierpniu 1941, w Bzurach, gdzie sprawcami byli, również, polscy mężczyźni. Historia mówi, że to nie jedyne takie wydarzenie, w którym Polacy brali udział. Nie chcę tutaj opisywać przebiegu tych zbrodni, nie o to przecież chodzi. Chcę tylko, krótkim słowem, pokazać, że to, co wcześniej napisałam o przyjmowaniu historii z całym jej bagażem, bywa kłopotliwe, a przykładem tej kłopotliwości może być Szczuczyn, który „teraz czeka w ciszy / na kolejne pokolenia / przygotował im nowe talie” (jest takie miejsce, s. 30), a kiedyś odbył się w nim pogrom ludności żydowskiej. Nie szukam wytłumaczenia, nie oceniam postępowania, przytaczam jedynie fakty, o których mowa w utworach Krzysztofa Micha. Na terenach naszego kraju, narodowi żydowskiemu, cierpienia dostarczała sytuacja, która na te ziemie dotarła, jak choćby wydarzenia w Kałuszynie, które trwały od pierwszych dni wojny, a podczas których:   

            „za Kałuszynem przy drodze
            jak wejście do ukrytego schronu
            pośrodku piaszczystego pola
            (…)
            cudze kobiety i wystraszone dzieci
            rozstrzelali zgodnie z rozkazem” („dziurka od klucza”, s. 56).

            Wiersze Micha nakazują poznawanie historii, choć nie robią tego nachalnie, raczej w sposób bardzo przemyślany, by nie odepchnąć od siebie czytelnika. Zalecają, by ją poznać, aby nie było, jak w dzisiejszym Zabłudowie, gdzie nie znajdzie się śladu obecności żydowskiej społeczności, a jedynie pozostałości po ich cmentarzu i  ”trzy suche zdania / po jednym na każde / pół tysiąca ludzi” (Zabłudów, s. 46) sugerujące, że w nim właśnie przebywali.

            Poezja Micha wymaga od czytelnika zdobywania wiedzy, a każdy kolejny utwór to kolejna lekcja. Autor pisze o tworzonych gettach, jak choćby tym w Mordach, z którego próbowano uciekać, „ale ucieczka to nie pora na zachwyty / wtedy liczy się czas bodziec reakcja / długie kroki i zwinne ruchy” (ostatni przystanek Mordy, s.66); z których wywożono do obozów zagłady mamiąc „… że jadą do pracy /  niektórzy może nawet uwierzyli / skoro każą pracować to i jeść dadzą” (droga na Umschlagplatz, s. 60), a wspomniana w tytule droga nawiązuje do miejsca wywozu Żydów z getta warszawskiego. Na koniec autor przywołuje sam obóz w Bełżcu, który doprowadza do całkowitego upodlenia, gdzie opracowywano techniki zabijania, a opanowane metody przekazywano w inne miejsca. Zginęło w nim mnóstwo ludzi. Mich pisze wprost:

            „gdy patrzę na to pole wiem że ona jest gdzieś tutaj
            przykryta popiołem jak w Herkulanum lub Pompejach
            mówią że wulkan znowu się obudził” (na polu koło Bełżca, s. 68)

Takich opisów w zbiorze znajdziemy bardzo dużo. Prawie każdy kolejny wiersz to kolejny rozdział. Zagłada Żydów na polskich terenach, niezależnie kto, bezpośrednio, się do niej przyczynił, miała ogromny zasięg i dziś nie jest tematem rozmów, raczej stoi z boku, czekając, aż ktoś się nią zainteresuje. W tym celi, w niektórych momentach, autor, by jeszcze lepiej dotrzeć do odbiorcy, wręcz go ostrzega, by na miejsca tej, prowadzonej w zbiorze podróży, spojrzał inaczej:

            „nie jedz jagód z tego lasu synku
            przyśnią ci się ludzie
            potraktowani
            jak zwierzęta.” (nie jedz, s. 42)

            Czego więcej oczekiwać od poezji, pisanej na podstawie historii, jak nie lekcji, które należy w sobie przetrawić. Zbiór „Śladami” spełnia te oczekiwania. Nie odrzuca strasznymi opisami, nie zniesmacza obrazami. Mogę powiedzieć, że jest dostępny, odbiorowo, dla każdego pokolenia. Rodzi się jednak pytanie, które przytoczyłam już wcześniej, czy odbiorca chce takie wiersze czytać. Utwory Micha nie zmuszają do tego, nie są natrętne. Jednak, gdy zacznie się w tą poezję wchodzić, zauważy się jej magnetyzm, nieustające przyciąganie do siebie. Nie mogę powiedzieć, że jest to łatwa poezja, gdyż Mich tak naprawdę, pomimo całej poetyckiej otoczki, nie stosuje ubarwień. Jest jednak poezją, która zostawia ogromny ślad w czytelniku, a każdy ten ślad daje nadzieję, że historia już nigdy nie zatoczy koła, nie będzie powtórzona. Dodatkowo, może taka poezja, otworzy niejedne drzwi i pozwoli, by mówiono o jej treści głośno, nawet jeżeli bywa niewygodna.

Krzysztof Mich, ŚLADAMI (wydawnictwo MK Maria Kuczara, Kraków 2021)

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko