Wacław Holewiński – Mebluję głowę książkami

0
402

Odciśnięte piętno w Znaku

Sześćdziesiąt lat Znaku, zasłużonej krakowskiej oficyny wydawniczej, to zaiste jubileusz niezwykły. A gdy ktoś, jak Illg, pracuje w niej trzydzieści pięć lat, ma prawo, zwłaszcza, gdy od wielu lat przewodzi wydawnictwu, powiedzieć: „to mój Znak”.

Od kilkudziesięciu lat powtarzam, sam przecież wykonywałem przez kawał swego życia ten zawód, że bycie wydawcą to najwspanialsza profesja świata. To kontakty z autorami, grafikami, typografami, redaktorami, ludźmi z reguły ciekawymi, odważnymi, ludźmi, którzy stawiają swoją pieczęć nie tylko na książce, oni budując świat wokół niej, budują też autora, nadają sens jego pracy.

Jubileusze maja to do siebie, że wygłasza się nudne referaty, maluje laurki, chwali wszystkich wokół. Książka redaktora naczelnego Znaku, będąc laurką, zamiast nudy daje nam przede wszystkim obraz przygody życia autora. Bo wychodzi poza samo wydawnictwo. To portrety ludzi, podróże, przedstawienia, koncerty. Dziesiątki, setki anegdot. Opowieść o pracy, w której jest czas na wódkę, przyjaźnie, rozmowy do białego rana. Czas na chrapanie (biedny ten Maj), ucieczki w ciszę, przekomarzanie się i żarty z noblistami (a później, jak w tej książce, perełki, niepublikowane nigdzie krótkie frazy). Ale też na trudne decyzje, czasami znajdujące finał w sali sądowej.

Illg wchodzi, porządny wydawca „tak ma”, w intymną relację z wieloma swoimi autorami. Miłosz, Szymborska, Heaney, Barańczak, Brodski, Davies, księża Twardowski i Tischner, Myśliwski, profesor Szczeklik i… i Bronisław Maj. Dziesiątki, setki nazwisk. Kulisy, kuchnia, umowy (czasami ich zrywanie) i tylko… Uśmiecham się – brakuje pracy. Setek godzin spędzonych nad maszynopisami, wydrukami. Oceniania, podejmowania decyzji. Tak, tym można zanudzić.

Znak ma swój sznyt. Zbudował markę – noblistami, wieczorami autorskimi, seriami wydawniczymi, okładkami, wystawami. Fetami pisarzy (ale przecież nie tylko), meczami piłkarskimi, koncertami (jak Illg zamiast spotkania z bankierami, uciekłbym na koncert Dire Straits).

Ciepło, emocjonalnie, przyjacielsko. O tych, którzy wprowadzali go do Znaku i Krakowa (ale „swoim” Katowicom, Śląskowi potrafił Illg „spłacić się” z nawiązką) i o tych, którym przewodzi od kilkudziesięciu lat. O targach we Frankfurcie i znacznie ciekawszych w Londynie. O amerykańskiej wystawie podziemnych wydań Miłosza, o podróży przez Amerykę. O Sontag i Ginsbergu, o akordeoniście Daviesie, Barańczaku, który w kilkanaście godzin potrafił przetłumaczyć to, co innym zajmowało miesiące i lata, o żartach (okrutnych) z Mariana Stali, o „NaGłosie” – piśmie mówionym, a potem rzeczywistym, papierowym, choć… nieregularnym, o leżeniu pod jedną kołdrą z Joanną Bator i o pracowitym (te ogromne biografie) Franaszku. O Bazarze Różyckiego z Markiem Nowakowskim i pijanej podróży do Krakowa z biletem do Katowic. O Wienieczce Jerofiejewie, którego nigdy nie poznał, za to wielokrotnie czytał publicznie jego arcydzieło „Moskwa – Pietuszki”. O prywatnej audiencji u Jana Pawła II w wybrudzonych dżinsach… O książkach Grossa i niewydanych księdza Isakowicza-Zaleskiego, Graczyka i Domosławskiego (temu ostatniemu i jego „Kapuścińskiemu non-fiction” poświęca cały rozdział – niech każdy z czytelników „Mojego Znaku” sam rozsądzi, który z panów ma rację, mnie bliżej do Domosławskiego, ale rozumiem stanowisko Illga). Czego tu nie ma… Zabrakło chyba tylko skoków narciarskich i wyścigów Formuły 1.

Czyta się tę książkę z zazdrością (pewnie w moim wypadku trochę mniejszą, świat literatury jest jednak światem zamkniętym, świat Illga jest także moim światem), bo większość z czytelników może wyłącznie pomarzyć o spotkaniach, rozmowach, nawet kłótniach, które były/są udziałem naczelnego Znaku.

Chwalę, chwalę, ale są w tej opowieści zdania, które rażą, pewnie niektórych, z tych którzy po nią sięgną zniesmaczą. „…książka ta wolna ma być od negatywnych emocji”. Rozjechały się tu kilka, kilkanaście razy zamierzenia z rzeczywistością. Każdy z nas ma swoje sympatie polityczne, w Polsce, piszę to z przykrością, decydują one prawie o wszystkim. Moje nie muszą być tymi Illga (i odwrotnie), ale… Mam wrażenie, że pisanie o „nieudacznikach Kaczyńskiego”, wielokrotne nawracanie do tego, pisanie o prawicy jak o jakimś Armagedonie jest bez sensu. Bo… bo po książki Znaku sięgną ludzie z obu stron barykady nie dlatego, że kogoś kochają albo nienawidzą. Sięgną po nie, bo są dobre. Po prostu. A Illga polubiłem (choć go przecież nie znam), bo napisał świetną „swoją” (idąc za radą Myśliwskiego) historię krakowskiej oficyny.

Jerzy Illg – Mój Znak, Znak, Kraków 2019, str. 559.

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko