Murat Yurdakul – Chłodna Rana

0
70
Murat Yurdakul

    Wczoraj znowu spędziłam jedną z moich nocy z wieloma innymi osobami. Gdy weszłam do pokoju, zaczęłam rozpinać koszulę. Począwszy od góry. Kiedy dotarłam do trzeciego guzika, ktoś złapał mnie za rękę i otworzył ją. Nie było w niej niczego ani nawet żadnego śladu po czymkolwiek.

    Czy goście zawsze powinni być zadowoleni… Po jednej z ciemnych nocy, przebalowanej aż do samego rana. Obudził mnie telefon czy coś zadzwoniło mi w uszach? Spoglądam w lustro.

– Cześć… Czy to ty, Shule?

– Mnie też nie poznajesz? Widzę, że działanie twojego opium utrzymuje się jeszcze, do końca cię nie opuściło. Minęła zła noc.

– Skąd wiedziałaś?

– Wiem, przez co przechodzisz.

– Och… cóż… przestań żartować i powiedz mi, dlaczego dzwoniłaś.

– Muszę się z tobą pilnie zobaczyć. Przyjdź o godzinie czwartej do Mistika Cafe, tej w starych domach Antiochii.

– W porządku, ale słuchaj, mówię ci z góry, nie czekaj na mnie, ja jak zwykle się spóźnię. To tyle.

– Tak, Shule zrobi to, co rozkażesz.

– Znowu mruczysz, ćwierkasz.

– No dalej, rozłączam się, Kadir. Już patrzy mi w oczy.

– W porządku, w porządku, to tylko twoja Kadir.

– Całuję was oboje. Zobaczymy się.

– Moja córeczka Kadir. Chodź tutaj, przyjdź do mnie kotku, koteczku…

– Gdzie jesteś? Czy nie byłaś głodna? Jestem pewna, że znów siedzisz przy oknie, ruszasz pyszczkiem i patrzysz na ptaki. I tak będziesz głodna, Kadir moja lady…

    Portier zostawił mleko i gazetę przy drzwiach. Utknęłam w wiadomościach na trzeciej stronie, kiedy próbowałam spojrzeć i ogarnąć straszne informacje. Kronika wypadków. Mężczyzna zastrzelił zdradzającą go żonę i swoją przyjaciółkę. Młoda dziewczyna popełniła samobójstwo, ale przyczyna jest niejasna. Wczoraj późnym wieczorem w wypadku samochodowym zginął młody człowiek. Pod maleńkim zdjęciem nastolatka znajduje się podpis z informacją o jego wieku. Ale ze zdjęcia nie widać ani jego wieku, ani nie można nic powiedzieć na temat trybu jego życia. Jego oczy są najbardziej oczywiste. Przemawia z nich jakiś dramat. Mają najwięcej do opowiedzenia…, ale na dzisiaj tyle. Wystarczy mi. Składam gazetę, dodając świeżo poznane fakty do znanej mi literatury o śmierci i przypadkach różnych śmiertelników, którzy są wszyscy do siebie tak bardzo podobni w tych gazetowych newsach.

    W całej mojej sypialni są ślady wczorajszych gości. W powietrzu unosi się ciężki zapach skóry zmieszanej z potem i wonią gastrycznych gazów. Powinnam otworzyć okno.

Południe.

    Brudna pościel leży na podłodze. Puste butelki po winie, kieliszki, jakby starannie rozmieszczone w całym pokoju przez wykwalifikowanego artystę, aby zakończyć malowanie nocnej balangi. Artysta założył mi jedne ze swoich okularów. Mam szczęście, że nie nadepnęłam na coś dziś rano. Czy mogę powiedzieć, że były to szczęśliwe godziny? Najlepsze pory dnia powinny być tak proste, jak to tylko możliwe… jak najdalej od zegara  i innych dzisiejszych obowiązków. Założyłam czarny sweter do moich niebieskich dżinsów. Przychodzi mi na myśl Shule. Przynajmniej powinnam się odpowiednio ubrać. Ostrzegałam ją nie raz, że ubraniem nie powinna zwracać na siebie uwagi, ani że nie przejmować się bałaganem. Patrzę w lustro, zanim opuszczę pusty dom. Jestem blada. Czy trzeba zakryć ślady nocy makijażem? Mogę pozostać taka jaka jestem. Dzisiaj chcę być sobą bardziej niż każdego dnia…

    Wychodząc za drzwi, zastanawiam się nad moją Kadir. Ona chce być wolnym ptakiem. Kiedy docieram do rejonu starych domów Antiochii, zbaczam z wąskiej drogi do kawiarni, gdzie zawsze się spotykamy. Chociaż zimowy wiatr mrozi Antiochię, ta ulica jest zawsze ciepła. Może chodzi o to, że budynki, które stoją obok siebie, niby ramię w ramię, przyczyniają się do tego, że ta ulica jest tak gorąca.

Idę wśród starych domów, obok pozostałych dziedzińców, które były bliskie scalenia, bo niektórych domów już nie ma. Niebo znika, gdy ktoś idzie tą ulicą. Ściany kamienic je zasłaniają. Gdyby nie było nieba, nie było by deszczu ani śniegu. Gdyby nie było nieba, czy byłby Bóg? Nie, Bóg nie mieszkał nigdy przy tej ulicy… Dowód na to, że tu nie mieszkał, znajdował się na chodniku na początku ulicy.

    Kiedy pierwszy raz zobaczyłam Ismaila, w jednej ręce trzymał papierosa, w drugiej pędzel i jak każdy malarz powiedział:

– Mam Cię namalować, siostrzyczko?

    Myślałam, że to dzieciak. Wiedziałam, że to tylko zaczepka. W drugim zdaniu powiedział:

– Pewnego dnia namaluję Cię, nawet jeśli nie chcesz.

    Byłam zaskoczona pewnością jego głosu.

– Niektórych rzeczy nie można namalować, chłopcze – stwierdziłam ironicznie.

– Jednak za każdym razem, gdy mnie widzisz, na twojej twarzy pojawia się nadzieja, że prawdopodobnie zarobisz pieniądze.

– To naprawdę tylko możliwość. Ale jest taka możliwość.

– Jeśli pewnego dnia będę zaskoczona i zechcę wymazać to, przez co przeszły moje buty namalujesz mnie inną? Wszędzie tam, gdzie idzie człowiek, idą jego buty. Gromadzą też własne wspomnienia z miejsc, do których podróżują. Dlatego nigdy nie czyszczę butów i tym razem też nie zrobiłam tego, bo się spieszę.

– Nie spóźnij się Shule – powiedziałam sama do siebie – Chciałam się spóźnić?

Kiedy przechodzę obok Ismaila, patrzę mu w oczy i mówię:

– Nie chcę.

    Nie rozumiem, dlaczego ten facet śmieje się za każdym razem, gdy wie, że nie może na mnie zarobić. To jak sypianie z kimś dla pieniędzy. Czy kiedykolwiek zrobiłam coś takiego? Nie, nawet mój pierwszy związek był na serio.

  A Shule? Jaka ona jest? Ona nie patrzy na pieniądze. Za każdym razem, gdy śpi z przystojnym mężczyzną, mówi, że jest zakochana. Następnego dnia budzi się podekscytowana i opowiada sama sobie o każdym szczególe nocy, a mówi o tym, dopóki nie pojawi się przed nią inny przystojny mężczyzna. Jak ona może nadal się tym cieszyć?

    Kiedy docieram do Mystika Cafe, kelner stojący tuż za drzwiami otwiera drzwi jak drzwi pałacu. Jego spojrzenie jest niepokojące. Wpatruje się we mnie od stóp do głów z gorącym uśmiechem. Jego oczy utknęły na moich nogach. Mam na sobie niebieskie dżinsy… ale jego spojrzenie sprawia, że zastanawiam się, czy dobrze to widzę. Sala pełna, stoliki przy oknie nie są zajęte. Rzucam się na miejsce przy stoliku, jakbym bała się, że ktoś zajmie mi miejsce. Shule zawsze wszędzie się spóźnia, znowu się spóźniłam?

    Widzę, jak szybko zbliża się od początku ulicy, a także, że nawiązuje kontakt wzrokowy z Ismaelem. Ismail nie uśmiecha się do niej. Jestem podekscytowana, kiedy wchodzi do kawiarni. Zastanawiam się, co jest tak ważne, że musimy się pilnie spotkać. Gdy tylko podchodzi do stolika, przy którym siedzę, natychmiast wstaję.

    Ściskamy się mocno. Tak, jakby jedno z nas właśnie wyszło z więźnia, a kelner jest strażnikiem, który nie pozwala nikomu odejść. Tym razem, gdy się przytulamy, jego wzrok jest jeszcze bardziej niepokojący. Nie mogę zdecydować, które z nas właśnie wyszło z więzienia. Kto z nas jest kelnerem?

    Jestem ubrana w czarną mini sukienkę z guzikami z przodu i czerwony płaszcz. Trudno przejść bez patrzenia. Wszyscy chcą śledzić mnie wzrokiem. Kelner musi być strażnikiem Shule!

– Poproszę dwie herbaty, mówię od kelnera. Jego wielkie, zdziwione oczy rosną, gdy przyjmuje zamówienie. Tym razem jest jak oszołomiony. Jak tylko kelner-strażnik odchodzi, mówię:

– Zacznij mówić.

    To ona czy ja? Kładzie ręce na stole i zaciska je razem? Jej policzki wypełnia uśmiech. Patrzy przed siebie uśmiechając się, z dużymi, pełnymi ustami.

– Czekałam długo, aby z tym wyjść i to sobie powiedzieć, i to trochę jest tak, jakbym czekała nazbyt długo.

    A ten mój pozorny spokój jest irytujący. Nie mogę już dłużej tego znieść. Zastanawia mnie własna wewnętrzna ciekawość. Bez wahania pytam się siebie, co mi chodzi po głowie.

– Czy jesteś … znowu zakochana?

    Ten sam niewygodny uśmiech gości na jej twarzy, zanim zdążę się zorientować, czy chce powiedzieć tak, czy nie. Nie jestem zdziwiona. Czy jej nie znam? Wciąż się na siebie złoszczę.

– No dalej, Shule! Mówię z wyrzutem. Nigdy się tym zanadto nie przejmuję. Jestem zbyt spokojna, zbyt zrelaksowana…

– Nie, nie, nie ma się czego bać, nie martw się. To jest ktoś, kogo prawdopodobnie nie zobaczę ponownie. Nie mam więc zamiaru zwracać uwagi podczas drogi na nikogo. Nikt nie będzie już nadchodzić z żadnej strony. Wyjaśniam to sobie.

– Powiedziałam, że nie muszę się martwić, że on nie stanie mi na drodze… Skąd to przewidziałam?

    Nie wyobrażam sobie, jak można zakochać się w każdym.

– Czuję ulgę, uwierz mi… jesteś idiotką, dziewczyno.

– Dlaczego on nie wróci? Mówię sama ze sobą. Ta druga ja, kontynuuje. Wychodzi to z jej ust na jednym oddechu.

– Umarł…

    Teraz udało się jej mnie zaskoczyć. Moja ręka uderza w filiżankę herbaty. Herbata, której łyk lub dwa właśnie wypiłam, rozlewa się tak szybko, że obrus jest mokry. Nie obchodzi mnie to. Pytanie jak natrętna mucha w moim umyśle wylewa się z moich ust szybciej niż herbata.

– Co masz na myśli? Co masz na myśli, że jest martwy? Jeśli on nie żyje… dlaczego śmiejesz się przede mną?

    Moje pytania pozostają zawieszone w powietrzu. Przez chwilę w ciszy obserwujemy tych, którzy siedzą przy stolikach wokół nas. Uciekamy od chwili, w której jesteśmy i zamykamy się przed sobą, patrząc na życie innych ludzi. Pierwsze randki dziewczyn i chłopców siedzących naprzeciwko. Ona jest nieśmiała, ale jest chętna. Powoli próbują się użądlić.

Żeby wywrzeć na sobie głębsze wrażenie. On gładzi ją po policzku wierzchem dłoni. Ona nie wie jeszcze, czego oczekiwać po miłości mężczyzny, który może ją kocha i głaska wierzchem dłoni.

    Znamy takie wszelkiego rodzaju zachowania. Młody mężczyzna czytający swoje czasopismo samotnie w kącie jest zbyt wielkim idealistą. Jest wystarczająco dorosły, by myśleć, że swoimi ideami  zmieni świat. I nie zna życia na tyle, by myśleć, że nie może tego zrobić tylko czytając informacje. Już przeczytaliśmy i skończyliśmy książkę życia, a oczy kelnera wciąż patrzą na nasz stolik. Jest pomiędzy ingerowaniem w rozlaną herbatę a nic nierobieniem. Chociaż czuję napięcie wiszące w powietrzu, postanowiłam go nie przerywać. Shule, strażniczka samej siebie, nieświadoma wzroku kelnera, zanurkowała wzrokiem w dal.

    W tej chwili rozumiem powagę sytuacji. Oczywiście tym razem to jest coś innego. Czy bardzo lubiłam tego faceta? Gdybym go tak bardzo kochała, czy nie powiedziałbym sobie o tym do tej pory? Oczywiście może zrobiłabym to. Może nie zdawałam sobie sprawy, że tak bardzo go kocham. Myślałam, że to to samo, co z innymi?

– Bo zostawił mi coś pięknego, mimo że umarł – mówi mi mój wewnętrzny głos?

    Denerwuję się. Co to za tajemnicza rozmowa. W końcu wpatruję się jakby wyzywająco w swoje oczy, odbite w szybie.

– Jutro będzie po wszystkim…

    Podnoszę głos. Rozglądam się, czy ten monolog nie zwrócił czyjejś uwagi?

– A co, jeśli umarł i zostawił swój spadek żonie, z którą był w relacji, nie potrafił z nią zerwać, bo bardzo mu się podobała. Powiesz mi to właściwie czy nie? Krzyczę? Gdy tylko dojdę do szczytu zdenerwowania, myślę, że wygrałam. Wszystko się dzieje inaczej. Niepokojący uśmiech nadal jest na  moich ustach.

– Jestem w ciąży! Mówię…

    Cisza jest ostra jak od cięcia noża. Najpierw dzieli cały czas na pół. Potem traktuję ją jak kochane dziecko. Głaskam ją drżącą ręką. Zachowuję się niby wobec nieśmiałej, młodej dziewczyny, idealistycznej nastolatki. Kelner-strażnik z dużymi i zdziwionymi oczami podchodzi, przerywa trwającą ciszę, prawie rzuca kolejną herbatę. Ciężki papierosowy dym wnika do nozdrzy, a jedna z nas … nie wiem, która z nas  robi to pierwsza, wstaje. Chcąc uciec od ciszy, Shule wygląda przez okno, na wąską uliczkę przy której jest Mistika Cafe. Szuka wsparcia w kontakcie wzrokowym każdej osoby, która może przejść przez ulicę. Cholera, przecież wie, że Bóg nie mieszka na tej ulicy.

    Nigdy nie tęsknię za tym, kiedy nikt nie patrzy na mnie. Powoli narasta we mnie złość. Jak mogłam pozwolić sobie na coś takiego, jak mogłam zajść w ciążę? Jak można ofiarować się innym bez zabezpieczenia? Shule musi wiedzieć, że jestem zła, chociaż nawet nie próbuję otworzyć ust. Wychodzimy jakby osobno z kawiarni Mistika. Idziemy razem ulicą, na której Bóg nie mieszka. Ulica jest gorąca, jak cholera. Nigdy nie jest tutaj zimno. Twarz Shule, moja twarz jest kawałkiem lodu. Jednak jakby lód wkrótce stopił się w upale ulicy. Spontanicznie rzucam słowa… bo nie mogę się doczekać, żeby coś do mnie powiedziała.

– Kim był ten człowiek? – pytam. Najpierw jestem zaskoczona, a potem oczy wypełniają mi się łzami.

– Nie wiem, miał na imię Ali. Rozpoznałam go, kiedy zobaczyłam jego zdjęcie w gazecie dziś rano. Zaczynam sobie coś wyjaśniać? Zastanawiam się, czy powinnam zapytać, dlaczego umarł.

– Mówiło się, że był pijany. Był pijany tej nocy i nie chciał ochrony.

– I wiesz, jego oczy były takie piękne. Nawet malutkie zdjęcie w gazecie… świeciło. Właściwie nie ma wytłumaczenia, po prostu nie ma. Nie mogłam mu się sprzeciwić, po prostu nie mogłam.

– Zdaję sobie sprawę, że nasz wzajemny gniew właśnie minął. Idziemy dalej, nie rozmawiając o niczym. Kiedy docieramy do frontu domu, Shule bez przeszkód wchodzi przez bramę. Jedziemy windą. Naciska przycisk. Ma zapasowy klucz, który na wszelki wypadek dałam jej do kieszeni. Kiedy otwieram drzwi do moich stóp przychodzi Kadir. Chodzi u stóp i mruczy. Żadna z nas nie ma siły, by ją pogłaskać. Podchodzę do Kadir tak, jakby sklepikarz, który nie ma siły kochać, tylko próbuje sprzedać ale i kupić małą odrobinę miłości swoim spojrzeniem na pulchną, uroczą dziewczynkę, która często przychodzi po zakupy. Ale ta urocza dziewczynka wpada do sklepu spożywczego częściej niż potrzeba, aby zdobyć więcej miłości…

    Shule idzie prosto do kuchni. Idę do pokoju, żeby się przebrać, a ona da Kadir jedzenie.

    Kiedy kładę rękę na trzecim guziku sukienki, drzwi się otwierają, a ona wchodzi z nożem w dłoni. Nóż tkwi w brzuchu.

    Brudna pościel leży na podłodze. Puste butelki po winie, kieliszki, jakby ostrożnie umieszczone w całym pokoju przez wykwalifikowanego artystę, aby zakończyć malowanie sceny tej nocy. Artysta założył mi jedne ze swoich okularów. Mam szczęście, że nie nadepnęłem na nic dziś rano. Czy powinnam powiedzieć, że to były szczęśliwe godziny? Najlepsze pory dnia powinny być tak proste, jak to tylko możliwe… jak najdalej od zegara i innych dzisiejszych obowiązków. Założyłam czarny sweter do moich niebieskich dżinsów. Przychodzi mi na myśl Shule, przynajmniej powinna się odpowiednio ubrać. Ostrzegałam ją nie raz, że ubraniem nie powinna zwracać na siebie uwagi, ani nie przejmować się bałaganem. Patrzę w lustro, zanim opuszczę pusty dom. Jestem blada. Czy powinnam zakryć ślady nocy makijażem? Mogę pozostać taka jaka jestem. Dzisiaj chcę być sobą bardziej niż każdego dnia… Wychodząc za drzwi, patrzę na moją Kadir, ona chce być wolnym ptakiem. Kiedy docieram do starych domów Antiochii zbaczam z wąskiej drogi do kawiarni, gdzie zawsze się spotykamy. Chociaż zimowy wiatr mrozi Antiochię, ta ulica jest zawsze ciepła.

    Może chodzi o to, że budynki, które stoją obok siebie, niby ramię w ramię, przyczyniają się do tego, że ta ulica jest tak gorąca. Idę wśród starych domów, obok pozostałych dziedzińców, które były bliskie scalenia, bo niektórych domów już nie ma. Niebo znika, gdy ktoś idzie tą ulicą. Ściany kamienic je zasłaniają. Gdyby nie było nieba, nie było deszczu ani śniegu. Gdyby nie było nieba, czy byłby Bóg? Nie, Bóg nie mieszkał nigdy przy tej ulicy… Dowód na to, że tu nie mieszkał, znajdował się na chodniku na początku ulicy.

    Dźgnęła dokładnie trzy razy. Poczułam ciepło w moim ciele, więc Bóg też tu nie mieszka…

    Wczoraj wieczorem prostytutka imieniem Shule Elibol popełniła samobójstwo zadając sobie trzy rany kłute w brzuch. Okazało się, że ta kobieta została zabrana do szpitala po alarmie wszczętym przez sąsiadów podejrzewających coś niedobrego, bo zaniepokoiło ich ciągłe miauczenie kota.

    Była w trzecim miesiącu ciąży. Policja bada przyczyny samobójstwa, gdyż kobieta i jej dziecko stracili życie.

    PS.

    Shule miała liczne, bipolarne zaburzenia osobowości. Wyimaginowana osoba, z którą rozmawia jest jej wielosobowym odbiciem samej siebie. W tej opowieści występuje tylko ona. W Mistika Cafe Shule też jest sama.

Murat Yurdakul urodził się w Adanie (1983). Ukończył studia na Wydziale angielskiego biznesu Uniwersytetu anatolijskiego. Publikował wiersze, opowiadania, tłumaczenia w różnych czasopismach. Uznany za najlepszego tłumacza w brytyjskim czasopiśmie “modern translation” (2018). Został uhonorowany XIII Międzynarodową Nagrodą Premio Vitruvio poetry Award we Włoszech (2018), VI Międzynarodową Nagrodą Citta del Galateo za Historię literacką we Włoszech (2018). We Włoszech brał udział w zbiorze opowiadań Casa Editrice Cento Verba (2019). Nagroda Literacka Homera Tariq Dursun K. Nagroda “Historia” 3.laureat Nagrody “Lukoil” (2020). Uczestniczył w antologii poezji Międzynarodowego Centrum Tłumaczeń i badań poezji w Chinach (2020). Redaktor czasopisma “poeta”.

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko