Wacław Holewiński – Mebluję głowę książkami

0
479

Śmierć szybsza od snu o bogactwie

Dawno oduczyłem się łez przy lekturach. Wzruszenia, emocje, jakiś rodzaj napięcia, wspólnoty z pisarzem – tak, ale łzy? Nie, teraz też nie płakałem, ale… ale ta powieść, bo przecież to wspaniała powieść, zapewne doprowadzi wielu do tej granicy.

Płynie powoli, jej rytm jest z jakiegoś niemrawego uderzania w mały bębenek. Czytelnik od początku ma wyznaczoną trasę, wie, że sumą nieszczęść dałoby się obdzielić nie wioskę, nie jakiś region, a wielką połać każdego kraju, że podsumowaniem może być, jeśli pominąć cynizm, wielkie pieniądze, ale i dobroć, wyłącznie śmierć.

AIDS, choroba, zidentyfikowana kilkadziesiąt lat temu (ocenia się, że zakażenie HIV od początku epidemii dotknęło 78 milionów osób, z czego 35 milionów zmarło), w literaturze ma trochę, wciąż za mało, świadectw, ale… Ale ile z nich to wybitne dzieła literackie? Niewiele, bardzo niewiele. Powieść Yan Lianke byłaby zapewne w takim wyścigu na samej górze.

O czym więc ta książka?

O chorobie. O chciwości. O nędzy. O miłości. O rozumieniu śmierci. O przeprosinach. O rodzinie. Każdy z tych tematów mógłby wystarczyć, ale dopiero ich suma, stanowi o jakości „Snu wioski Ding”.

Trzech bohaterów, a może czterech, bo przecież jest i narrator… Ojciec, Ding Shuiyang i dwóch synów, Ding Hui i Ding Liang. Głowa rodziny to „profesor”. Trudne do zrozumienia określenie kogoś bez wykształcenia, kto w wiejskiej szkole, tak naprawdę spełnia rolę woźnego, czasami zastępuje jakiegoś nauczyciela. Ale jednocześnie to człowiek obdarzony wielkim rozumem, taktem, wrażliwością. Synowie są inni. Starszy Ding Hui, chciwy, cyniczny, obdarzony zmysłem do robienia pieniędzy w każdej sytuacji. To on, założyciel stacji krwiodawstwa, swoją drogą „gorączka krwi” jakże jest podobna do „gorączki złota”, jest winien nieszczęścia, to on odpowiada za dziesiątki zarażonych, chorych, umierających. Młodszy jest niewiele lepszy, choć pewnie łatwiej w nim dojrzeć ludzkie odruchy. Może dlatego, że postawiony jest w sytuacji znacznie gorszej, w sytuacji choroby, umierania. No i narrator, zamordowany, to zemsta wioski, syn Ding Huia, dziecko.

Śmierć, śmierć, śmierć. Tak się nie da, z samej śmierci nie da się stworzyć dzieła literackiego. Więc co jeszcze?

Przeproś – prosi Ding Shuiyang syna. Nic z tego. Człowiek, nawet w otoczeniu nędzy, a może właśnie przede wszystkim tam, znajdzie w sobie pokłady nienawiści, wzruszy ramionami, wskaże innych, obarczy winą, rzuci jakiś ochłap na pocieszenie.

„– A co z trumną?

– Brat zgodził się po śmierci dać nam po dobrej trumnie, w najgorszym razie z paulovni i cyprysa, grubą na co najmniej trzy cale.

– A jak nie da?

– Jest, jaki jest, ale to w końcu mój brat. Ssaliśmy z tej samej piersi. Jak mógłby nie dać?”

Nie będę opowiadał książki, ją trzeba przeczytać. Iść razem z wyborami bohaterów. Wyciąć wszystkie drzewa w okolicy. Trumna może być cenniejsza od czegokolwiek innego. Trzeba poczuć lodowatą wodę wiadrami wylewaną dla schłodzenia ciała po to, aby w przytuleniu dać ulgę komuś innemu. Nawet za cenę najwyższą. Trzeba zobaczyć pokój wypełniony od góry do dołu banknotami. Zrozumieć, że można zawierać śluby między ludźmi, którzy umarli. Zobaczyć okradany grobowiec, nie dla żadnych kosztowności, dla trumien. Albo założyć sznur na szyję aby umrzeć w tym samym czasie. Nie, to się nie dokonało.

Yan Lianke napisał powieść o współczesnych Chinach. Dziwnym kraju, który dogonił największe potęgi gospodarcze świata, a jednocześnie nie dał ludziom, zapewne dziesiątkom milionów biedaków, nic. Nie do zrozumienia? Pewnie. Zrozumieć, że dobrem może być tablica wyniesiona ze szkoły? Albo drzwi? Kraju, w którym pozycja, pieniądze, koneksje znaczą wszystko. Więcej niż zdrowie, prawda, cokolwiek. Kraju, w którym chcesz ukraść pięć minut przed śmiercią worek ryżu?

Nie, nie godzimy się z tym obrazem. Z pewną wyższością powiedzielibyśmy: to nie jest możliwe w Europie. Pewnie nie jest, pewnie dlatego ten obraz przywiera do nas i uwiera jak cierń. Nie daje spokoju. Tylko dlaczego tam jest możliwe? Bo komuniści? Bo inna mentalność? Bo śmierć jest przyjmowana z jakimś rodzajem wyrozumiałości? Ale przecież… No tak, każdy z nas mógłby przytoczyć bajkę o prawach człowieka. Albo o współczuciu.

Przeczytałem tę książkę szybko, ale wciąż siedzi we mnie. Nie tylko dlatego, że to Ding Shuiyang dokonuje rozrachunku. Najtrudniejszego. Także dlatego, że jest w tej książce też druga strona medalu. Dobro, poświęcenie, oddanie. Miłość wreszcie. W sytuacjach ostatecznych.

Yan Lianke – Sen wioski Ding, przekład Joanna Krenz,, PIW, Warszawa 2019, str. 423.

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko