Michał Piętniewicz – Do Józefa Barana list – impresja o „Słonecznej rulecie”

1
386



Cześć Józek!

Nie będę długo pisał. Książka jest piękna. Może właśnie przez to słońce, które w niedzielę, w Borzęcinie, najpełniej oświetla Twoją zmarłą matkę. Jest dużo w tej książce nostalgii, przyjaźni, braterstwa, solidarności – nie tylko z ludźmi i z bliskimi, ale również z przyrodą, ze słońcem, z cyklem kosmicznym pór roku – w to wszystko, w te rytmy zanurzone Twoje śpiewne frazy, które jednocześnie milczą i śpiewają swoją gęstą literacko pieśń na krawędzi życia i śmierci. Ile w tym tomie życia, ile w tym tomie śmierci, jest gęsta, niezwykle literacka fraza, która biegnie i zabiera oścień życia. Można się w tej poezji zaprzepaścić. Jak widzi świat poeta? To przedziwne, widzi jednocześnie samego siebie w tym świecie i dostrzega bardzo bystro tego świata kontury, myśli, zdarzenia, obserwacje zwyczajnych ludzi. Poeta jest blisko ludzi i blisko przyrody.

Ludzi bardzo dobrze rozumie, np. prostytutkę, zakonnicę, spóźnionych kochanków, Stanisława Szpitalnika, który ma żelazne zdrowie do chorowania. A w tym wszystkim poeta – nasłuchujący bystro, ciekawy świata chłopiec, który nie przestaje w tym świecie paść krów i czytać ukradkiem stosów książek – jak stosów ludzkich historii, głosów, łez, ludzkich tragedii i nieszczęść, proszących o wysłuchanie, a poeta wysłuchuje cierpliwie każdego z osobna i wszystkich, a może to opowieść wysłuchuje jego samego? Może on sam słucha opowieści, którą jest on sam, może on sam jest literaturą w jakimś stopniu? Ależ nie, nie byłoby przecież tego empatycznego wchodzenia w cudzą duszę, gdyby poeta był li tylko samą literaturą, a świat jedynie żerowaniem słów. Krew świata jest bowiem u Barana nie tylko czysto literacka, jest inna, żywa, wrażliwa. Jak w tych wierszach, bardzo pięknych, poświęconych swojej żonie Zosi, niewidzialnemu aniołowi, która zajmuje się poetą w jego chorobie, lata cichutko na swych skrzydełkach powietrznych, a poeta nie wie, kim ona jest, jest Zosia powietrzem, ponieważ nigdy jej nie stracił i nie oddychał tak naprawdę innym powietrzem. Jakaż w tym głębia obserwacji i wglądu we własne życie, podlane przy tym czuło – ironicznym sosem, dystansującym się wobec własnych spraw. Ale też ten sos czuło ironiczny stosuje Józef Baran np. do swojego sąsiada z sąsiedniej klatki. Obserwuje go, kiedy je, pije, tyje, jest zwykły, a poprzez wydarzenie śmierci nagle “zniezwyklał”, również dla samego siebie. Tak też poeta niezwykleje w każdej, kolejnej odsłonie wiersza i niezwykleje świat, przyroda, słońce, maj, kwiecień, kury, jerzyki, w tej wielkiej, miłosnej pieśni życia, w tym agonicznym, miłosnym splocie między życiem a śmiercią, między tym, co wybucha, a tym, co umiera, co jest już słabe, tutaj toczy się właśnie miłosna dialektyka życia – erupcja życiodajnej siły kosmosu równoważona przez śmierć, odchodzenie, chorobę, cały ten taniec życia bowiem, taniec miłosny wygrany jest na życiodajnej sprzeczności i życiodajnym paradoksie, który od środka ożywia tkankę materii poetyckiej wierszy Józefa Barana.

Słuchałem ptaków, siadałem na ławce, jadłem z bezdomnymi, pościłem z ascetami, rozmawiałem z żółwiem na drodze, przeczytałem z poetą mnóstwo ksiąg. A potem życie zatoczyło koło, kurtyna znów opadła, ukazali mi się rodzice poety i sam poeta, który po wielu latach, znów, pod rozgwieżdżonym niebem, pasie krowy, kim był, kim jest, kim będzie, kiedy rozwieje się w pyle nieskończoności, w wielkim kosmicznym Nic i jak jego odkrywca, Artur Sandauer, będzie spoglądać z wysokości Nicości, z nieskończonego oddalenia i dystansu na to, kim był? Był chłopcem pasącym krowy na Borzęckiej łące, dzisiaj jest mężem, ojcem, dziadkiem, doczekał się gromadki wnucząt, które w swoich oczkach mają wesołe iskierki jak rozkrzyczane, rozigrane gwiazdki. Z wnukami często poeta bawi się i tłumaczy im świat.

Pochyla się nad żebrakiem, nad swoją zmarłą matką, ojcem, uśmiechnięty wraca do swoich krów na łąkę, poeta sennego zadziwienia i kosmicznego zdumienia, pewnie, kiedy my – czytelnicy zamkniemy oczy, a potem znów je otworzymy – zobaczymy tego małego chłopca, nasłuchującego ciekawie tajemnej mowy Wszechświata. Warto wsłuchać w to, co wyczytał z tej mowy i zapisał w “Słonecznej rulecie”.

[Józef Baran, „Słoneczna ruleta”, Wiersze przebrane z lat 1969 – 2020, Warszawa, PIW, liczba stron: 433]

Reklama

1 KOMENTARZ

  1. Michale, i ja podpisuję się pod tym listem. Pięknie i poetycko napisana impresja. No cóż, jaka poezja, taka ocena. Gratuluję!

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko